niedziela, 26 czerwca 2011

Sen kaca niedzielnego

W Gethamane nadszedł kolejny dzień.
Przynajmniej w teorii, jako że pod ziemią nie robiło to większej różnicy czy nad Kreacją świeci słońce czy księżyc. Grupa spała w swoich łóżkach, tudzież innych miejscach, pozwalając, by organizm odpoczął po niedawno wchłoniętej dawce alkoholu. Wczorajsza impreza niewątpliwie należała do udanych.

Serena podniosła się powoli z łóżka. Wczoraj wypiła jednak trochę za dużo. Co prawda głowa jej nie bolała, ale czuła się dość mętnie i najchętniej znowu zapadłaby w stan nieprzytomności. Niestety, jako że już raz otworzyła oczy, sen nie miał zamiaru wrócić. W związku z tym Smoczokrwista postanowiła szybko rozwiązać ten problem.
Najszybszym sposobem było zabicie kaca klinem.
Kobieta podniosła głowę, ale butelka, którą ujrzała na stole, była niewątpliwie pusta. W związku z tym Serena przekręciła się na brzuch i wychyliwszy się za ramę łóżka zaczęła badać podłogę. Znalazła kolejną butelkę, niestety również pustą. Zaklnęła cicho. Potrzebowała alkoholu. Jej mózg uruchomił prosty ciąg skojarzeń, według którego miejscem związanym z dużą ilością zazwyczaj pełnych butelek był pokój Johanna.
Smoczokrwista powoli wstała i ruszyła w stronę ziemi obiecanej alkoholików.

Niestety, pokój Johanna też jak na złość zawierał głównie puste butelki. Te z zawartością znajdowały się ukryte za szczelnie zamkniętym barkiem. Solara nie było w pokoju, zapewne zszedł już na dół na śniadanie. Smoczokrwista też miała zamiar się tam udać, ale chciała najpierw wypić coś choć trochę procentowego.
Alkohol musiał tu być!
Kobieta pochyliła się sprawdzając czy jakaś butelka nie zabłąkała się pod kanapę, ale nic pod nią nie było. Pełna rozczarowania, już miała się podnieść, gdy nagle dostrzegła lekki blask. Nie pod kanapą, ale pod stojącą kawałek dalej szafą błyszczało szkło! Smoczokrwista skoczyła w tamtą stronę i wyciagnęła niedużą, zapieczętowaną buteleczkę. Musiała ona przypadkiem się tam wtoczyć niezauważona przez nikogo. Serena spojrzała dziękczynnym wzrokiem na flaszkę, otworzyła ją i pociągnęła duży łyk. Zawartość nie smakował jak żaden alkohol jaki znała, ale płyn zadziałał tak jak powinien i Smoczokrwista poczuła, że jej umysł zaczyna jakoś pracować. Odstawiła butelkę na stół i ruszyła na dół zjeść śniadanie. Gdy była w połowie schodów ujrzała przed sobą znajomą postać.
- O, widzę, że już jesteś Sereno. Gwiazdka kazała mi sprawdzić czy już się obudziłaś i w razie czego wspomóc cię tą butelką wina, ale widzę, że jakoś sobie poradziłaś - zauważył Płomień.
Serena stanęła w ciszy, patrząc szeroko otwartymi oczami, jakby ujrzała Abyssala po raz pierwszy w życiu.
- P-płomień? - spytała lekko drżącym głosem.
Abyssal spojrzał na nią lekko zdziwiony.
- Coś się stało?
- Ty....

* * *

- Więc jak mówiłam to naprawdę niebezpieczna rzecz. Wytwór jakiegoś pierwszoerowego Solara. Tacy są najgorsi! Jak coś im przyjdzie do głowy, nawet jeśli jest totalnie niedorzeczne to zrobią to i już. To również. Jeśli miał te setki lat na opracowanie formuły to mógł zamiast tego poświęcić siły na załatwienie tego zwykłymi sposobami. Wiesz, dać prezent lub coś.
Karen wracała razem z Yrgathem z misji. Rozmowa jakoś zeszła im na pracę i młoda Siderealka zaczęła opowiadać koledze o sprawie, jaką przedzielono jej w okolicy, gdy tylko okazało się, że nie musi dalej szpiegować drużyny stacjonującej w Gethamane. Było to dosć szybkie zadanie polegające na odzyskaniu butelek tajemnego specyfiku odkrytych przypadkiem w okolicy przez grupkę farmerów.
- Najgorsze były nieprzewidziane trudności, bo tuż przed tym naszym oficjalnym spotkaniem z nimi dostałam informację, że brakuje jednej butelki i w te pędy musiałam lecieć ją odzyskiwać. Ledwo się wyrobiłam. Ten dureń co wykopał te butelki schował jedną i dopiero jak mu zagroziłam to ją oddał. Dobrze, że odzyskaliśmy wszystkie. Wolę nie wiedzieć co by się stało, gdyby wpadły one przypadkiem w niepowołane ręce.
Wojownik zamyślił się na moment.
- Chcesz powiedzieć, że miałaś tę butelkę na spotkaniu? Bo z tego co pamiętam natychmiast jak wróciłaś Rachel teleportowała nas do Gethamane.
- Tak, nie miałam czasu jej odłożyć. A później chyba zapomniałam. Zaraz, mam ją tu gdzieś - to mówiąc Karen sięgnęła w ramię swojego stroju. Rozległ się lekki klamot przesuwanych rzeczy i Siderealka triumfalnie wyciągnęła butelkę.
- "Niebiańskie piwo Yu-shańskie"? - Yrgath podniósł brwi przeczytawszy etykietę. Karen momentalnie zrzedła mina. Obróciła butelkę w swoją stronę i spojrzała przerażona.
- Te butelki nie miały etykiet - jęknęła.
Kobieta zaczęła chaotycznie przeszukiwać swój strój, mnóstwo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów i artefaktów wylądowało na podłodze, ale żaden z nich nie był poszukiwaną butelką.
- Zniknęła - stwierdziła zrozpaczona Karen. - Zgubiłam gdzieś cholerny eliksir miłosny!

* * *

- Coś się stało Serenie - stwierdził spokojnie Płomień.
Smoczokrwista stała tuż obok niego, obejmując go za rękę i patrząc na niego oczami pełnymi bezbrzeżnego szczęścia, jakby obecny tu Abyssal okazał się nagle legendarnym, pierwszoerowym artefaktem.
Siedzący przy stole zamilkli trawiąc ten widok.
- Sereno, coś się stało? - spytała lekko zaniepokojona Gwiazdka.
- Nic wielkiego, po prostu nagle otworzyły mi się oczy - oznajmiła radośnie Smoczokrwista, gładząc Abyssala po zbroi. - W sensie, sama nie wiem, jak mogłam wcześniej nie zauważyć, że Płomień jest takim przystojnym, męskim mężczyzną i że te gotyckie ozdoby, które nosi są takie stylowe...
Revan dość szybko znalazł się przy niej.
- Pozwolisz, że dokonam szybkiego sprawdzenia twojego zdrowia, Sereno - stwierdził lekko zaniepokojony. Kobieta spojrzała zdziwiona na swojego mentora, po czym przeniosła pytający wzrok na Płomienia. Abyssal kiwnął enztuzjastycznie głową dając do zrozumienia, że popiera prośbę Revana.

- Nie ma gorączki, ani nie wygląda by była pod wpływem iluzji lub środków halucynogennych - zawyrokował po szybkiej diagnozie. - Podejrzewam urok. Znaleźliście coś w jej pokoju?
- Dwie puste butelki z wczorajszej imprezy - stwierdził Johann. - Zostawiliśmy obie na stole, poza tym wszysko było chyba w porządku. Gwiazdka co prawda się zdziwiła, że gwarek zdechł, ale był wypchany i pokryty kurzem, więc jego śmierć nastąpiła raczej jakiś czas temu. Poza tym nic podejrzanego.
- Płomieniu, mógłbyś opisać jak zachowywała się Serena, gdy spotkałeś ją dzisiaj rano? - poprosił Revan. - Może to pomoże mi znaleźć przyczynę problemu.
Płomień zamyślił się.
- Wyglądała jak ktoś kto ma lekkiego kaca - stwierdził. - A poza tym zachowywała się całkiem normalnie dopóki mnie nie spostrzegła. Natomiast gdy tylko mnie zauważyła to zareagowała jakby piorun w nią strzelił i na moment straciła głos. Po czym skoczyła na mnie prawie sprawiając, że oboje spadliśmy ze schodów i wyznała mi miłość oraz zaczęła twierdzić, że to kwestia przeznaczenia. Wtedy stwierdziłem, że coś jest chyba nie tak z Sereną i zaprowadziłem ją do was. To chyba wszystko - Płomień spokojnie zrelacjonował całą sytuację.
Revan wysłuchał w zamyśleniu.
- Pójdę i przyjrzę się jej pokojowi. Wy w międzyczasie może zbierzcie się w pokoju Johanna, tak że gdy tylko skończę analizę dołączę do was i powiem co odkryłem. Jeśli zaś chodzi o Serenę to dla jej własnego dobra uśpiłem ją. Podejrzewam Płomieniu, że nie masz nic przeciwko.
Abyssal demonstracyjnie wzruszył ramionami dając do zrozumienia, że nic mu do tego.

- To trochę przerażające, nie sądzicie? - zauważyła Gwiazdka. - W sensie, co się stanie jeśli wszyscy nagle zaczniemy się zakochiwać w sobie?
- Nie powinniśmy byli wczoraj rozmawiać o tych truciznach. Pewnie coś zapeszyliśmy - stwierdził Emery.
- Jesteś pewien, że to wina jakiegoś specyfiku? - spytał Albert. - Revan zdawał się uważać, że to sprawka jakiegoś czaru.
- Cóż, jeśli to wina czegoś co wypiła to Revan powinien odnaleźć resztki tego specyfiku w którejś z tych dwóch butelek - zauważył Johann. - Pytaniem pozostaje kiedy ktoś miał czas wślizgnąć się tutaj i po co na Słońce zmusił ją do zakochania się w pierwszej osobie jaką ujrzy?! - warknął zdenerwowany Solar. Chwilę wcześniej ustalili, że Płomień w istocie był pierwszą osobą, którą Smoczokrwista ujrzała od momentu obudzenia się, co dalej komplikowało sytuację. Czemu ktoś miałby rzucać na nią tak losowy czar? Co niby miałby przez to osiągnąć? Gdyby jakiś wróg wślizgnął się i kazał jej zakochać w sobie i szpiegować drużynę to miałoby sens. Ale kazać jej zakochać się w pierwszej ujrzanej osobie, kiedy wiadomo, że będzie to ktoś z drużyny....
Może to jakiś dowcip?
- Albert, twoi przyjaciele od nici losu nie splotli czegoś przypadkiem tam gdzie nie trzeba? - spytał podejrzliwie Płomień.
Młody Sidereal wzdrygnął się pod złym wzrokiem Abyssala.
- N-nic mi o tym nie wiadomo - bąknął lekko przerażony. - Poza tym nie widzę żadnego powodu, by mieli to zrobić. Mamy już i tak dość pracy bez bawienia się w swatanie Smoczokrwistych i Anathem - zauważył już pewniejszym głosem.
- Może to Babcia postanowiła się trochę zabawić? - podsunął Rufus.
- Czy ja wiem... - stwierdziła niepewnie Gwiazdka.
- Cóż, przynajmniej mamy pewność, że to na pewno nie sprawka Neverbornów - zauważył pocieszająco Płomień.
- Może napijmy się czegoś, bo tej sytuacji nie można rozważać na trzeźwo - zaproponował Johann.
Reszta zgodziła się i po chwili na stole wylądował rząd butelek.
- Może to jakaś odmiana wojny psychologicznej? - stwierdził Płomień. - Może będziemy się w sobie nawzajem zakochiwać aż zaczniemy się zabijać z zazdrości....
- Płomień przestań - jęknęła Gwiazdka, otwierając jedną z butelek. - Słabo mi się robi na samą myśl o tym.
- To tylko moje przypuszczenia - stwierdził Płomień. - Możliwe, że stwierdzili, że taniej wyjdzie złamać nas psychologicznie niż wysyłać kolejne oddziały.
- Nie o tym mówię - przerwała mu Gwiazdka. - Wy chyba wciąż nie dostrzegacie grozy sytuacji - stwierdziła rozglądając się po obecnych i dostrzegając ich pytające miny zaczęła wyjaśniać. - Chodzi o to, że Serena leży teraz zamknięta w pokoju, a Erza akurat jest poza miastem w jakiś interesach, podobnie jak Infernale które jeszcze nie wróciły z wycieczki. Więc obecnie jestem jedyną przedstawicielką płci żeńskiej w tym gronie. W związku z tym, jeśli nasz tajemniczy wróg znowu rzuci na kogoś z was urok to jest duża szansa, że... no, wiecie... spojrzycie na siebie nawzajem - Abbysalka starała się jak najdelikatniej uświadomić panom, że ich sytuacja przerażająco przypomina fabułę jakiegoś Serenowatego romansu. W sumie Smoczokrwista pewnie będzie niepocieszona, jeśli prześpi taką akcję dziejącą się na żywo.
Słowa Gwiazdki wywołały cichą trwogę, której nikt nie starał się okazywać, ale nie umknęło uwadze Abyssalki, że wszyscy panowie chwycili za najbliższą butelkę i wzięli z niej solidny łyk.
Johann wziął niedużą butelkę bez etykiety i również pokrzepił się jej zawartością...

Revan otworzył drzwi.
- Przebadałem te butelki, ale niestety nie znalazłem niczego. Nie mogę też znaleźć śladów żadnego zaklęcia... - tu jednak zamilkł, gdyż jego oczom ukazała się dziwaczna scena. Rufus, Płomień i Gwiazdka praktycznie siedzieli na Johannie przygważdżając go do podłogi. Kawałek dalej stał Albert nieco zielony na twarzy, zaś przy stole Emery kontemplował niewielką butelkę.
- Ktoś mi wyjaśni co się tutaj dzieje? I czemu trzymacie biednego Johanna? - spytał Revan.
- Chyba trochę spanikowaliśmy - przyznała Gwiazdka, patrząc przepraszająco na Solara, na którego plecach siedziała. - Ale nie wiemy jak silne jest to draństwo... i tak trochę się przestraszyliśmy.
- Ale za to znaleźliśmy źródło całego zamieszania - wyjaśnił Emery, machając buteleczką.
- Może najpierw wyjaśnijcie od początku.

- To nieco przerażająca wizja - zgodził sie Albert, siedzący naprzeciwko Johanna. - Mam nadzieję, że Revan coś wykryje.
- Ja was tylko chciałam uświadomić dla waszego dobra. Możliwe, że już nie będzie dalszych incydentów! - wytłumaczyła szybko Gwiazdka. - Może się okazać, że to jakieś krótkie magiczne zauroczenie, które przechodzi po dniu.
- To byłoby pocieszajace - przyznał Abyssal.
Nikt nie zwrócił uwagi na Johanna, który bardzo powoli odstawił butelkę na stół, próbując jednocześnie jakoś ubrać w słowa to co się w nim zalęgło. Był pewiem, że wymaga to co najmniej długiego eposu, ale w obecnej sytuacji krótki wiersz byłby zapewne lepszy.
Tylko, żeby ułożyć cokolwiek potrzebowałby chociaż odrobiny koncentracji, a ta zdawała się być w całości poświęcona siedzącemu naprzeciwko niego mężczyźnie. W dodatku w pokoju zrobiło sie nagle potwornie gorąco....
Czemu do tej pory tego nie zauważył? Jak mógł nie zwrócić uwagi na cudne Albertowe lica? Na te  puszyste, zadbane włosy?
Albert nieświadomy zagrożenia wyciągnął rękę, by sięgnąć po kolejną butelkę, ale zamiast niej natrafił na dłoń Solara. Zdziwiony podniósł głowę i spojrzał pytająco na Johanna.
Ku jego przerażeniu sędzia lekko się rumienił. W pierwszej chwili Sidereal uznał, że było to spowodowane alkoholem, który właśnie spożyli, ale wtedy Johann zaczął improwizować.
- Gdy róże czerwone zakwitły
A bratki już dawno przekwitły.
W sercu mym pełnym jasności
Znalazłem fragmenty miłości.
Wszyscy spojrzeli z przerażeniem na dwójkę panów. Johann ku zgrozie obecnych był niewątpliwie mocno zarumienion. Albert dla odmiany najpierw zrobił się blady, po czym zaczął stopniowo zielenieć na twarzy.
- Chwilowo ten wiersz jest nieco krótki - przyznał Johann - ale mam nadzieję, że... że razem napiszemy ciąg dalszy i...
W tym momencie uaktywnił się jakiś mechanizm obronny obecnych, gdyż dokładnie w tym samym momencie Rufus, Płomień i Gwiazdka skoczyli na Johanna przerywając tą niewątpliwie romantyczną scenę i ratując w ten sposób swoje zdrowie psychiczne. Solar był tak zaabsorwowany swoim wyznaniem miłosnym, że został całkowicie zaskoczony atakiem, zwalony z kanapy i przygwożdżony do podłogi. Krzyknął coś niezrozumiałego wyrażając niezrozumienie dla nagłej przemocy ze strony przyjaciół. Albert nieco chwiejnie wstał ze swojego miejsca i zaczął się cofać do tyłu aż trafił na ścianę. Wciąż był zielonkawy na twarzy i wyglądał na wstrząśniętego nagłym rozwojem sytuacji.
W tym właśnie momencie drzwi pokoju otworzyły się.
- Przebadałem te butelki, ale niestety nie znalazłem niczego. Nie mogę też znaleźć śladów żadnego zaklęcia... - zaczął wyjaśniać Revan, ale przerwał gwałtownie zauważając co się dzieje. - Ktoś mi wyjaśni co się tutaj dzieje? I czemu trzymacie biednego Johanna?

- Rozumiem, że też chcecie bym go uśpił - stwierdził spokojnie Revan, gdy Emery pokrótce streścił mu co wydarzyło się podczas jego nieobecności.
- To byłoby chyba wskazane działanie - stwierdziła Gwiazdka, patrząc kątem oka na wciąż lekko zestresowanego sytuacją Alberta. Johann został spacyfikowany i ulokowany w tym samym pokoju co Serena.
Grupa zebrała się jeszcze raz, by omówić sytuację.
- Więc wygląda na to, że winę za wydarzenia ponosi ten płyn - stwierdził Emery wskazując na butelkę. - To chyba jakiś eliksir miłosny.
- Na to wygląda - stwierdził Revan.
- Głupcy z nas - stwierdził Płomień. - Byliśmy przekonani, że rzecz odpowiedzialna za dziwne zachowanie Sereny znajdowała się w jej pokoju, nie przyszło nam do głowy sprawdzić innych.
- Gdy układaliśmy Johanna na chwilę obudziłem Serenę i spytałem ją czy była w pokoju sędziego - oznajmił Revan. - W istocie była. Szukała jakiego alkoholu i mówi, że znalazła niewielką butelkę pod szafą.
- Pod szafą?! - zdziwiła się Gwiazdka.
- Tak, Serena była pewna, że ktoś przypadkiem upuścił butelkę, a ta wtoczyła się pod szafę.
- Nie sądzisz, że trochę naciągane wyjaśnienie? - spytała Abyssalka.
- Cóż, pamiętasz chyba naszą rozmowę z Siderealami? Gdy Dante i jego koledzy przyszli wysadzając przy tym drzwi. Jakaś butelka mogła przy okazji spaść i wtoczyć się pod szafę. Sądzę, że nikt wtedy nie zwróciłby na nią uwagi - zauważył Revan.
- Mimo wszystko to brzmi naciąganie...

* * *

Karen wyładowała wściekłość na bogu ducha winnej ścianie. W pierwszej chwili chciała szukać na ślepo, ale wstrzymała się. Doczekała aż wróci do Yu-Shan, po czym znalazła swojego kolegę, znającego się na magii i winnego jej przysługę. Następnie wyprosiła go, by ukazał jej moment, gdy zgubiła butelkę.
Ku jej wściekłości okazało się, że straciła ją właśnie podczas spotkania w Gethamane. Gdy drzwi zostały wysadzone ruszyła gwałtownie ręką przez co butelka wyślizgnęła się z jej szaty, odbiła lekko od podłogi i wtoczyła pod pobliską szafę.
Karen podziękowała koledze, po czym w ekspresowym tempie ruszyła do podziemnego miasta. Jeśli miała szczęście to nikt do tej pory nie znalazł tej ferelnej butelki.

* * *

- Teraz powinniśmy się chyba przede wszystkim skupić na znalezieniu jakiejś metody, by Serena i Johann się odkochali - stwierdził Emery. - Bo skoro wiemy, że to wina tego płynu to powinno to ułatwić sprawę.
- Cóż, to może nie być takie proste, Emery - zauważył Revan. - Biorąc pod uwagę skuteczność jego działania podejrzewam, że będę potrzebował dobrze wyposażonego laboratoriu i pomocy osoby znającej się na medycynie.
- Myślisz, że Serena byłaby w stanie ci pomóc? - spytała Gwiazdka.
- Sądzę, że w obecnej sytuacji lepiej na niej nie polegać - przyznał Infernal.
- Czemu? Przecież to nie jest tak, że straciła swoje zdolności - zauważył Emery.
Revan potrząsną głową.
- Nie chodzi mi o to, że brak jej umiejętności, a raczej o to, że nie mogę wykluczyć, iż Serena pod wpływem tego specyfiku nie spróbuje sabotować prac nad odtrutką.
- Czemu miałaby to robić? - spytał zdziwiony Rufus.
- Serena jest w miarę domyślną osobą, więc nie da się utrzymać w sekrecie, że to co tworzymy sprawi, że przestanie kochać Płomienia. Jednak w chwili tworzenia odtrutki wciąż będzie ślepo zakochana i z jej perspektywy będzie to sztuczne niszczenie jej uczucia. Nie mogę wykluczyć możliwości, że postrzegając w ten sposób sytuację postanowi ona zsabotować naszą pracę - wyjaśnił spokojnie Revan.
Drużyna przyjęła to wyjaśnienie ze spokojem. Nikt nie był w stanie się nie zgodzić co do istnienia sporego prawdopodobieństwa takiego obrotu spraw.
Dyskutowano jeszcze przez moment, ale ostatecznie grupa postanowiła zrobić krótką przerwę, by trochę przewietrzyć umysły.

Albert wciąż lekko zniesmaczony sytuacją postanowił wrócić do pokoju i zrobić sobie zieloną herbatę na ukojenie nerwów. Cała ta sytuacja była trudna do zniesienia. Zdecydowanie potrzebował chwili spokoju i wyciszenia. Z tą myślą otworzył drzwi.
- Wreszcie jesteś, młody! - Karen siedząca na łóżku Alberta i czytająca któryś z jego zwojów podniosła się lekko. - Myślałam, że będziecie dyskutować tam do jutra.
- Co, pani tutaj robi? - jękną Sidereal rozpoznając starszą koleżankę, która również była przydzielona do sprawy Gethamane. - Czyżby chodziło o jakieś rozkazy?
- Nie, nie - stwierdziła kobieta machając ręką, by podkreślić nieformalność sprawy. - Po prostu zapomniałam zabrać pewną rzecz i akurat przechodząc obok drzwi usłyszałam, że dyskutujecie o czymś zaciekle, więc postanowiłam tu poczekać, by dowiedzieć się co takiego wydarzyło się, gdy mnie nie było.
Albert westchnął. Tyle ze spokoju.
- Ktoś dopuścił się magicznego ataku na drużynę poprzez podstawienie butelki tajemniczego eliksiru - stwierdził Sidereal nie chcąc wchodząc w szczegóły, jednak Karen była wyraźnie zainteresowana sprawą.
- Eliksiru? - spytała lekko przeciągając samogłoski.
- Eliksiru miłosnego - przyznał ponuro. Ale po chwili stwierdził, że w sumie warto wykorzystać tę okazję. - Mogłabyś to zgłosić przełożonym i sprawdzić czy nie macie jakiś informacji o tym płynie lub odtrutki na niego. Dałbym ci małą próbkę tego co z niego zostało.
Karen udała, że się zastanawia, ale Albert zauważył, że mina nieznacznie jej zrzedła gdy o tym wspomniał. To obudziło w nim pewne podejrzenia...
- Myślę, że to sprawa niewarta niepokojenia nikogo. To tylko eliksir miłosny, nie? Świetna okazja do zaciśnięcia więzów w drużynie - stwierdziła Karen swawolnym tonem, dając do zrozumienia, że uważa sprawę za mało istotną.
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie.
- Proszę mi przy pomnieć co pani zostawiła tutaj, panno Karen - spytał już ostrzejszym tonem Albert. - Wierzę, że nie dosłyszałem za pierwszym razem.
Kobieta zacisnęła lekko zęby, ale nie przestała się uśmiechać.
- W tej chwili już nic - oznajmiła.
Sidereal spojrzał wrogo na koleżankę.
- To pani odpowiada za to zamieszanie! - stwierdził oskarżycielsko.
Karen teatralnie westchnęła.
- Nie posiadasz dowodów. A tak na marginesie to błędy zdarzają się każdemu - rzuciła takim tonem, jakby ostatnie zdanie było pełnym mądrości aforyzmem.
- Przez ciebie Johann się we mnie zakochał! - krzyknął zdenerwowany niepowagą koleżanki.
Karen mrugnęła.
- Naprawdę? - spytała autentycznie zdziwiona.
- Tak - warknął Albert.
- Cóż, zawsze mogło być gorzej - stwierdziła, próbując go uspokoić. - To mógł być Abyssal.
- Nie pomagasz!
- Posłuchaj! - oznajmiła stając koło niego i opierając swoją rękę na jego ramionach, w przyjacielskim geście. - Robię to dla naszego wspólnego dobra! Wiem, że obecna sytuacja powoduje u ciebie wielki dyskomfort, dlatego jestem ci oficjalnie winna dużą przysługę. Nie mniej zrozum, że zaskarżaniem mnie niczego nie osiągniesz - Karen zaczęła wyjaśniać konfidencjonalnie. - Jeśli pójdziesz do przełożonych z problemem jakim jest byle eliksir miłosny to uznają, że przydzielili ci zadanie ponad siły. Zapewne już teraz niektórzy mają wątpliwości czy tak młoda osoba powinna zajmować się sprawą Gethamane. Nie mów mi, że chcesz się podłożyć i dać sobie zabrać taką świetną okazję do wykazania swoich talentów?
Albert próbował nie dać po sobie poznać, że ten wywód brzmiał nawet sensownie.
- A co z odtrutką? Nie chcę, żeby łaził za mną zakochany we mnie starszy mężczyzna! - zauważył.
Karen poklepała Alberta uspokajająco po plecach.
- Nie martw się. Słyszałam, że Johann ma wspaniałą znajomą Solarkę będącą specjalistką w dziedzinie medycyny w tych rejonach. Podobno czyni ona cuda. Razem z Revanem i Sereną powinna bez trudu opracować odtrutkę. Zapewni wam pomoc szybciej niż nasz zbiurokratyzowany system.
Albert czuł, że nie ma siły dalej spierać się z Karen. Jej argumenty brzmiały zbyt sensownie.
- Niech będzie - stwierdził.
Kobieta uśmiechnęła się. Nikt nie miał szans w starciu z przekonywującą, socjalną Siderealką.
- To ja się będę zbierać - stwierdziła. - Mam jeszcze dużo roboty. Daj mi później znać, jak wam poszło - to mówiąc wyszła. Albert podszedł do łóżka i padł na nie. Ten dzień był zdecydowanie zbyt męczący.

- O, Albert wreszcie jesteś - powitał go Rufus, gdy Sidereal ponownie dołączył do grupy. Nagły ciąg wydarzeń zmęczył go, tak że przysnął na moment i przez to spóźnił się trochę.
- Coś mnie ominęło? - spytał.
- Tak - potwierdziła Gwiazdka - Przypomnieliśmy sobie o pewnej medyczce żyjącej w okolicy. Johann wspominał, że jego znajoma, niejaka Excel, mieszka w Whitewall. To niedaleko stąd, a z jej pomocą powinniśmy być w stanie stworzyć odtrutkę.
- To dobra wiadomość - stwierdził Albert. Po cichu musiał przyznać, że Karen miała rację. Wszystko wskazywało na to, że pomoc Solarki pozwoli na szybsze zakończenie całej tej niepoważnej sprawy.
Płomień wstał.
- Moim zdaniem im szybciej rozwiążemy ten problem tym lepiej, więc sugeruję natychmiast rozpocząć przygotowania do wyruszenia do Whitewall - oznajmił Abyssal.
Obecni członkowie drużyny jednogłośnie poparli ten plan.

- Serena, Johann, śpicie jeszcze? - spytał Revan po wejściu do pokoju.
- Zgadnij - mruknęła Smoczokrwista.
Johann nic nie odpowiedział zajęty kontemplowaniem sufitu.
- Johannie, nic ci nie jest? - spytał zaniepokojony Infernal.
- Nie rozpraszaj go - syknęła Serena. - Tworzy epos.
- Epos?
- Epicką historię o miłości, walce, przeznaczeniu... zwłaszcza miłości - stwierdziła z lekkim chichotem. - Prosił by nic do niego nie mówić, bo chce się stuprocentowo skoncentrować.
- Rozumiem... - powiedział Revan, choć nie był do końca pewien czy rozumie. - Cóż, chciałem tylko ogłosić, że w ramach wakacji udajemy się wszyscy do Whitewall!
- Do Whitewall? -  spytała Serena z lekkim zachwytem. - Miasto znane z przepięknych uliczek, drobnych sklepików, romantycznych restauracji i zadbanych hoteli? I jeśli wszyscy, to znaczy, że Płomień też z nami jedzie. Prawda? Prawda?
- ...niezmierzonej wielkości radość ujrzało... - wymamrotał do siebie wciąż nieruchomy Solar.
Revan stwierdził, że im szybciej uda im się spotkać z Excel i opracować tę odtrutkę tym lepiej.

wtorek, 21 czerwca 2011

Eurythmy 5 "Po raz kolejny, witaj szkoło!"

Jagoda obudziła się lekko nieprzytomna. Miała sen. Dziwny sen składający się z zostania magiczną wojowniczką dobra, walczenia w obciachowych ciuchach i przyprawienia o ból głowy jakiegoś bogu ducha winnego żula, strzelajacego wybuchającymi niebieskimi kulkami, który zawinił tylko tym, że wycelował je w niewłaściwą osobę.
Dziewczyna była realistką. Ta wizja senna była tak pokręcona i obejmowała tyle potencjalnie żenujących momentów, że musiała być prawdziwa albo przynajmniej prorocza. Z tą myślą Jagoda podniosła się z łóżka, tylko po to, by jej wzrok padł na niewielką żółtą istotę owiniętą zielonym ręcznikiem, śpiącą w ustawionym na krześle pudełku po butach.
Czasem życie wrednie postanawia nas nie zaskoczyć.

Stworek obudził się, w czasie gdy Jagoda smażyła jajecznicę.
- Dobry dzień - mruknął do niej sennie, nim poszybował w stronę łazienki.

Wspólne śniadanie przebiegło dość sprawnie. Oboje wchłonęli swoje porcje jajecznicy w czasie poniżej pięciu minuty. Maskotka sprawiła, że talerze przelewitowały do zlewu. Tymczasem dziewczyna włożyła coś czego najwyraźniej prawie zapomniała do plecaka i ubrana w wybrany wczoraj szkolny mundurek zaczęła się szykować do wyjścia.
Mordka usadowił się na niewielkiej półce, na której stacjonowały czapki, szaliki i chusty, a konkretniej na grubej zimowej czapce z pomponem. Stamtąd obserwował jak jego towarzyszka wkłada adidasy i bierze pod pachę kurtkę. Razem opuścili pokój, który dziewczyna zamknęła. Stworek spodziewał się, że teraz ruszą do wyjścia, ale Jagoda skierowała się w stronę drzwi do pokoju numer 14. Z zainteresowaniem obserwował jak dziewczyna wybiera kolejny klucz, podobny do tego, którego użyła przed chwilą, ale z naklejonym na niego różowym kawałkiem taśmy i otwiera nim wejście.
Oboje weszli do środka, a Jagoda niedbałym ruchem ręki zamknęła za sobą drzwi. Gdy tylko to zrobiła wydarła się na całe gardło:
- POOOOOOOBUUUUDDKKAAAAAAAAA!
Po czym wyszła z niedużego przedsionka do pokoju. Mordka od razu zauważył, że ten apartament był większy i wygodniejszy. Przede wszystki zawierał aneks kuchenny, którego wyraźnie brakowało w pokoju Jagody. Meble wyglądały na nowsze, łóżko było szersze, a metraż mówił sam za siebie. Zdawało się wręcz, że sufit znajduje się wyżej, choć była to oczywista bzdura.
Stan mieszkania zdawał się odzwierciedlać różnice statusu społecznego zamieszkujących go osób, jednak drugie wrażenie szybko zacierało to pierwsze. Było to spowodowane tym, że dopiero po sekundzie Mordka zdał sobie sprawę, że nikt nie śpi na łóżku, a jedynie jest ono pokryte grubą warstwą porozrzucanych w nieładzie ubrań i przedmiotów. Sama lokatorka pokoju śpi zaś szczelnie owinięta kocem na rozłożonym na podłodze materacu. Materac był niewątpliwie bardzo wygodnym, pierwszorzędnym wytworem, choć parę plam sugerowało, że używano go od dłuższego czasu.
Nim jednak zdążył o coś spytać Jagoda brutalnie potrząsneła śpiącą dziewczyną.
- Wstawaj! Za pół godziny zaczną się zajęcia.
Senna istota wydała jakiś nieartykułowany odgłos i blond głowa ukryła się pod kocem. Najwidoczniej mieszkanka tego pokoju miała odmienne zdanie w kwestii wczesnego wstawania.
Jagoda tylko westchnęła i ruszyła do kuchni. Zrobiła na szybko jakieś kanapki i zaparzyła herbatę. Śpiąca dziewczyna nie poruszyła się przez ten czas nawet o milimetr. Świeżo mianowana obrończyni dobra zostawiła posiłek na stole, po czym podjęła jeszcze jedną nieudaną próbę obudzenia koleżanki. Mordka patrzył z ciekawieniem i zastanawiał się czemu Jagodzie jeszcze nie puściły nerwy. Po wczorajszym dniu wyrobił sobie zdanie, że jeśli jego towarzyszce zdecydowanie czegoś brakuje to jest to cierpliwość i opanowanie. Teraz jednak wyraźnie nie przejmowała się tym, że jej próby spęzają na niczym, a ukryta pod kocem osoba śpi dalej. Z drugiej strony stworek nie mógł powstrzymać wrażenia, że nie dzieje się to po raz pierwszy. Cała sytuacja miała w sobie coś z rytuału.
W międzyczasie Jagoda stanęła przy wieży muzycznej podłączonej do dwóch dużych głośników upchniętych w dolnej szafce. Uruchomiła ją, podłączyła leżącą obok, zużytą mp3 i zaczęła coś ustawiać.
- Co by tu dzisiaj nastawić... - mruknęła do siebie. - To powinno być coś porządnego na rozpoczęcie nowego semestru... - stwierdziła przeglądając muzykę zapisaną w pamięci urządzenia. W końcu wymamrotała, a niech będzie; ustawiła coś i podkręciła głośniki na maksa. Po czym spokojnie wzięła rzeczy i wyszła z pokoju.
Oboje ruszyli korytarzem w stronę schodów. Korzystając z tego, że w pobliżu nie było nikogo innego Mordka postanowił rozpocząć rozmowę:
- Czemu nie zamknęłaś drzwi? Jeśli śpi nie usłyszy, gdy ktoś wejdzie do jej pokoju - zauważył z niepokojem.
- Za parę minut się obudzi, nie ma strachu. Zresztą, dzięki temu nie będzie musiała marnować czasu na ich otwieranie - stwierdziła spokojnie Jagoda. - Poza tym wzdłuż tego korytarza mieszkają głównie nasi znajomi, z którymi niejeden numer żeśmy robili i niejednego zmusiliśmy do jedzenia soli. Nie wspominając o tym, że mocno wątpię, by ktoś próbował ją skrzywdzić. To dobra dziewczyna.
- Zawsze próbujesz ją obudzić?
- Czasem nawet mi się udaje - stwierdziła pogodnie.
Jagoda i Mordka zeszli na dół po schodach. Minęli ukrytą za gazetą portierkę i wyszli na dwór. Poranny chłód owioną ich. Dziewczyna szyko narzuciła na siebie kurtkę.
- To twoja przyjaciółka? - postanowił upewnić się stworek, jednocześnie aktywując zaklęcie uniemożliwiające obniżenie temperatury swojego niedużego ciałka.
- Tak. Znamy się od paru lat. Nazywa się Arashi.
Mordka uświadomił sobie, że słyszał już to imię.
- To jest ta dziewczyna, którą twoim zdaniem miałem odwiedzić?
- Tak - odpała krótko Jagoda. Stworek milczał przez chwilę, ale jego towarzyszka nie rozwinęła tematu. Spojrzała za to wyświetlacz swojego telefonu komórkowego i uśmiechnęła się lekko.
- Powinna zaraz się obudzić.

Owinięta kocem dziewczyna spała w najlepsze nie niepokojona przez nikogo. W pokoju panowała absolutna cisza. Było to częściowo spowodowane tym, że pokój był dźwiękoszczelny. Odgłos opuszczających swoje mieszkania uczniów nie dochodził jej uszu.
Porozrzucane w nieładzie ubrania i książki leżały w różnych częściach pokoju, a na wpół spakowana torba wisiała krzywo na krześle.
Herbata stygła nieśpiesznie.
Wyświelacz wieży mignął, gdy minęła kolejna senna minuta.
I wtedy z ustawionych na pełny regulator głośników buchnęła 5 Symfonia Beethovena. Dziewczyna niemal podskoczyła, koc wzleciał w powietrze, a z jej gardła wyrwało się: "ojej, to już tak późno!"

Mordka dałby głowę, że usłyszał dochodzącą z akademika muzykę, ale Jagoda najwyraźniej nie zwróciła na to uwagi, gdyż szła dalej chodnikiem. Stworek niewiele myśląc pofrunął za nią.
- Nadal nie rozumiem czemu uważasz, że nie nadajesz się na wojowniczkę - kontynuował. - Wiem, że wystąpiły pewne problemy techniczne, ale mimo wszystko naprawdę dobrze poradziłaś sobie...
- Nie twierdziłam nigdzy, że nie posiadam odpowiednich zdolność - Jagoda przerwała mu. - Gdybym ich nie miała to w ogóle bym się nie podjęła jakiejkolwiek walki z nieznanymi przeciwnikami. To byłoby zbyt nierozważne. Nawet jak na mnie.
Mordka zdał sobie sprawę, że nadal nie rozumie sposobu w jaki Jagoda podchodzi do świata.
- Co przypomina mi. W sumie byłem nieco ciekaw, ale nie miałem pewności czy należy pytać. Skąd wiedziałaś, że masz moce? Z tego co wiem indywidualna świadomość istnienia potężnej magicznej energii wewnątrz jednostki jest dość niska na tej planecie.
- Bardzo prosto. Odziedziczyłam zdolności po matce, która zdaje się ma je po swojej babce. W każdym razie nie jest to nic nowego w mojej rodzinie - stwierdziła spokojnie dziewczyna. - I wbrew pozorom wiele osób wierzy w istnienie nadnaturalnej mocy wewnątrz człowieka. Na szczęście tylko nieliczni odkrywają ją w sobie. Chwała za to. Świat byłby strasznym miejscem, gdyby każdy idiota mógł tak po prostu uzyskać zdolność zniszczenia budynku jedną ręką.
- Cóż, naukowo udowodniono, że potencjał magiczny nie ma nic wspólnego ani z intelektem, ani ze stabilnością emocjonalną jednostki - stwierdził Mordka, przypominając sobie co opowiadano na wykładach z Teorii Magii. - Przy czym niewątpliwie posiadanie ich znacznie zwiększa szanse przetrwania.
- Czy magia jest bardzo popularna poza Ziemią? - spytała nagle Jagoda.
Mordka przekrzywił głowę zastanawiając się jak odpowiedzieć.
- Zależy gdzie. Niektóre gatunki istot są z definicji umagicznione, a inne od kilku tysięcy lat nie wyprodukowały ani jednej osoby zdolnej posługiwać się mocą. Jest kilka kultur, gdzie potencjał magiczny i jego brak rozłożyły się po równo w społeczeństwie, choć chyba najpopularniejszy jest model Spreski, którego dobrym przykładem jest Ziemia. Duża ilość jednostek z potencjałem magicznym, gdzie tylko ograniczona liczba osób zostaje w nim uświadomiona i kontynuuje rozwijanie swoich zdolności, czego winą jest brak rozpropagowanej wiedzy o fenomenie visproiectum.
- Mordka, zdajesz sobie sprawę, że masz męczący zwyczaj mówienia momentami w strasznie formalno-fachowy sposób?
Żółty stworek spojrzał na nią lekko zaskoczony.
- Mam?
- Tak. Czy może raczej przez większość czasu starasz się mówić w miarę kolokwialnie i jakoś ci to nawet wychodzi, ale gdy tylko mówimy o magii to bardzo skacze ci poziom elokwencji. Znaczy dla mnie to nie problem, bo jakoś nadążam, ale jeśli kiedyś będziesz musiał wyjaśniać te rzeczy nieobeznanej osobie to spróbuj bardziej upraszczać język.
- Ale... ale ja go upraszczam - wyjaśniła lekko zrozpaczona maskotka.
Jagoda spojrzała na towarzysza rozumiejącym wzrokiem.
- Głównie brakuje ci chyba osłuchania. Całkiem nieźle radzisz sobie z językiem jak na kogoś kto poznał go magicznie i nawet mnie zdziwiło, że do pewnego stopnia opanowałeś kolokwializmy, ale jednak nic nie zastąpi praktyki. Skoro zamierzasz latać ze mną do szkoły to postaraj się wykorzystać tę okazję, by lepiej zrozumieć jęz....
- Jaaaagooodaaa! - jej wywód przerwało wołanie zza pleców. Dziewczyna zatrzymała się, pozwalając, by krzycząca postać skoczyła i objęła ją na powitanie. Była to zdecydowanie niższa od niej osoba, również ubrana w męski mundurek. Jej twarz okalały ciemnoblond włosy do szyi.
- Rei, miło cię widzieć - odpowiedziała spokojnie, nie odwracając się.
- Nie wiem kogo w tym momencie widzisz, ale z całą pewnością nie mnie - odparła z godnością postać. W lekko urażonym tonie kryła się jednak sugestia żartu. Najwyraźniej oboje doskonale się bawili.
Jagoda w końcu odwróciła się z uśmiechem do znajomej osoby.
- Mam nadzieję, że nie miałeś problemu z wczesnym wstawaniem, jak pewna sowia osobistość.
- Arashi nie byłaby sobą, gdyby nie zaspała na pierwszy dzień nowego semestru. I już się przyzwyczaiłem do tego, że muszę dojeżdżać w przeciwieństwie do szczęśliwców nocujących w akademiku - zauważył z lekkim przekąsem.
- Cóż, sporo osób rezygnuje z tej "szczęśliwości" na rzecz własnego cichego kąta.
- Nie lubię gdy omija mnie życie socjalne - zauważył rozmówca. - A właśnie, gdzie cię wczoraj wywiało z akademika?
Jagoda spojrzała z bolesną miną.
- Cichy kąt i istnienie czegoś takiego jak prywatność, chciałam powiedzieć.
- Pytam z czystej ciekawości. Arashi wczoraj do mnie telefonowała i pytała czy jesteś u mnie. Wyraźnie się martwiła, że gdzieś zniknęłaś na większość wieczoru.
- Na litość... wróciłam przed północą! I chyba raz mogę sobie pozwolić na nie wzięcie udziału w integracyjnej imprezie naszego korytarza?!
- Ja bym nie śmiał zabraniać ci czegokolwiek. Doprawdy nie wiem czemu się o ciebie martwiła. Raczej nic gorszego od siebie nie spotkałaś.
- Gorszego na pewno nie. Niestety odnoszę wrażenie, że od teraz będę musiała częściej zarywać wieczory.
- O, a co się stało?
- Wczoraj przeleciała do mnie taka żółta maskotka, która zaproponowała mi zostanie magiczną wojowniczką o wolność. A na mieście byłam, by skopać tyłek wroga, który akurat się napatoczył.
Mordka patrzył wyraźnie zszokowany na Jagodę, która bez skrępowania opowiadała o nadprzyrodzonych zdarzeniach poprzedniego dnia. Chciał coś powiedzieć, ale ta konwersacja tak go zaskoczyła, że pozostał cicho.
- To znaczy, że się zgodziłaś? - spytał Rei, dla którego wyraźnie ten fragment historii był najdziwniejszy.
- Tak, miałam pewne wachania, ale stwierdziłam, że należy czasem podjąć ryzyko. W dodatku ta maskotka była tak zestresowana, że nie miałam serca odmówić. I teraz mam tą... broń - oznajmiła pokazując bransoletkę - która niestety na razie powoduje całą taką problematyczną przemianę w tandetne ciuszki. Ale pracuję nad tym.
- Jejku. Rzeczywiście wygląda kiepsko. Takie łańcuszki nigdy ci nie pasowały - przyznał oglądając uważnie ozdobę. - Zawsze raczej byłaś typem na porządne bransolety lub coś niecodziennego. To jest zbyt nijakie - stwierdził z lekkim niezadowoleniem.
- Dziękuję za twoją fachową opinię - odburknęła.
W międzyczasie wyszli zza drzew i dopiero teraz Mordka zauważył olbrzymi budynek szkolny. Był to trzypiętrowy kompleks, który z nie do końca zrozumiałych powodów miał kształt lekko wyprostowanej litery Z z długimi ramionami. Nim jednak zdążył głębiej zanalizować tutejszą architekturę jego uwagę zwrócił nagły okrzyk.
- Poooooczekaaaajjciieeeee naaaaa mniiiieeeeee! - zabrzmiał rozpaczliwy głos za ich plecami.
Jagoda znów całkiem zignorowała wołanie. Rei drgnął, ale również się nie odwrócił, najwyraźniej czekając na rozwój wypadków.
Coś blondwłosego i ubranego w brązowy płaszcz biegło z godną podziwu prędkością prosto na świeżo mianowaną wojowniczkę dobra. Dziewczyna wyczekała moment i odskoczyła w ostatniej chwili na bok. Rozpędzona postać przebiegła jeszcze kilka metrów nim zdała sobie sprawę, że minęła swoich przyjaciół i gwałtownie wyhamowała.
- Witaj Arashi - mruknęła Jagoda.
- Cześć - Rei dołączył się do porannych pozdrowień.
- Dzień dobry - wymamrotała lekko niezadowolona dziewczyna, najwyraźniej unik Jagody nie wprawił jej w najlepszy nastrój.
Arashi również była niższa od Jagody, ale za to wyższa od Reia. Mordka dopiero teraz zdał sobie sprawę, że Rei był zastanawiająco niski jak na chłopaka w tym wieku. Jeśli był chłopakiem, bo jego wątła sylwetka i pogodna twarz mogły równie dobrze należeć do dziewczyny. W końcu Jagoda mogła nie być jedyną przedstawicielką płci pięknej noszącą męskie ubranie w tej okolicy. Nie mniej chwilowo wszystko wskazywało na to, że Rei jest facetem i Mordka postanowił się tego trzymać.
Wracając do Arashi, była ona dość ładną dziewczyną o jasnych blond włosach do szyi, przy czym okalające jej twarz dwa kosmyki były nieznacznie dłuższe i zaokrąglone na końcach. Miała szczerą twarz i patrząc na nią można było stwierdzić, że jest to osoba, która zwyczajnie nie umie kłamać. W przeciwieństwie do Jagody zdawała się być delikatną, niemal ezoteryczną postacią, ale Mordka szybko doszedł do wniosku, że to akurat fałszywe wrażenie. Czas w jakim pokonała odległość stąd do akademika i brak oznak przesadnego zmęczenia wskazywały, że w istocie była ona sprawniejsza od Jagody lub przynajmniej lepiej radziła sobie w sprincie.
Dalsza droga do szkoły minęła w atmosferze radosnej konwersacji z której jednak Mordka niewiele zrozumiał, gdyż zawierała dużą ilość nieznanych mu imion i nazw własnych oraz słów, których zaklęcie tłumaczące nie obejmowało. Będzie musiał później spytać czym jest fanserwis i cosplay. A poza tym dowiedzieć się czym jest BTJT oraz dlaczego Jagoda tak bardzo tego nie lubi.

Szkoła do której uczęszczała Jagoda zwana Akademią Rozwoju Indywidualnego była niecodziennym miejscem. Mordka zdawał sobie sprawę, że przeciętna placówka edukacyjna nie opływa w bogactwa. ARI właściwie też nie opływało, a raczej wisiało delikatnie w przezroczystej mgiełce wysokiego czesnego, która sugerowała nie tyle rozpustę, co stabilność finansową uczęszczających tu uczniów. O ile dało się wyczuć pewien elitaryzm bijący od studentów, tak snobizm i formalizm zdawały się być mało powszechne. Już w drodze do szkoły Mordka zauważył, że mundurek to element nieobowiązkowy, jako że mijający ich uczniowie częściej mieli na sobie codzienne ubrania. Zresztą sam mundurek nie grzeszył przesadnie skomplikowanym projektem i nie wyróżniał się na tle zwykłych strojów.

Po wejściu do szkoły Arashi odłączyła się od nich, by pójść na swoje zajęcia i obiecując spotkać się ponownie po nich. Rei i Jagoda z kolei skierowali się do klasy 115 na lekcję japońskiego. Po drodze oboje pozdrowili parę osób, które najwyraźniej znali.

- Jesteś całkiem lubianą osobą - zauważył Mordka. Razem z Jagodą siedzieli na trawniku koło szkoły. W pewnej odległości od nich było też kilka innych osób korzystających z popołudniowego słońca, które sprawiło, że aura stała się nieco znośniejasz. Rei miał wciąż zajęcia, co Jagoda postanowiła wykorzystać by trochę porozmawiać z maskotką.
- Jak rozumiem, nie wyglądam na kogoś, kto utrzymuje kontakty towarzyskie - stwierdziła spokojnie dziewczyna nadgryzając bułkę.
Mordka lekko się zawstydził.
- Chyba źle sformułowałem to zdanie. Chodziło mi o to, że miałem wrażenie, iż nie jesteś typem osoby z dużą ilością znajomych - próbował się wytłumaczyć.
- To prawda.
- Słucham? - spytał stworek nie rozumiejąc.
- Nie jestem typem osoby, która posiadałaby dużą liczbę znajomych - wyjasniła dziewczyna. - Co wcale nie oznacza, że nie mogę sobie pozwolić na zebranie takowej.
- Chyba się zgubiłem - przyznał Mordka.
- Nieważne, przejdźmy może do konkretów. Są dwie sprawy o których powinniśmy pomówić. Pierwsza, kwestia to zmuszenie tej upartej bransolety do współpracy. Jak rozumiem w tym momencie nic ci nie wiadomo o nowych przeciwnikach?
- Nie, okolica wciąż jest czysta. I co masz zamiar z nim zrobić? Mam zacząć pisać ten list z reklamacją?
Jagoda zaprzeczyła.
- Wstrzymaj się z tym. Trochę nad tym myślałam i mam pewien pomysł co może być nie tak i jak temu zaradzić, ale zmienienie tych "ustawień" będzie wymagało trochę czasu. Nie wiem jak dużo.
Mordka okazał duże zainteresowanie tą kwestią, ku lekkiemu niepokojowi Jagody.
- Wiesz? W takim razie co jest nie tak? I jak masz zamiar to naprawić? - spytał szybko.
- Spokojnie - odparła defensywnie Jagoda. - Tak naprawdę nie mam pewności czy dobrze rozgryzłam ten problem. I kiedy powiedziałam, że mam pomysł byłam trochę niedokładna. Tak naprawdę mam kilka pomysłów, ale wszystkie opierają się na tym samym rozwiązaniu. Muszę popracować nad dostrojeniem tego cuda technologicznego do siebie.
- To dziwne, ta broń powinna dostrajać się automatycznie - zauważył Mordka. - Ale jak masz zamiar się dostroić?
- Bardzo prosto, będę uruchamiać tę bransoletę do skutku.
- Że, jak? - spytał z niedowierzaniem Mordka.
- Doszłam do wniosku, że coś się zablokowało, a najlepszą metodą na blokadę jest restartowanie do skutku - wyjaśniła spokojnie dziewczyna.
Mordka był pewien, że nikt nie projektował tego urządzenia przewidując takie niedelikatne traktowanie. To męskie modele były wzmacniane na wypadek prób samodzielnego "naprawiania".
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - zaczął niepewnie.
Jagoda rzuciła mu złe spojrzenie.
- A masz lepszy? - odwarknęła.
Mordka spuścił wzrok jasno pokazując, że nie ma nic więcej do powiedzenia w tej materii.
Dziewczyna westchnęła. Wyładowywanie frustracji spowodowanej przez złośliwość przedmiotów martwych na Mordce pozostawiało paskudne uczucie, ale musiała jakoś walczyć z jego niezdecydowaniem. Po czterech latach przyjaźni z Arashi była pewna, że to najlepsza metoda na zreformowanie takiej osoby, nawet jeśli niezbyt przyjemna. Zresztą, kto powiedział, że życie jest proste?
- Przejdźmy może do drugiej kwestii - oznajmiła, zmieniając temat. - Czy fakt, że jestem wojowniczką dobra jest tajemnicą? To znaczy, czy mogę podzielić się tą informacją z moimi przyjaciółmi nie wkurzając jednocześnie twoich przełożonych?
Mordka mimo woli nie mógł nie zauważyć, że Jagoda raczej nie ma zamiaru trzymać tego faktu w sekrecie. Jej pytanie dotyczyło nie tyle tego czy to tajna informacja, a tego jak surowe będą reperkusje gdy to zrobi. Stworek nie był pewien co powinien sądzić o takim zachowaniu swojej towarzyszki. Chwilowo postanowił jednak wstrzymywaś się z oceną. Choć metody i podejście dziewczyny miały w sobie coś pokrętnego Mordka miał absolutną pewność, że Jagoda jest w istocie dobrą osobą.
- Nie, nie masz obowiązku trzymać tego w tajemnicy - powiedział na głos. - Z tego co wiem większość osób nie dzieli się tą informacją, gdyż znajomi mogliby uznać, że oszaleli lub cierpią na schizofrenię, ale.... - tu urwał, gdyż zdał sobie sprawę, że to co chciał powiedzieć brzmiało niepokojąco blisko do "twoi znajomi są zapewne dość szaleni by w to uwierzyć", tudzieć "nic co powiesz, że nie zdoła bardziej pogorszyć opinii o twoim zdrowiu psychicznym".
- Nie martw się, parę razy w życiu musiałam się tłumaczyć z bardziej szalonych rzeczy - stwierdziła spokojnie. - I to na dodatek takich, których nie mogłam udowodnić. - Zatrudnienie jako obrończyni dobra jest w porównaniu czymś całkiem normalnym biorąc pod uwagę, że jesteśmy w końcu w Japonii - kontynuowała z przekonaniem i Mordka zaczął się zastanawiać czy dziewczyna mówi poważnie czy jest ironiczna. - Tu każdy przeciętny nastolatek ma okazję uratować choć raz Ziemię!
- Ratowanie Ziemi nie jest przewidziane w umo... - postanowił wtrącić Mordka.
- Tym lepiej dla Ziemi - uznała Jagoda. Stworek nie miał pewności co dziewczyna ma przez to na myśli, ale czuł, że się z nią zgadza.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, gdy Jagoda kończyła jeść swój posiłek. Gdy bułka stała się sprawą przeszłości Jagoda wstała i zaczęła krążyć po kampusie rozglądając się za jakimś odosobnionym miejscem. W końcu zdecydowała się zaszyć wśród kilku drzew rosnących niedaleko budynku.
- Mordko, o ile nie masz nic przeciwko, mógłbyś zostawić mnie teraz samą? Chce spróbować trochę podostrajać się, a sądzę, że lepiej mi pójdzie jeśli nikt nie będzie mi przeszkadzał - wyjaśniła. Stworek bez problemu się zgodził.
- Gdybyś miała jakieś problemy zawołaj mnie w myślach. To urządzenie pozwala przesyłać krótkie telepatyczne wiadomości - oznajmiła maskotka.
- Jedno pytanie, czemu mówisz mi o tym dopiero teraz? - spytała podejrzliwie dziewczyna.
- Cóż, zapomniałem wspomnieć - przyznał lekko zawstydzony Mordka. - Po prostu ta umiejętność opiera się na poprawnym działaniu tego urządzenia i używam jej głównie, by móc zsynchronizować moją magię z twoimi działaniami. Dopóki nie uda ci się zgrać z urządzeniem i tak niemożliwe będzie ustabilizowanie połączenia na tyle, by móc wykorzystać je w celach konwersacyjnych. I nawet wtedy nie jest to coś umożliwiającego czytanie myśli. Mogę jedynie wysyłać i odbierać krótkie komunikaty.
- Mam nadzieję, że to prawda... - stwierdziła cierpko dziewczyna.
Jej słowa wywołały nieoczekiwany efekt, gdyż Mordka niespodziewanie się zdenerwował.
- Twój umysł to twoja twierdza! - wykrzyknął. - To umysł odpowiada za wykorzystanie magii! Nikt nie ma prawa bezkarnie wkroczyć na to terytorium i wykorzystywać twój potencjał magiczny! Nikt! Rozumiesz?
Jagoda bezmyślnie kiwnęła głową, niepewna co innego zrobić w przypadku, gdy nieduża, wkurzona, złota maskotka wisi tuż przed tobą i podkreśla znaczenie obrony umysłu.
- Nie musisz się martwić o mój umysł - zapewniła go, gdy Mordka wciąż patrzył na nią lekko obruszony. - Będę go bronić!
Udobruchany tymi słowami stworek lekko oklapł i powrócił do swojej nieśmiałej minki.
- To dobrze, w takim razie polecę rozejrzeć się po szkole. Wrócę tu za jakąś godzinę. Powodzenia w dostrajaniu! - to powiedziawszy wziósł się w powietrze i skierował nad szkolne boisko.
Jagoda spojrzała rozkojarzonym wzrokiem za oddalającym się towarzyszem. Cóż, dobrze wiedzieć, że stworek był jednak w stanie się zdenerwować i to na dodatek w kwestii dobrobytu jej umysłu.
Wciąż zamyślona, dziewczyna podniosła rękę i spróbowała urochomić bransoletę. Talizman rozbłysł światłem, gdy wojowniczka pozwoliła płynąć mocy... gwałtowny szok sprawił, że natychmiast przerwała połączenie. Jagoda westchnęła patrząc na swój nadgarstek, który pulsował lekkim bólem.
- Naprawdę nie musisz się o mnie martwić - powiedziała do powietrza z lekką rezygnacją. - Bardziej martw się o to co będzie próbować stanąć mi na drodze.

czwartek, 19 maja 2011

Eurythmy 4 "Pierwszy dzień w pracy jest zawsze pamiętny"

Jagoda szła szybkim krokiem przez miasto. Był wieczór, drogę oświetlały palące się lampy. W sklepach i na ulicy widać było gromady uczniów, którzy cieszyli się ostatnim dniem wolnego. Nikt nie zwracał uwagi na świeżo mianowaną obrończynię dobra i jej maskotkę, śpieszących na miejsce walki.
- To wygodne, że ludzie cię nie widzą - zauważyła Jagoda. Była świadoma, że z perspektywy przypadkowego przechodnia wygląda to tak, jakby mówiła do siebie, ale nie przejmowała się tym za bardzo.
- Gdy mnie tworzono specjalnie wbudowano we mnie zaklęcie, które sprawia, że ludzie nie władający magią mnie nie postrzegają. W razie konieczności mogę je wyłączyć - Mordka wyraźnie nie szczędził informacji o swoich możliwościach, co zdaniem Jagody było bardzo pozytywnym aspektem jej nowego współtowarzysza. - To bardzo przydatna funkcja, gdyż mogę stale przebywać w twoim pobliżu. Moi wykładowcy często narzekali na czasy, gdy jeszcze nie wynaleziono tej metody i musieli oni nieustannie się chować lub udawać pluszowe zwierzaki. To nieco deprymujące, gdy bardziej obawiasz się, że przyjaciółka twojej współpracownicy odkryje kim jesteś niż kolejnego starcia z siłami zła.
- Nie da się ukryć - zgodziła się dziewczyna, jednocześnie wymijając grupę studentów, którzy zablokowali jej drogę. - Wspominałeś, że nasz przeciwnik siedzi w tej okolicy od dwóch tygodni. Wiesz może o nim coś więcej?
Mordka pokręcił głową.
- Jedyne informacje jakie udało mi się pozyskać są mało istotne. Wiadomo, że nazywają go Delwen i jest raczej mało znaczącą postacią. Od paru lat pracuje jako wojownik i był najmowany przez różnych Złych, ale nie odniósł większych sukcesów. Nie posiadam żadnych danych dotyczących jego mocy ani zdolności.
- Cóż, ma sens. Gdyby to był ktoś potężny raczej nie wysyłaliby nowicjuszy. W którą stronę teraz? - spytała, dobiegłszy do skrzyżowania.
- Wciąż prosto. Cóż, swego czasu zwykłą praktyką było wysyłanie nowicjuszy przeciwko silniejszym przeciwnikom. Podobno dzięki temu szybciej zdobywali doświadczenie, ale w końcu ktoś zauważył, że trochę lepsi wojownicy słabo wynagradzają duże straty kapitału ludzkiego. Dlatego będę wdzięczny jeśli zrobisz wszystko, by nie umrzeć. - Jagoda zaczęła podejrzewać, że to trema przed pierwszą walką sprawia, że Mordka jest tak gadatliwy. Nie wyglądał na zdenerwowanego tak jak wtedy, gdy się przedstawiał, ale gdzieś w jego słowach można było wyczuć lekkie napięcie. Może to i lepiej, że jego stremowanie przed walką nie było tak obezwładniające, jak to pojawiające się przy nawiązaniu kontaktów z nieznaną osobą.

Pięć minut później oboje doszli do sporego placu. Tak naprawdę nie był on przesadnie duży, ale otaczały go niespecjalnie wysokie budynki, za którymi znajdowały się nieco większe budowle, a dopiero za nimi stały biurowce i wieżowce. W rezultacie plac wyglądał z góry jak swoiste zagłębienie terenu. Był on w większości pusty, za wyjątkiem fontanny wypełnionej drobniakami, które studenci wrzucali na pomyślność w nowym semestrze, trzech niedużych budek z jedzeniem, kiosku i pewnej ilości miejskiej zieleni. Po placu krążyła spora liczba ludzi, w tym kilka zakochanych par okupujących ławki.
- To on - Mordka wskazał łapką na siedzącego przy fontannie mężczyźnie. Nie wyróżniał się on jakoś szczególnie i Jagoda w pierwszej chwili wzięła go za jakiegoś pijaczka lub bezrobotnego. Nosił on beżowy, znoszony płaszcz, który na pewno pamiętał lepsze czasy. Na nogach miał solidne, ale mocno zabrudzone buciory. Głowę okalały potargane brązowe włosy i wyglądało na to, że od dłuższego czasu nie widziały one szamponu. Twarz prezentowała się niewiele lepiej, kilkudniowy zarost, lekko zaczerwieniony nos i znudzone spojrzenie gwarantowały, że żaden z przechodniów nie próbował go zaczepiać. Nie chodziło o to, że wyglądał zadziornie lub niebezpiecznie. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby znalazł się tutaj całkiem przypadkowo i jedynie chwilowo odpoczywał przy tej fontannie z zamiarem udania się za jakiś czas do najbliższego sklepu monopolowego. Z tego powodu mijający go ludzie ignorowali ten widok nizin egzystencji z nadzieją, że niedługo sam sobie stąd pójdzie.
Cóż, czas by ktoś się wyłamał.
Jagoda powoli podeszła do swojego domniemanego przeciwnika, który leżał rozwalany na ławce, opierając się o tył fontanny. Dziewczyna pochyliła się nad nim studiując bliżej jego wygląd. W nos uderzył ją nieprzyjemny zapach, kojarzący się z przepoconymi skarpetami. Mężczyzna wyglądał na otumanionego i w żaden sposób nie zareagował na nagłe pojawienie się badaczki kontemplującej jego cokolwiek podłą i cuchnącą egzystencję.
Świeżo mianowana wojowniczka odczekała jeszcze chwilę, po czym złożyła ręce i oznajmiła:
- Osiem punktów na dziesięć za maskowanie się. Od bezdomnego lub pijaka bardziej by jechało. Podziwiam pomysł z puszką - tu skierowała spojrzenie na niepozorną puszkę po piwie stojącą pod ławką - ale wystarczy podejść bliżej, by zdać sobie sprawę, że to z niej dochodzi niemiły zapach.
Przez chwilę nic się nie działo, ale po kilkunastu sekundach domniemany sługa zła podniósł głowę i potarł czoło, jak gdyby próbował oprzytomnieć.
- To ty jesteś tą obrończynią dobra i sprawiedliwości? - spytał mężczyzna. Jego twarz nie wyrażała absolutnie niczego, a ton głosu sugerował, że nie przywiązuje on zbytniej wagi do całej sytuacji. Można było odnieść wrażenie, iż został on tylko wrobiony w ciągnącą się przez miliony lat walkę między dobrem i złem, a tak naprawdę nie marzy o niczym innym jak tylko wcześnie wrócić do domu, by zdążyć na odcinek swojego ulubionego serialu.
Jagoda rozpoznawszy w swoim przeciwniku trzeźwego realistę, powitała go jak bratnią duszę.
- Świeżo mianowana - uściśliła konwersacyjnym tonem. - I przepraszam za spóźnienie, ale targowałam się o wysokość płacy i chwilę nam na tym zeszło.
- A, to nic dziwnego, że przez ostatnie dwa tygodnie siedziałem na próżno. Naprawdę nie rozumiem po co wysłali mnie w to miejsce - stwierdził bezbarwnym tonem, jakby cała sprawa tak naprawdę nie dotyczyła jego, ale kogos innego. - Tu nic nie ma.
- Może po to kazali ci tu siedzieć, żeby wyglądało jakby jednak coś było - zasugerowała Jagoda.
Mężczyzna spojrzał na nią wciąż nieco tępym, ale już bardziej zainteresowanym wzrokiem.
- Tak, to nawet byłby dobry powód, by ktoś ślęczał jak kołek w jednym miejscu, ale bardzo kiepski, by wciągnąć jakąś przypadkową uczennicę w te ciemne sprawki - stwierdził, wstając powoli. Sięgną do kieszeni i wyciągnął z niej coś co wyglądało jak niebieski kamień z wyrytymi na nim znakami.
- Wydajesz się być sympatyczną dziewczyną i nie mam ochoty robić ci krzywdy - przyznał - ale kazali mi rozprawić się z każdym przeciwnikiem, który się pojawi. Więc nie miej urazy, gdybym cię przypadkiem zabił - wyjaśnił.
- Ty też - odparła krótko Jagoda. Spojrzała szybko na Mordkę, który zrozumiał wiadomość i natychmiast rozpostarł alternatywną rzeczywistość wokół nich. Nie wyglądało to jakoś szczególnie efektownie. Po prostu w jednej chwili znajdowali się na pełnej ludzi ulicy, by za chwilę stać tam tylko w trójkę. Dziewczyna poczuła lekkie rozczarowanie wobec braku widowiskowego rozprzestrzeniającego się kręgu i czerwonawej poświaty, ale szybko wróciła myślami do rzeczywistości.
Delwen ścisną kamień, który rozświetlił się jasnym blaskiem, Jagoda odskoczyła jednocześnie aplikując moc w bransoletkę. Nastąpił błysk.

To co wydarzyło się w następnej chwili stanowiło naprawdę dziwaczny widok. Jagoda, która dzięki jednemu z zaklęć Mordki wskoczyła na budkę z jedzeniem na wynos stała tam półnaga, a jej zacięta mina sugerowała wielki wysiłek. Jaskrawe i błyszczące fale energii latały wokół niej, a z jakiegoś nieokreślonego miejsca zdawała się płynąć radosna, syntetyczna melodia. W normalnym przypadku mogłoby to uchodzić za zwykłą scenę transformacji.
Gdyby nie to, że z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu się zacinała.
Fale energii to ruszały to zatrzymywały się, a dochodząca z oddali muzyka przerywała. Sama transformacja też nie była płynna. Nagle kakofonia jeszcze się zwiększyła a zmiana zaczęła nie tyle przerywać co skakać od fragmentu do fragmentu. Zarówno Mordka jak i Delwen zdali sobie sprawę co się działo. Jagoda próbowała najpierw zatrzymać, a teraz "przewinąć" tranformację. Nastąpił błysk sugerujący koniec i oto oczom obu obserwatorów ukazało się najbardziej wkurzone magiczne stworzenie, jakie mieli okazję widzieć. Z okrzykiem niekrytej frustracji Jagoda spojrzała na liliowe rękawiczki, przykrótką, różowiótką sukienkę z tyloma falbankami ile można było dodać i magiczną laskę, która wyglądała jak tania zabawka z Chin. Dziewczyna z rozmachem zdjęła zdobiącą jej głowę czapkę i wyrazem absolutnego obrzydzenia skwitowała widok wściekle różowej powiekszonej wersji czepka, jaki noszą niemowlaki. Cisnęła go na ziemię i zaczęła deptać brokatowymi szpilkami, jednocześnie przeklinając głośno we wszystkich językach jakie choć trochę znała. W akompaniamencie najsprośniejszych i najbardziej opisowych epitetów polskich, japońskich, angielskich i rosyjskich oznajmiła światu co myśli o walczeniu w tego typu ciuchach jednocześnie wciąż wyładowując złość na winnej swej brzydoty czapce. Jagoda wyglądała jak demon wcisnięty w strój karnawałowy, jej biust podskakiwał dziko, gdyż kostium był wyraźnie projektowany z myślą o płaskiej osobie, a włosy były rozwiane dziko, ponieważ z nie do końca zrozumiałego powodu podczas tranformacji trzymająca je gumka gdzieś zniknęła.

Delwen okazał się nadzywaczaj wyrozumiałym wrogiem i dał Jagodzie całą minutę na wyładowanie stresu, jednocześnie doceniając jej zasób słownictwa. Po upływie tego czasu machnął ręką w stronę dziewczyny.
Kula niebieskiej energii pojawiła się nie wiadomo skąd i natychmiast uderzyła, jednocześnie eksplodując w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą miotała się wytrącona z równowagi obrończyni dobra. Obecnie jednak przykucnęła ona na balkonie pobliskiego budynku i patrzyła na dymiące resztki dachu budki. Mordka wisiał w powietrzu niedaleko niej. Jagoda zdawała sobie  sprawę z niebezpieczeństwa, jakie pociągała za sobą dyskusja w trakcie walki, ale nie była w stanie stłumić swojej złości.
- Co to ma do cholery być?! Nic nie wspominałeś, że będę musiała walczyć ubrana w te szmaty! - krzyknęła do Mordki.
Kolejna niebieska kula sprawiła, że balkon przestał istnieć, a kilka kolejnych porobiło dziury w różnych częściach budynku, które dziewczyna mijała podczas uników.
- Bo nie wiedziałam, że tak źle to przyjmiesz! - odpowiedział jej stworek, którego końcówka ogona była lekko osmalona od ostatniego ataku. - Wydawało mi się to tak nieistotne, że zapomniałem o tym powiedzieć!
Oboje gwałtownie zmienili kierunek ucieczki, unikając kolejnego ataku i wzlecieli w powietrze lądując na domie mieszkalnym, gdzie wznowili ucieczkę.
- Nieważne?! - Jagoda prawie się popluła. - Co za kretynka walczyłaby w szpilkach?
- Mają wbudowane zaklęcie stabilizujące, więc nie ma zagrożenia, że skręcisz sobie kostkę - uściślił automatycznie Mordka, ale wiedział, że nie w tym tkwi problem.
Jagoda przeskoczyła na następny budynek wciąż goniona przez kolejne niebieskiej wyładowania.
- Mam cholerne siedemnaście lat! W takie ciuchy możecie wpakować przedszkolaka, a nie prawie dorosłą kobietę. Za... - Jagoda najwyraźniej chciała podkreślić swoje słowa przez dodanie za jaki czas ma urodziny, ale nie udało jej się, gdyż kilka lecących za nią kul złaczyło się w jedną i olbrzymi ładunek energii wybuchł tuż za jej plecami.
Delwen ziewną lekko. Nie spodziewał się, że będzie szło tak gładko. Uderzył przy pomocy magii w okolice eksplozji na wypadek gdyby dziewczyna jakoś uskoczyła przed atakiem, ale wyglądało na to, że walka się skończyła.
Rozejrzał się, ale nie dostrzegł swojej przeciwniczki na żadnym dachu. Nic nie zakłócało ciszy w tym sztucznie wytworzonym wymiarze.
- AAAAAAAAARGGGGGGGHHHH!!!!
Najemnik obejrzał się. W oddali dziewczyna biegła ulicą w jego stronę. W wyciągniętej przed siebie ręce trzymała swoją magiczną różdżkę, która świeciła jasno, napromieniowana energią. Przyszedł czas na kontratak.
Mężczyzna chciał zaatakować, ale powstrzymał się. Jagoda była zbyt daleko, by mógł celnie trafić i wyraźnie była gotowa w każdej chwili uderzyć. W przeciwieństwie do niej Delwen nie miał do dyspozycji pomocniczej magii, dzięki której mógłby szybko uniknąć nagłego ataku. Gdyby teraz wystrzelił w stronę swojej przeciwniczki i spudłował, wywołana w ten sposób eksplozja skutecznie ograniczałaby jego pole widzenia uniemożliwiając mu dostrzeżenie potencjalnego kontrataku. Nie pozostało mu zatem nic innego jak tylko poczekać aż dziewczyna znów znajdzie się w zasięgu celnego strzału lub zaatakuje. Wyglądało jednak, że to drugie nastąpi jako pierwsze, gdyż różdżka utonęła w białym blasku, a Jagoda krzyknęła:
- AAAA MAAAAAAASZ!
Delwen w duchu miał tylko nadzieję, że to nie bedzie atak obszarowy. Niech to będzie jakiś nieduży promień przed którym da się uskoczyć.
Kontur różdżki znów stał się widoczny, gdy moc skumulowana na czubku zamigotała.
I zgasła.
Jagoda stanęła.
Delwen, który ustawił się wpozycji defensywnej spojrzał lekko zagubiony.
Dziewczyna podniosła jeszcze raz różdżkę i wycelowała nią w przeciwnika. Laska zaświeciła się mocnym światłem i znowu zgasła.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę stał nie rozumiejąc co się dokładnie stało. Jednak Jagoda, która chwyciwszy różdżkę zamachnęła się i z całej siły uderzyła nią o chodnik z okrzykiem "TY KUPO ZŁOMU!" okazała się być dostatecznym wyjaśnieniem, gdyż sekundę później w jej stronę poleciała kolejna salwa niebieskich pocisków.
Gdy dym się rozwiał ulica była pusta. Delwen rozejrzał się, ale brak było oznak kolejnej próby kontrataku. Oczekiwanie przedłużało się, ale alternatywny wymiar pozostał aktywny co oznaczało, że strona dobra wciąż nie zrezygnowała z walki.

Ukryci w jednym z biur pobliskiego wieżowca Mordka i Jagoda próbowali ustalić co robić dalej. Dziewczyna korzystając z okazji wywaliła szpilki do kosza, a teraz popijała wodę z automatu próbując jakoś dojść do siebie.
- Nie wiem czemu nie możesz wykonać ataku - stwierdził mordka po szybkim przyjrzeniu się różdżce. - Wszystkie systemy działają sprawnie. Nie powinnaś mieć problemu z przepływem mocy.
- Ale miałam - ucięła niezadowolona dziewczyna. - To ustrojstwo w ogóle nie chce się mnie słuchać. Próbowałam też przywrócić mój dawny strój, ale bez powodzenia. To tak, jakby coś uniemożliwiało zmianę ustawień fabrycznych - mruknęła z namysłem.
Wzięła różdżkę w rękę i jeszcze raz spróbowała przy jej użyciu wykonać atak. Rezultat był jednak identyczny jak ostatnim razem. Gdy i druga próba się nie powiodła, Jagoda z frustracją uderzyła laską o ścianę.
- To chyba nie pomoże... - Mordka próbował zaoponować przeciwko tak niedelikatnemu posługiwaniu się tym zaawansowanym wytworem myśli techniczno-magicznej, ale Jagoda zgromiła go wzrokiem.
- A masz lepszy pomysł? Bo nie chcę nic mówić, ale ciężko wygrać magiczną walkę, gdy twoja jedyna broń odmawia współpracy, a ty musisz walczyć w wyjątkowo niewygodnym stroju - wypomniała swojemu współpracownikowi.
Laska jeszcze raz z hukiem spotkała się ze ścianą. Dziewczyna opadła na podłogę i popatrzyła smętnie na nieposłuszny artefakt.
- Dostałeś chociaż na to gwarancję? - spytała. Było widać po niej, że wciąż jest zdenerwowana i próbuje jakoś ułożyć myśli.
- Nie - przyznał Mordka. - Ale mogę później złożyć reklamację. Chociaż nie wiem czy ktoś wcześniej tego próbował. Zazwyczaj gdy urządzenie przestaje działać wynika to z jakiś zakłóceń. Jeśli ma się dość środków można ustawić specjalne pole, które sprawia, że magiczne urządzenia mają problemy z działaniem, przy czym wtedy od razu wiedziałbym skąd bierze się źródło naszych kłopotów.
- Innymi słowy, problem leży po mojej stronie - stwierdziła Jagoda.
Mordka obruszył się.
-Tego nie powiedziałem! - wykrzyknął.
- Ale ja tak sądzę - oznajmiła twardo Jagoda, która znów wygladała na zdenerwowaną. Poderwała się na nogi i machnęła wrogo różdżką. - Mówiłam już, że jestem niewłaściwą osobą i jestem przekonana, że stąd wynikają moje kłopoty z używaniem tego czegoś. Nie mniej zgodziłam się pełnić rolę wojowniczki światła doskonale o tym wiedząc. Dlatego pokonam tego zapchlonego żulo-maga, choćby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie!
Mordka spojrzał na nią przerażony. Jego mina jasno dawała do zrozumienia co myśli o takim śmiertelnym połączeniu brawury i dumy.
- Ale twoja broń wciąż nie działa!
- To sprawię, że zacznie - odgryzła się dziewczyna.
- Ale wcześniej nie byłaś w stanie mu zagrozić!
- Za mało się starałam! - warknęła.
- Nie masz z nim szans! - wykrzyknęła zdesperowana maskotka.
Jagoda zapowietrzyła się na moment. Szybko jednak odzyskała równowagę ducha. Spojrzała na swojego towarzysza i spytała z nutą smutku:
- Aż tak we mnie nie wierzysz?
Mordce zabrakło słów, gestów, argumentów, czegokolwiek co mogłoby powstrzymać narwaną wojowniczkę.
Dziewczyna wyminęła go i zaczęła myszkować po biurze szukając czegoś co mogłoby jej pomóc w skutecznym kontrataku.

Delwan siedział znudzony przy fontannie. Jego przeciwniczka zniknęła już chyba dobrą godzinę temu. A może tylko pół? Mężczyzna rozejrzał się z niesmakiem. Czas zawsze mu się dłużył w alternatywnym wymiarze, gdy nie walczył. Właściwie nikt nie był pewien jak tak naprawdę upływ czasu działał w sztucznym świecie w porównaniu do prawdziwego. Większość osób twierdziła, że w alternatywnym wymiarze płynie wolniej, ale nikt nie wiedział czy było to tylko subiektywne odczucie czy rzeczywisty stan rzeczy. Jedna z bardziej popularnych hipotez głosiła, że było to spowodowane faktem iż używano go głównie do toczenia walk. Podwyższony poziom adrenaliny i przyśpieszające reakcje zaklęcia niewątpliwie popierały pierwszą teorię, jednak nikt nie wykluczał iż duże nagromadzenie magii mogło zaburzać przepływ czasu.
Delwen spojrzał znudzonym wzrokiem na poruszające się wolniej niż zwykle wskazówki zegara stojącego w rogu placu. Naprawdę, kogo to obchodziło? Mogliby zwyczajnie przyznać, że tak - czas płynie wolniej.
- Mogłaby przyjść - stwierdził zrezygnowanym głosem. - Śmierć z nudów byłaby niewątpliwie skuteczna, ale wolałbym zginąć w jakiś bardziej widowiskowy sposób. Nawet ta festyniarska różdżka nie byłaby taka zła jako narzędzie mordu.
Po tych słowach znowu zamilkł, a pełznące minuty wróciły do powolnego duszenia go nudą. Dopiero dziesięć minut później (według zegara, według samego zainteresowanego "dekadę później") mężczyznę wyrwała z otępienia kolejna próba ataku. Jego przeciwniczka najwyraźniej próbowała ostrzelać go z dachu jednego z budynków, ale atak ponownie nie wyszedł, gdyż jedynym efektem było nagłe uaktywnienie się jej aury. Delwen wystrzelił w tamtym kierunku. Przez moment nie było nic widać, gdy eksplozja zasłoniła dach, ale nie minęło pięć sekund, gdy z dymu wystrzelił ludzka sylwetka. Postać leciała prosto w jego stronę. Najemnik posłał w jej stronę kolejny pocisk, ale jego przeciwniczka zmieniła lekko tor lotu omijając go. Wojownik zła w myślach przeklął niezwykłą przydatność w walce zaklęcia lewitacyjnego i rozpoczął regularny ostrzał lecącej w jego stronę postaci. Powietrze zaroiło się od niebieskich eksplozji, pośród których ledwo widoczna była różowawa sylwetka dziewczyny.
- Zgiń wreszcie - mruknął zdenerwowany Delwen, koncentrując swoją moc. Kamyk, który trzymał w ręku rozbłysną silniejszym blaskiem, mężczyna wyciągną przed siebie rękę i olbrzymi niebieski promień wystrzelił w stronę wiszącej w powietrzu postaci, gdy ta zatrzymała się na sekundę, by uniknąć wcześniejszych ataków. Strumień energii bezlitośnie uderzył w nią. Okolica rozbłysła oświetlona jasnością tego wyładowania. Delwen przymrużył lekko oczy, obserwując niewielki cień spadający na ziemię.
Podszedł powoli w jego stronę, krzywiąc się lekko.
- Chyba trochę przesadziłem...
Jednak im bardziej zbliżał się do pokonanej przeciwniczki, tym bardziej odnosił wrażenie, że coś było nie tak. Czegoś brakowało. Niestety, nie mógł sobie uświadomić czego. Niejasne podejrzenia sprawiały, że nieprzytomna dziewczyna zdawała się deformować w jego wyobraźni.
Gdy atak uderzył. Co się wtedy stało? Na pewno nie uniknęła go, a gdyby użyła bariery byłoby to widoczne. Musiała przyjąć na siebie atak. A to musiało boleć...
Dopiero wtedy do niego dotarło. Dziewczyna nie krzyczała, choć atak powinien sprawić jej sporo bólu, a mało prawdopodobne było, by od razu straciła przytomność. Jeszcze raz spojrzał na leżące w oddali ciało. Iluzja prysła i jego oczom okazał się na wpół zniszczony stojak na ubrania, na który ktoś nałożył różowy sweter i obwiązał go jasnymi chustami.
Delwen chciał się odwrócić, ale zrozumienie przyszło o sekundę za późno. Zdążył tylko kątem oka uchwycić cień tuż za sobą, po czym wyjątkow bolesne uderzenie w tył głowy pozbawiło go przytomności. Na wszelki wypadek za nim poszło drugie, gwarantujące, że jego nowo nabyty guz nie będzie czuł się samotnie. Mężczyzna padł na chodnik jak worek ziemniaków.
- Wolałabym wygrać w jakiś bardziej efektowny sposób - stwierdziła Jagoda, sprawdzając czy jej magiczny artefakt wciąż jest w całości po tym jak wykorzystała go w roli broni obuchowej.
Unoszący się w powietrzu obok niej Mordka patrzył z podziwem na swoją towarzyszkę i pokonanego przeciwnika.
- Uważam, że był efektowny - stwierdził. - Do tej pory nie uświadomiono mnie, że istnieje możliwość wykorzystania magicznego przewodnika w tej formie w ten sposób.
Jagoda potrząsnęła głową z zadowoleniem, gdy po bliższej inspekcji nie znalazła żadnego pęknięcia na swojej broni.
- Ale jak już się wie, to nie jest to nic szczególnego. I wygodniej by było, gdybym mogła go zmieść jednym atakiem na samym początku walki. Nie musiałbyś tworzyć tej iluzji.
Maskotka spojrzała na dziewczynę z lekkim uśmiechem.
- Dobrze, że się udało. Jak mówiłem, tworzenie iluzji nie jest moją mocną stroną i znam tylko kilka podstawowych czarów, gdyby nasz przeciwnik użył jakiegokolwiek zaklęcia wspomagającego widzenie przebiłby się przez nią i zdał sobie sprawę z zasadzki nim zdążyłabys przekraść się za niego.
- Raczej przebiec - zauważyła. - Gdyby nie twoje zaklęcie przyśpieszające w życiu bym nie dała rady przedostać się ze szczytu tego budynku tutaj w czasie krótszym niż minuta. I chyba mogę to uznać za oficjalne zwycięstwo? Nasz wróg się nie rusza i raczej szybko nie oprzytomnieje - stwierdziła jednocześnie szturchając Delwana butem.
- To zdecydowanie twoje zwycięstwo - oznajmił rozpromieniony Mordka.
Jagoda rzuciła mu szybkie spojrzenie, pełne nadziei.
- Nie ma żadnych dodatkowych wrogów którzy nas zaraz zaatakują? Mogę wreszcie zdjąć z siebie to paskudztwo? - upewniła się, zerkając jednocześnie na obrzydliwą różową sukienkę, którą wciąż miała na sobie.
Istocie zrobiło się lekko żal swojej współpracownicy.
- Tak. W pobliżu nie powinno być żadnych innych wrogów - zapewnił ją.
Jagoda natychmiast wstrzymała napływ magicznej mocy do urządzenia. W mgnieniu oka wróciła do swojego poprzedniego ubrania, a winny jej ostatnich stresów talizman wisiał na ręce, wyglądając tak samo kiczowato jak zawsze.
-Więc jednak można to było zrobić bez niepotrzebnego rozbierania i błysków - zauważyła ironicznie, wyraźnie odnosząc się do sceny transformacji.
Parę sekund później poczuła lekkie szarpnięcie, gdy jej ciało wróciło na niezniszczony plac, zapełniony ludźmi. Jedyną różnicą było to, że udający bezdomnego najemnik nie siedział przy fontannie, jak wcześniej, a według zegara minęło około godziny od momentu, gdy przenieśli się do alternatywnego wymiaru.
- Co z nim? - spytała, najwyraźniej ciekawa dalszych losów swojego przeciwnika.
- Pewnie nic - stwierdził spokojnie Mordka. - Sprzątacze odeślą go do jakiegoś szpitala i tyle.
- Sprzątacze?
- Specjalistyczna jednostka nadzorująca poprawne funkcjonowanie alternatywnych wymiarów. Nie znam szczegółów, bo Altery to specjalistyczna forma magii, ale ich zadaniem jest dostrajanie i reperowanie ich po każdej walce oraz zajmowanie się wszelkimi pozostałymi w nich osobami.
Jagoda spojrzała w zamyśleniu na neonowe reklamy porozwieszane przy niektórych sklepach. Nad miastem rozciągał się już wieczór.
- Ci Sprzątacze. Po czyjej są stronie? - spytała, lekko zaniepokojona.
- Po niczyjej - zapewnił ją natychmiast Mordka. - To specjalna, bezstronna jednostka.
- Naprawdę? - Jagoda wyraźnie wątpiła, że sprawa wygląda aż tak prosto.
Stworek westchnął. Dziewczyna miała wyjątkowy talent do wyciągania niewygodnych prawd.
- Jedna z niewielu kooperacyjnych jednostek - przyznał z ciężkim sercem. - W jej skład wchodzą najbardziej utalentowani przedstawiciele obu stron w równych proporcjach. Dlatego nazywa się ją bezstronną. Zresztą ich zadaniem jest tylko i wyłącznie zajmowanie się Alterami. Każda osoba które spróbuje zakłócić walkę lub wspomoże którąś ze stron jest automatycznie wyrzucana z jednostki. I dostaje wilczy bilet.
- Jak wygląda taki wilczy bilet? Nie wpuszczają winnego do magicznego urzedu pracy? - Jagoda dalej wierciła sprawę.
- Nie, używa się specjalnego zaklęcia, które zostawia ślad na aurze. Można powiedzieć, że to najgorsza forma ostracyzmu. Każda osoba świadoma swojej mocy jest w stanie dostrzec ten stygmat. Coś takiego całkowicie przekreślona całą magiczną karierę.
Dziewczyna chyba dalej nie do końca pojmowała ten koncept, bo ponownie spytała z niedowierzaniem:
- Wyrzucają taką osobę z pracy, bo pozwoliła sobie na chwilę słabości?
Mordka pokręcił głową. Jedna z rozświetlających plac lamp zamigotała nad nim.
- Wyrzucają ją, bo taki czyn oznacza złamanie umowy między stronami. Między Światłem, a Mrokiem. A takich paktów nie łamie się bezkarnie.
Lampa na chwilę przygasła, by po chwili z pełną mocą oświetlić samotną sylwetkę dziewczyny. Nikt poza nią nie widział małego, żółtego stworka unoszącego się w powietrzu i wyjaśniającego z poważną miną reguły rządzące tą dziwną, ponadwymiarową wojną.

poniedziałek, 2 maja 2011

Kroniki dziwności - Studencki wikt

Miałam ochotę napisać coś krótkiego i głupiego dla rozluźnienia od wiosennego stresu, a jako że pod ręką nie było żadnej fazy postanowiłam wykorzystać dwóch największych idiotów, jakich stworzyła moja wyobraźnia. Właściwie obaj zostali wymyśleni na potrzeby Eurythmy, ale jako, że ich pojawienie się w głównej linii fabularnej jest baaaaaardzo odległe, a i tak nie mają tam wielkiej roli to nic nie szkodzi wykorzystać ich trochę.


- Co to jest?
- Kabaczek.
- Kabaczek?
- Jest zielony i... kabaczkowaty. To znaczy, że to jest kabaczek.
- Skoro tak twierdzisz.
Dwójka mężczyzn jeszcze raz przyjrzała się warzywu. Obaj byli dobrze zbudowani i mieli długie, jasne, rozpuszczone włosy. Pierwszy z nich, który najwyraźniej nie rozpoznał warzywa był szczupłym młodzieńcem z pogodną twarzą, którego najbardziej szczególną cechą było to, że posiadał kocie uszy i ogon. Jego rozmówca miał minę osoby, której właśnie wymordowano rodzinę i szybko można było odnieść wrażenie, że jest to permanentny element jego wyglądu. Był bardziej masywny i muskularny od swojego kolegi, a biała, płócienna koszula i znoszone, połatane spodnie, które nosił sprawiały, że przypominał nieco marynarza. Jego sięgające pasa szare włosy nadawały mu wygląd starszego i bardziej doświadczonego niż był w rzeczywistości. Co ciekawe, białe włosy jego kolegii, dłuższe od jego własnych raczej nie przywodziły takich skojarzeń, być może dlatego, że miał on wiecznie pogodną twarz.
- A właściwie co to jest ten kabaczek? - spytał mężczyzna z kocim uszami.
Jego przyjaciel zasępił się lekko.
- Nie jestem pewien - przyznał niechętnie - ale na pewno jest to jadalne!
- Akurat jadalność chyba nie jest tu taka ważna - zauważył pierwszy mężczyzna. - W sensie, i tak nie mamy nic innego, a nie jedliśmy od dwóch dni. Więc czujemy teraz... czujemy... co to było za słowo? Nie chodzi o głód, tylko o.... o...
- Desperację? - podsunął ponuro jego kolega.
- Tak! To to! - zakrzyknął radośnie kotowaty.
Zapadła cisza. Brithenig Loglan, czyli zaznajomiony z ideą kabaczka mężczyzna poczuł, że coraz bardziej nie lubi tego nieszczęsnego warzywa.
- A właściwie to jak się przyrządza kabaczki? - spytał zaciekawiony jego towarzysz.
Bardzo, ale to bardzo nie lubi.
- Ależ oczywiście, że gotuje! - oznajmił pewnym siebie głosem Brithenig.
- Jak długo? - spytał absolutnie szczerze i niewinnie kotowaty.
Odpowiedziała mu cisza.
Jego przyjaciel siedział pochylony nad kabaczkiem i bardzo starał się wymyślić jakiś sensowny przedział czasu, ale wybitnie mu to nie szło. Gdyby chodziło o zamrożenie warzywa nie miałby żadnych problemów, ale podgrzewanie rzeczy było poza jego specjalnością.
- Aż... aż się ugotuje... - przyznał niechętnie.
- Czyli też nie wiesz?
Birthenig skrzywił się. Wybitnie nie znosił przyznawać się do niewiedzy. Był przekonany, że w związku z tym, iż jego przyjaciel jest niepodważalnie niereformowalnym idiotą, on sam powinien stanowić przykład kaganka oświaty i ostoi rozsądku w tym duecie.
Dlatego był.
Na ile mu się to udawało wobec faktu, że jego poziom intelektualny był identyczny jak u jego przyjaciela.
- Po prostu nigdy nie gotowałem kabaczka! - wykrzyknął zdenerwowany. - Nie jestem kucharzem, by wiedzieć jak długo należy gotować każdą cholerną rzecz!
- Spokojnie, Brith. Mogłeś od razu powiedzieć - kotowaty próbował uspokoić kolegę, z marnymi efektami.
- Przyznaj się! Specjalnie robisz ze mnie idiotę, Ido!
- Nie muszę - odparł szczerze jego przyjaciel. - Przecież obaj wiemy, że jesteśmy idiotami. Nie rozumiem o co się wściekasz.
Brithenig wyraźnie się gotował. Ido chciał mu powiedzieć, że wolałby, żeby to kabaczek się gotował, ale kotowatemu brakowało elokwencji, by skutecznie wyjaśnić to koledze.
W tym momencie, na szczęście, z ich brzuchów dobiegło głośne burczenie, które zmusiło ich do powrotu do priorytetów.
Obaj panowie rozpoczęli przygotowania do gotowania, ale dość szybko trafili na pierwszy problem.
- Brith, nie mamy dość dużego garnka.
- Jak to nie mamy? - spytał napiętym głosem. - Nie zmieści się do tego niebieskiego garnka?
- No właśnie nie - stwierdził z żalem Ido stawiając niebieski garnek na stole i próbując bezskutecznie zmieścić do niego podłużne warzywo. - Ten kabaczek jest... jest zbyt przydługaśny. A garnek nie jest.
- Daj mi to! - zdenerwowany przyjaciel wyrwał mu garnek i zaczął próbować na siłę wcisnąć do niego obiad, ale bezskutecznie. - Szlag by to! - krzykną. - A co z tym żółtym garnkiem? On był większy! - spytał kolegi.
- Zniszczyłeś go ostatnim razem - przypomniał mu kotowaty. - Byłeś wkurzony, że twoja potrawka nie wyszła i zamroziłeś go na kamień. No i potem jak próbowaliśmy ten garnek odmrozić to dno pękło - stwierdził ze smutkiem, wyraźnie żałując przedwcześnie zakończonego żywotu naczynia. Nagle jego wzrok padł na kolegę. - PRZESTAŃ! Przestań! Znów to robisz!
Z rąk Britheniga, które wciąż ściskały garnek i kabaczka rozprzestrzeniała się rosnąca warstwa lodu. Mężczyzna w furii przypadkiem zaczął zamrażać obiad. Sekundę później został staranowany przez Ido, który korzystając z chwili dekoncentracji kolegi wyrwał mu naczynie z warzywem.
- Błagam, opanuj się Brith - zakrzyknął z lekkim przerażeniem patrząc na zmrożonego kabaczka. - Nasz obiad o mało nie zginął tragicznie!
Jego przyjaciel, który wyćwiczonym refleksem powstrzymał upadek na podłogę patrzył teraz jeszcze gorszym wzrokiem na felerne warzywo.
- Może zjedzmy go po prostu na surowo? - zaproponował grobowym głosem.
- Teraz jak go zamroziłeś to nawet ja połamię na nim zęby - zauważył kotowaty. - Musimy go jakoś ocieplić. Może by tak owinąć szalikiem - mrukną w zamyśleniu.
Brithenig spojrzał ponuro na kolegę, w myślach lamentując jego głupotę. Na szczęście jakieś okoliczne bóstwo zlitowało się nad parą biednych studentów i zesłało pesymistycznemu młodzianowi inspirację.
- Skoro nie mieści się do garnka to może włóżmy go do piekarnika! - zaproponował mężczyzna, którego twarz nagle rozjaśniła się w nagłym przypływie geniuszu.
Ido spojrzał najpierw lekko roztargniony, gdy jego umysł wykonywał myślowy skok pomiędzy szalikiem, a kuchenką, by po minucie rozpromienić się w podziwie dla kolegi.
- Masz rację! - zakrzyknął otwierając piekarnik i wkładając do niego kabaczka. - Mieści się!
Kuchnia zdawała się emanować radością i oświeceniem umysłów, gdy dwójka studentów radośnie świętowała fakt, że nieposłuszne warzywo w końcu odnalazło swoje miejsce. Drzwiczki zostały z hukiem zamknięte, temperatura ustawiona na 150 stopni, a obaj panowie usiedli przed piekarnikiem w radosnej atmosferze oczekiwania. Siedzieli tak jeszcze przez chwilę w pogodnym nastroju, jednak wraz z upływem kolejnych minut ich samopoczucie zaczęło się psuć. W swojej ignorancji i głupocie obaj zapomnieli o pierwszym nieoficjalnym prawie względności czasu - im bardziej czegoś wyczekujesz tym wolniej czas zdaje się płynąć. Zaś nadmiar czasu jest niebezpieczny, gdyż prowadzi do jednej z potencjalnie najważniejszych dla przetrwania, ale i najbardziej destruktywnej cechy wszystkich rozwiniętych umysłowo gatunków - wątpliwości.
- Brith, tak sobie myślę - zagaił nieśmiało Ido. - Czy myśmy nie powinni byli tego kabaczka obrać ze skóry?
Jego kolega w obliczu tego pytania zachował kamienną twarz, która w międzyczasie znów zdążyła wrócić do standardowego grymasu.
- To nieważne. Jak nie jest to zdejmiemy ją przed zjedzeniem - odparł dyplomatycznie.
Ido, który siedział przycupnięty ze wzrokiem utkwionym w ukrytym ze szybką warzywie, wciąż miał jednak wątpliwości.
- Bo wiesz, na mojej planecie jest ten smaczny owoc... Nigdy nie pamiętam jak się nazywa. W każdym razie on jest bardzo dobry po upieczeniu, ale jego skórka pod wpływem ognia wydziela truciznę, więc należy go zawsze obierać. Ja kiedyś zapomniałem i później przez tydzień mnie brzuch bolał... W każdym razie mam nadzieję, że ten kabaczek nie jest podobny.
Brith bardzo starał się nie dać po sobie poznać, że niepokoje Ido na niego wpłynęły.
- Nic... - zaczął lekko rozchwianym tonem, ale natychmiast zdał sobie sprawę z niepewności swojego głosu i dokończył twardo zdanie. - Nic mi nie wiadomo o jakichkolwiek truciznach w kabaczku!
- O, to dobrze - stwierdził nieco pocieszony Ido. - Byłoby smutno, gdyby to był nasz ostatni posiłek. Zginąć od zatrucia kabaczkiem w trakcie praktyk! Śmialiby się z nas w Uniwersytecie.
- ...
- Pewnie nawet Szef, by uznał to za głupie.
- ...
- Brith.
- Hmm? - mruknął w końcu mężczyzna, którego myśli zostały już całkiem zdominowane ponurą myślą o niechlubnej śmierci z rąk warzywa.
- Myślisz, że Szef przyszedłby na nasz pogrzeb?
Brith spojrzał na niego grobowym wzrokiem.
- Zależy pewnie od tego czy by się o tym dowiedział - odparł dyplomatycznie.
- Więc myślisz, że by nie przyszedł - doszedł do konkluzji kotowaty.
- Tego nie powiedziałem!
- Gdybyś w niego wierzył odparłbyś, że na pewno by przyszedł! - Ido postanowił wyjaśnić logikę swoich wniosków.
Jego przyjaciel, który siedział oparty o nogę od stołu spojrzał wymowni w sufit.
- No, bo obaj wiemy, że Szef... jest Szefem. On nie myśli tak jak my... - zaczął próbować wyjaśnić swoją niewiarę.
- Brith.
- Tak? - spytał mocno już poirytowany faktem, że kolega przerwał jego argumentację.
- Myślisz, że Szef lubi kabaczki? - spytał zamyślony Ido.
Z poważniejszego mężczyzny uszło jakby powietrze.
- Nie mam zielonego pojęcia....
Znów zapadła cisza pełna niecierpliwego oczekiwania.
Cierpliwość będąc towarem deficytowym skończyła się niecałe pięć minut później.

Piekarnik został otwarty w nabożnym milczeniu. Pomimo pewnych trudności, które po krótkiej dyskusji zakończyły się lekkim zmrożeniem blachy, kabaczek został przetransportowany na stół. Brith ze zdeterminowaną miną zaczął kroić warzywo; Ido po raz pierwszy również wyglądał na skoncentrowanego przez co można było odnieść wrażenie, że obaj uczestniczą w jakiejś niezmiernie ważnej ceremonii.
- Gotowe - oznajmił grobowo dzierżący nóż mężczyzna.
Przez nimi na desce leżało kilka nierównych kawałków kabaczka. Jakby na dany sygnał obaj rzucili się na jedzenie. Pięć minut później po kabaczku prawie nie było śladu.
- Ta skórka chyba jednak nie była jadalna - stwierdził Brith, który usadowił się na krześle.
- Naprawdę? Ja odniosłem wrażenie, że była - odparł Ido, leżący zwinięty na kanapie. - W każdym razie, co robimy z następnym posiłkiem?
- Mówili, że coś nam nieługo dostarczą - wyjaśnił kolega.
- Mam nadzieję, że pizzę.

Następnego dnia rano odkryli przed drzwiami koszyk, który natychmiast zgarnęli do mieszkania. Zdjęli okrywającą go tkaninę by odkryć...
- Co to jest?
- Kalarepa.
- Kalarepa?
- Jest zielonkawa i... kalarepowata. To znaczy, że to kalarepa.
- Brith...
- Tak?
- Może spróbujmy wymienić to u sąsiadów na coś jadalnego - zaproponował kotowaty.
- To pierwszy dobry pomysł jaki miałeś od dawna - przyznał jego przyjaciel.

niedziela, 10 kwietnia 2011

List do braciszka 3

Drogi Braciszku,

Wybacz, że ostatnio do ciebie nie pisałam, ale mam dużo problemów na głowie, które zajmują większość mojego wolnego czasu. Zresztą znając ciebie, zapewne orientujesz się jak mniej więcej wygląda sytuacja na Północy. Za to zapewniam Cię, nie wiesz ile osób i istot pociąga tutaj za sznurki, kreując tę tragifarsę. I pomyśleć, że wyjechałam z Lookshy, by uciec od polityki...

Właściwie to dopiero co skończyłam świętować i teraz próbuję dojść do siebie, gdyż po raz pierwszy od dłuższego czasu zdarzyło się coś co warto było oblać. Nie mniej wolę zacząć od złych wieści. Po pierwsze gwarek, którego tak długo trzymałam zdechł z powodu stresu. Na przyszłość muszę pamiętać, że gdy chcę odreagować napięcie powinnam najpierw spojrzeć czy krzesło którym rzucam przypadkiem nie poleci w stronę mojego zwierzątka domowego. Ta szklana kula i stół prawdopodobnie też nie pomogły. W każdym razie gwarek zakończył żywot. Poprosiłam kogoś na mieście, by go wypchał. Wczoraj go odebrałam i teraz z powrotem siedzi na swojej żerdzi. Cóż, nigdy nie mówił dużo, więc podejrzewam, że nikt nie zauważy różnicy. Reszta drużyny jest równie zestresowana co ja, dlatego nie zawracałam im tym głowy. Zresztą moja kabina nigdy nie była szczególnie uczęszczana. Pewnie mało kto w ogóle pamięta, że trzymałam w niej coś żywego, co nie było artefaktem.

Poza tym kompletnie przemeblowałam kajutę, po tym jak część sprzetów uległa zepsuciu. Głównym powodem jest pewien paskudny sen, który miałam. Sen który skończył się tym, że obudziłam się parę kilometów od mojego łóżka. I kilka innych osób też. Nie pytaj. Podobno wyjaśnienia obejmuje jakąś mityczną podziemną istotę, którą ubiliśmy. Przy okazji budząć coś równie paskudnego, co na szczęście sobie odleciało. I nikt nie ma pojęcia co to właściwie jest, dlatego nie pytaj, bo nie mam pojęcia.

Kontynuując ciąg niepozytywnych wieści - Sygner odszedł z drużyny. I niech idzie w diabły. Idiota! Zawsze wiedziałam, że jest zdziecinniały, ale nie podejrzewałam go o aż taką nieodpowiedzialność. Całe zdarzenie zdenerwowało mnie bardziej niż powinno. Nie powinnam była podpalać stolika nonego. Szafka z książkami się przyprószyła.

Poza tym kelnerka w karczmie okazała się być szpiegiem. I dowiedzieliśmy się tego głównie dlatego, że jej grupa porwała naszego mechanika. Bo nie wiem czy wspominałam, ale wzbogaciliśmy się wreszcie o kompetentnego specjalistę od konserwacji i kreacji artefaktów. Wtedy był ostatni raz kiedy piłam z radości, tak, teraz pamiętam. Oczywiście przy moim szczęściu okazało się, że wyraźnie brakuje mu paru śrubek (i to takich których nie da się dokupić), ale nie jestem wybredna. Po prostu byłoby mi łatwiej nim kierować, gdyby był choć trochę poczytalny.

I chyba miałam napisać co takiego pozytywnego się stało. Otóż, otóż... ale przyrzeknij, że nie powiesz reszcie rodziny. Chcę zobaczyć ich miny, gdy wrócę i im pokażę! Otóż, kochany braciszku, wreszcie nauczyłam się taumaturgii. W zamian musiałam poświęcić tą daiklavę, którą dostałam na urodziny. Co prawda nie używałam jej już od jakiegoś czasu, ale trochę szkoda, że nie będziemy już mieli bliźniaczego zestawu mieczy. Zawsze fajnie wyglądało, jaka oboje wyciągaliśmy je jednocześnie, gdy ktoś nas zdenerwował.

Na szczęśnie mechanik wrócił i ma się dobrze, moja paranoja i nienawiść do tego miasta zresztą też. Dobrze, że jestem zbyt zajęta tym [zamazany fragment] wszystkim. Poza tym ostatnio pijam za dużo alkoholu. Uznałam, że wyjdzie taniej niż kolejna renowacja pokoju, ale na dłuższą metę psucie mebli jest chyba zdrowsze. Poza tym magię można studiować na podłodzę, ale z kacem już niekoniecznie.

Chyba spytam mistrza o jakieś ziółka uspokajająco-trzeźwiące. A potem wrócę do tej książki o strategii. Przypomina mi się jak bardzo nienawidziłam egzaminów w Akademii z wojskowości. Miejmy nadzieję, że tym razem praktyka pójdzie mi równie dobrze jeśli nie lepiej. Ale jakby coś nie wyszło i legion wziąłby mnie do niewoli to wyjaśnij rodzinie, że mam takie informacje, że jestem warta wykupienia. Widziałeś zresztą rewelacje jakie przesłałam ostatnim razem. Tego jest więcej, ale nie bardzo powinnam się chyba tym w tej chwili dzielić, gdyż dam sobie rękę uciąć, że te szpicle ten list też przeczytają. Więc wszyscy wścibscy czytelnicy, którzy nie jesteście moim bratem! Istnieje coś takiego jak Tajemnica Korespondencji! Niech wam się cycki i/lub fallus skurczy, stalkerzy!

I jakby już mnie wykupywali to postaraj się, żeby wymienili mnie za moje artefakty tylko w razie ostatecznej konieczności. Cenię sobie wolność, ale wolę, żeby coś innego zostało za nią poświęcone.

Mam nadzieję, że tobie jasyr nie grozi. Trzymaj się i niszcz skutecznie wrogów.

Twoja kochana, ale cokolwiek podchmielona siostra, Serena

środa, 6 kwietnia 2011

Eurythmy 3 "Zawsze dokładnie czytaj to, co zostało zapisane drobym druczkiem"

Dla wszystkich, którzy zastanawiają się ile to będzie mieć rozdziałów - nie wiem, ale w cholerę, skoro to już trzeci, a my wciąż jesteśmy w trakcie pierwszego dnia, a bohaterowie nie ruszyli się na krok z pokoju. W pierwszym sie przebierali, w drugim pili herbatę. Co nudnego można robić w trzecim rozdziale? Czytać instrukcje!



To była nieduża bransoletka złożona ze średniej wielkości ogniw z doczepionymi do nich na dodatkowych ogniwkach niewielkim mlecznymi kuleczkami. Jagoda nie mogła przepuścić okazji, by skomentować jak tandetnie wygląda talizman służący do transformacji i w jakich powszechnie kojarzonych z kiczem miejscach widziała podobne.
Mordka tylko posłusznie kiwał głową na te słowa wyraźnie niezrażony uwagami swojej nowej współpracownicy. Jagoda była mimo woli pod wrażeniem tego, jak szybko ta maskotka przystosowywała się do sytuacji. Dziewczyna była przekonana, że jej towarzysz choć trochę zaprotestuje przeciwko porównywaniu tej "nowoczesnej myśli techniczno-magicznej specjalnie przystosowanej do potrzeb wojowników i wojowniczek światła" do plastikowych bransoletek za złotówkę z automatu. Nawet jeśli nie wiedział o istnieniu takowych, kontekst bardzo klarownie sugerował, że nie jest to w żaden sposób pochwała. Mimo to, Mordka nie dał po sobie poznać jakiejkolwiek urazy i nawet zgodził się, że mogliby udoskonalić estetykę podstawowej formy tego produktu.
Jagoda zaczęła poważnie podejrzewać, że cokolwiek zostało do niej przysłane, posiadało znacznie więcej dystansu do rzeczywistości niż ktokolwiek przypuszczał.
Po tym jak dziewczyna skończyła komentować wygląd swojej nowej broni, Mordka rozpoczął wykład o naturze magii. Przebiegł on jednak w ekspresowym tempie, gdyż jego słuchaczka wykazała się znajomością znacznej części podstawowych zagadnie, które kwitowała krótkim: "Wiem." W związku z tym, maskotka szybciej niż zamierzała, przeszła do instrukcji obsługi amuletu.
- Na podstawowym poziomie każda osoba wybiera sobie jakąś inkantację, której używa by uruchomić go - zaczął wyjaśniać.
- Czy niezbędne jest ustawienie tej inkantacji? - przerwała mu Jagoda.
- No... w sumie nie, ale jest to sugerowana akcja - przyznał.
- Na ile mi wiadomo większość magicznych urządzeń ma to do siebie, że do uruchomienia wystarczy zasilenie ich mocą. Natomiast taka durna inkantacja to tylko niepotrzebna strata cennych sekund. Podczas walki to może przesądzić o życiu - zauważyła krytycznie dziewczyna.
Mordka popatrzył na amulet na jej ręku, po czym przywołał gruby zestaw kartek, które zawisły przed nim. Machnął łapką, tak, by rozstawił się dookoła niego. Szybko znalazł poszukiwaną stronę, przestudiował ją błyskawicznie i kiwając łebkiem przyznał rację.
- Rzeczywiście jest to zbędny element. Rozumiem, że z robienia jakiegoś układu podczas uruchamiania talizmanu też chcesz zrezygnować? To z kolei jest zalecane w ramach podnoszenia pewności siebie walczącego - Mordka spojrzał na lewitującą przed nim kartkę. - Studia psychologiczne sugerują, że robienie jakiejś niezbyt poważnej pozy i wykrzykiwanie haseł pomaga osobie zmniejszyć presję i strach przed walką...
- Tak, to też sobie daruję - zdecydowała Jagoda.
- Hmmm... w takim razie nie mam chyba wiele do powiedzenia. Po zaaplikownaiu mocy do talizmanu powinien on automatycznie dostosować się do potrzeb używającego. Wiesz, indywidualizacja i te sprawy. Im dłużej bedziesz go używać, tym bardziej przystosowany do ciebie będzie.
Jagoda spojrzała na bransoletę na swojej dłoni.
- A co będzie jak go zgubię? - spytała Jagoda. - Na przykład w trakcie walki. Albo zwyczajnie zostawią po kąpieli w łazience?
- To niemożliwe - odparł spokojnie Mrodka. - Tego talizmanu nie można zgubić.
- Słucham? - dziewczyna wyraźnie nie wiedziała co ma przez to rozumieć.
- Nie można go zdjąć bez zaaplikowania do niego magicznej mocy, a natychmiast po tym jak właściciel przerywa jej dopływ talizman wraca do swojej podstawowej formy na rękę własciciela. Więź między amuletem a osobą jest nie do przerwania - wyjaśnił. - Można go zgubić tylko specjalnie.
Jagoda gwałtownie potrząsnęła głową, uświadamiając coś sobie.
- Chwila. To oznacza, że do końca życia będę musiała to coś nosić? - spytała z przerażeniem patrząc na rekę.
Maskotka spokojnie potwierdziła.
- Tak, one są przydzielone do osoby, więc nawet jeśli z jakiś powodów byłabyś zmuszona do przerwania swojej pracy jako wojowniczka w służbie Dobra, jedyną różnicą byłoby to, że przestałabyś korzystać z magicznych właściwości tego urządzenia. Jedynym sposobem na pozbycie sie tego amuletu jest zniszczenie go lub uruchomienie zabezpieczeń.
- Zabezpieczeń? - spytała zdziwiona Jagoda. - Nie do wiary. Ktoś pomyślał o jakiś zabezpieczeniach?!
- Tak, przeciwko zaawansowanym opętaniom. Co prawda z tego co wiem, przytrafiają się one bardzo rzadko. Osobiście nie słyszałem o tym, by ktokolwiek je aktywował, ale zabezpieczenia są na wszelki wypadek. Chyba bardziej w formie prewencji.
Dziewczyna kiwnęła glową. W końcu strach przed ewentualnym użyciem drastycznych środków jest zwykle najskuteczniejszą metodą perswazji.
- Ma sens.
Mordka jeszcze przez chwilę przeglądał instrukcje w poszukiwaniu czegoś przydatnego, ale najwyraźniej nic nie znalazł, gdyż minutę później kartki ponownie zniknęły w przywołanym przez niego kręgu. Jagoda stwierdziła, że warto o to spytać.
- Cała twoja magia opiera się na znakach? - zagadnęła zaciekawiona.
Stworek przytakną.
- Tak, to najstabilniejsza dostępna forma magii. Kręgi są wpisane we mnie, dlatego nie przestaną działać póki mam dość mocy, by je utrzymać i żyję. Przy czym moim zadaniem jest głównie wspieranie walczącego, w tym przypadku ciebie. Sam nie posiadam żadnych zaklęć ofensywnych, a jak zapewne zauważyłaś, moje ciało nie było tworzone z myślą o walce wręcz. Dysponują natomiast pewną liczbą barier, a także dużym przekrojem pomocniczej magii. Gdy dojdzie do starcia będę cię aktywnie wspierał z tylnych linii.
Jagoda prychnęła lekko.
- A brudna robota jak zwykle spada na mnie - mruknęła markotnie. - I nie, nie potrzebuję współczucia - uściśliła natychmiast widząc, że Mordka ma zamiar ją przepraszać. - Obiecałam to zrobię. Twoja głową w tym, żeby wynagrodzenie było na czas.
Maskotka kiwnęła głową. Zdążyła już zapomnieć, że jego towarzyszka nie pracowała w czynie społecznym.
- To skoro już wyjaśniliśmy instrukcję to możemy wziąć się za pracę? - spytał z nadzieją.
- A co? Ktoś już atakuje miasto? Teraz zaraz, jak tylko zostałam wypromowana na stanowisko? - Jagoda nie mogła nie zauważyć, że sytuacja brzmi cokolwiek podejrzanie.
Mordka zaprzeczył.
- Ależ skąd. Ta konkretna istota i jej koledzy przebywają w mieście od co najmniej dwóch tygodni. Dlatego zostałem tutaj wysłany. Przecież nie byłoby sensu wyznaczać kogokolwiek na obrońcę dobra, gdyby w jego sąsiedztwie nie istniało realne zagrożenie - wyjaśnił nieco zdziwiony faktem, że jego towarzyszka nie zauważyła tak prostej zależności. Po czym dodał ciszej. - Ekonomiczne zarządzanie środkami i te sprawy.
Jagoda przez chwilę kontemplowała sytuację.
- Przynajmniej mogę się cieszyć, że nikt nie marnuje mojego cennego czasu na fałszywe alarmy, a moja kolekcja komiksów ma szansę zdecydowanie się powiększyć - oznajmiła ponurym głosem, odgrywając swoistą parodię optymistycznego spojrzenia na sprawę.
- Jeśli ci to przeszkadza możemy poczekać z tym do jutra - odparł natychmiast Mordka. - Nasi przeciwnicy mają raczej na celu zajęcie tego terenu, a nie jego destrukcję. Do tej pory zachowują się spokojnie, nie mniej wysyłają sygnały świadczące o tym, że gotowi są z nami walczyć.
- To brzmi jak nadzwyczaj cywilizowana wojna....
Mordka zarumienił się lekko niepewny jak wyjaśnić tę dość delikatną kwestię.
- Można powiedzieć, że po paru milionach lat ustalono reguły zasad dzięki którym walka o wpływy nad uniwersum może toczyć się bez niebezpieczeństwa zniszczenia go po drodze. Nawet nasi przeciwnicy nie chcą władać ruinami cywilizacji - wyjaśnił ostrożnie. Obawiał się, że Jagoda za moment powtórzy jedno z pytań, które zadała już wcześniej: "Czemu walczycie?". W kontekście tego co teraz powiedział jego poprzednia odpowiedź wyglądała jak próba ominięcia meritum problemu.
Ku jego uldze dziewczyna pokierowała konwersację w innym kierunku.
- Czyli walcząc nie muszę się martwić o to, że rozniosę okolicę na kawałki? - spytała wyraźnie zainteresowana.
- Nie musisz - potwierdził Mordka. - Na czas walk tworzymy coś w rodzaju alternatywnej przestrzeni, nazywamy ją Alter. Można powiedzieć, że kopiujemy kawałek świata i przenosimy do niego wszystko z magiczną sygnaturą. Dzięki temu nie trzeba się potem martwić tuszowaniem starć i fabrykować wyjaśnienia, gdy przypadkiem zniszczy się jakiś budynek. No i najważniejsze - gwarantuje to bezpieczeństwo osób postronnych, a przynajmniej tych niemagicznych - wyjaśnił z dumą, choć ostatnią część zdania powiedział jakby nieco ciszej.
- Czyli przypadkowy magiczny przechodzień może mieć pecha - skonstantowała dziewczyna.
Mordka złączył łapki przepraszająco.
- No, to jest najlepsze co udało się wymyślić. I zwykle jeśli ktoś się zaplącze w trakcie walki to staramy sie go od razu zwerbować...
- ...żeby już oficjalnie pchał się w niebezpieczeństwo - wpadła mu w słowo Jagoda.
- Ale to się naprawdę nie zdarza - następne słowo mimowolnie zaakcentował - zbyt często.
Nastała cisza, którą dość szybko przerwał Mordka. Wyglądało na to, że cała sprawa mu ciąży.
- Były też precedensy z osobami niemagicznymi, które wchodziły w pole, gdyż posiadały magiczny przedmiot. Ale to jak na razie jedyny w miarę skuteczny sposób na chronienie ludzi i mienia. Większość z nas z niego korzysta, ale nie wszyscy. Jednym z moich zadań jest pilnowanie, by odciąć w ten sposób wszelkie magiczne zagrożenia od świata.
- Rozumiem - przytaknęła Jagoda. - Głupcy i szaleńcy zawsze się znajdę, dlatego pilnujecie by nikt przez nich nie ucierpiał. Nie musisz tego tak mocno tłumaczyć.
Mordka otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Nie do końca świadomie zawisł w powietrzu. Wyraźnie zastanawiał się jak zareagować.
- ...ja tylko nie chcę nieporozumień - wymamrotał w końcu.
Dziewczyna też wstała i westchnęła. Bez słowa poszła w stronę wejścia do pokoju i zaczęła coś robić. Maskotka nie odwróciła się w jej stronę. W głowie istoty wciąż kłębiły się niewiadome. Zdawał sobie sprawę, że wyjaśnianie kłopotliwych kwestii nie szło mu dobrze. Plątał się w zeznaniach i momentami sobie zaprzeczał, ale jak miał odpowiadać na pytania, skoro sam nie znał większości odpowiedzi?

Po paru minutach Jagoda znów pojawiła się przed Mordką, wyrywając go z zamyślenia. Dziewczyna była ubrana do wyjścia. Na nogach miała adidasy, a na ubranie narzuciła czarną kurtkę z kapturem. Jej ciemne włosy były związane w kitkę, choć kilka dłuższych kosmyków wyraźnie wymknęło się gumce i teraz dumnie okalały jej twarz, gotowe wpaść do oczu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Na nieco zdziwione spojrzenie stworka odpowiedziała uśmiechem. Był to pierwszy naprawdę ciepły uśmiech, jakim go obdarzyła. Wcześniej zawsze zdawała się tkwić w nim jakaś sugestia żartu i niepowagi, jakby rozmówca padł właśnie ofiarą dowcipu, z którego jeszcze nie zdał sobie sprawy. Delikatny uśmiech znikł jednak równie szybko jak się pojawił, a na jego miejsce wróciła szelmowska mina.
- Za bardzo się przejmujesz. Jeśli pojawią się nieporozumienia to je wyjaśnimy. Proste - oznajmiła głośno, tonem osoby całkiem nie przejmującej się jakimikolwiek konsekwencjami. - A teraz powiedz, gdzie czeka ten nieszczęśnik, któremu mam skopać tyłek. No przecież powiedziałeś, że jest taki - kontynuowała, widząc wyraz absolutnego zdziwienia na twarzy Mordki. - A ja nie lubię odkładać upierdliwych spraw na później. W dodatku jutro zaczyna się szkoła, a będzie to głupio wyglądać, jak będę mieć opóźnienie w walce o losy wszechświata z powodu niespodziewanej pracy domowej - mówiąc to puściła oko. Twarz stworka rozpogodziła się. Absurdalność zachowania Jagody sprawiła, że wszystkie niewiadome stały się nagle mało istotne.
- To idziemy na ten spacer? - spytała dziewczyna widząc, że jej towarzysz wciąż wisi w jednym miejscu.
- To nie jest spacer - odparł z godnością Mordka, podlatując wreszcie do niej.
- To co to w takim razie jest?
- Wyprawa - oznajmił wesoło stworek, również puszczając oko. - Przyleciałam prosto tutaj, w związku z czym nie miałem jeszcze okazji przyjrzeć się bliżej temu miastu.
Śmiejąc się, oboje wyruszyli na swoją pierwszą wspólną misję.