Jagoda szła szybkim krokiem przez miasto. Był wieczór, drogę oświetlały palące się lampy. W sklepach i na ulicy widać było gromady uczniów, którzy cieszyli się ostatnim dniem wolnego. Nikt nie zwracał uwagi na świeżo mianowaną obrończynię dobra i jej maskotkę, śpieszących na miejsce walki.
- To wygodne, że ludzie cię nie widzą - zauważyła Jagoda. Była świadoma, że z perspektywy przypadkowego przechodnia wygląda to tak, jakby mówiła do siebie, ale nie przejmowała się tym za bardzo.
- Gdy mnie tworzono specjalnie wbudowano we mnie zaklęcie, które sprawia, że ludzie nie władający magią mnie nie postrzegają. W razie konieczności mogę je wyłączyć - Mordka wyraźnie nie szczędził informacji o swoich możliwościach, co zdaniem Jagody było bardzo pozytywnym aspektem jej nowego współtowarzysza. - To bardzo przydatna funkcja, gdyż mogę stale przebywać w twoim pobliżu. Moi wykładowcy często narzekali na czasy, gdy jeszcze nie wynaleziono tej metody i musieli oni nieustannie się chować lub udawać pluszowe zwierzaki. To nieco deprymujące, gdy bardziej obawiasz się, że przyjaciółka twojej współpracownicy odkryje kim jesteś niż kolejnego starcia z siłami zła.
- Nie da się ukryć - zgodziła się dziewczyna, jednocześnie wymijając grupę studentów, którzy zablokowali jej drogę. - Wspominałeś, że nasz przeciwnik siedzi w tej okolicy od dwóch tygodni. Wiesz może o nim coś więcej?
Mordka pokręcił głową.
- Jedyne informacje jakie udało mi się pozyskać są mało istotne. Wiadomo, że nazywają go Delwen i jest raczej mało znaczącą postacią. Od paru lat pracuje jako wojownik i był najmowany przez różnych Złych, ale nie odniósł większych sukcesów. Nie posiadam żadnych danych dotyczących jego mocy ani zdolności.
- Cóż, ma sens. Gdyby to był ktoś potężny raczej nie wysyłaliby nowicjuszy. W którą stronę teraz? - spytała, dobiegłszy do skrzyżowania.
- Wciąż prosto. Cóż, swego czasu zwykłą praktyką było wysyłanie nowicjuszy przeciwko silniejszym przeciwnikom. Podobno dzięki temu szybciej zdobywali doświadczenie, ale w końcu ktoś zauważył, że trochę lepsi wojownicy słabo wynagradzają duże straty kapitału ludzkiego. Dlatego będę wdzięczny jeśli zrobisz wszystko, by nie umrzeć. - Jagoda zaczęła podejrzewać, że to trema przed pierwszą walką sprawia, że Mordka jest tak gadatliwy. Nie wyglądał na zdenerwowanego tak jak wtedy, gdy się przedstawiał, ale gdzieś w jego słowach można było wyczuć lekkie napięcie. Może to i lepiej, że jego stremowanie przed walką nie było tak obezwładniające, jak to pojawiające się przy nawiązaniu kontaktów z nieznaną osobą.
Pięć minut później oboje doszli do sporego placu. Tak naprawdę nie był on przesadnie duży, ale otaczały go niespecjalnie wysokie budynki, za którymi znajdowały się nieco większe budowle, a dopiero za nimi stały biurowce i wieżowce. W rezultacie plac wyglądał z góry jak swoiste zagłębienie terenu. Był on w większości pusty, za wyjątkiem fontanny wypełnionej drobniakami, które studenci wrzucali na pomyślność w nowym semestrze, trzech niedużych budek z jedzeniem, kiosku i pewnej ilości miejskiej zieleni. Po placu krążyła spora liczba ludzi, w tym kilka zakochanych par okupujących ławki.
- To on - Mordka wskazał łapką na siedzącego przy fontannie mężczyźnie. Nie wyróżniał się on jakoś szczególnie i Jagoda w pierwszej chwili wzięła go za jakiegoś pijaczka lub bezrobotnego. Nosił on beżowy, znoszony płaszcz, który na pewno pamiętał lepsze czasy. Na nogach miał solidne, ale mocno zabrudzone buciory. Głowę okalały potargane brązowe włosy i wyglądało na to, że od dłuższego czasu nie widziały one szamponu. Twarz prezentowała się niewiele lepiej, kilkudniowy zarost, lekko zaczerwieniony nos i znudzone spojrzenie gwarantowały, że żaden z przechodniów nie próbował go zaczepiać. Nie chodziło o to, że wyglądał zadziornie lub niebezpiecznie. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby znalazł się tutaj całkiem przypadkowo i jedynie chwilowo odpoczywał przy tej fontannie z zamiarem udania się za jakiś czas do najbliższego sklepu monopolowego. Z tego powodu mijający go ludzie ignorowali ten widok nizin egzystencji z nadzieją, że niedługo sam sobie stąd pójdzie.
Cóż, czas by ktoś się wyłamał.
Jagoda powoli podeszła do swojego domniemanego przeciwnika, który leżał rozwalany na ławce, opierając się o tył fontanny. Dziewczyna pochyliła się nad nim studiując bliżej jego wygląd. W nos uderzył ją nieprzyjemny zapach, kojarzący się z przepoconymi skarpetami. Mężczyzna wyglądał na otumanionego i w żaden sposób nie zareagował na nagłe pojawienie się badaczki kontemplującej jego cokolwiek podłą i cuchnącą egzystencję.
Świeżo mianowana wojowniczka odczekała jeszcze chwilę, po czym złożyła ręce i oznajmiła:
- Osiem punktów na dziesięć za maskowanie się. Od bezdomnego lub pijaka bardziej by jechało. Podziwiam pomysł z puszką - tu skierowała spojrzenie na niepozorną puszkę po piwie stojącą pod ławką - ale wystarczy podejść bliżej, by zdać sobie sprawę, że to z niej dochodzi niemiły zapach.
Przez chwilę nic się nie działo, ale po kilkunastu sekundach domniemany sługa zła podniósł głowę i potarł czoło, jak gdyby próbował oprzytomnieć.
- To ty jesteś tą obrończynią dobra i sprawiedliwości? - spytał mężczyzna. Jego twarz nie wyrażała absolutnie niczego, a ton głosu sugerował, że nie przywiązuje on zbytniej wagi do całej sytuacji. Można było odnieść wrażenie, iż został on tylko wrobiony w ciągnącą się przez miliony lat walkę między dobrem i złem, a tak naprawdę nie marzy o niczym innym jak tylko wcześnie wrócić do domu, by zdążyć na odcinek swojego ulubionego serialu.
Jagoda rozpoznawszy w swoim przeciwniku trzeźwego realistę, powitała go jak bratnią duszę.
- Świeżo mianowana - uściśliła konwersacyjnym tonem. - I przepraszam za spóźnienie, ale targowałam się o wysokość płacy i chwilę nam na tym zeszło.
- A, to nic dziwnego, że przez ostatnie dwa tygodnie siedziałem na próżno. Naprawdę nie rozumiem po co wysłali mnie w to miejsce - stwierdził bezbarwnym tonem, jakby cała sprawa tak naprawdę nie dotyczyła jego, ale kogos innego. - Tu nic nie ma.
- Może po to kazali ci tu siedzieć, żeby wyglądało jakby jednak coś było - zasugerowała Jagoda.
Mężczyzna spojrzał na nią wciąż nieco tępym, ale już bardziej zainteresowanym wzrokiem.
- Tak, to nawet byłby dobry powód, by ktoś ślęczał jak kołek w jednym miejscu, ale bardzo kiepski, by wciągnąć jakąś przypadkową uczennicę w te ciemne sprawki - stwierdził, wstając powoli. Sięgną do kieszeni i wyciągnął z niej coś co wyglądało jak niebieski kamień z wyrytymi na nim znakami.
- Wydajesz się być sympatyczną dziewczyną i nie mam ochoty robić ci krzywdy - przyznał - ale kazali mi rozprawić się z każdym przeciwnikiem, który się pojawi. Więc nie miej urazy, gdybym cię przypadkiem zabił - wyjaśnił.
- Ty też - odparła krótko Jagoda. Spojrzała szybko na Mordkę, który zrozumiał wiadomość i natychmiast rozpostarł alternatywną rzeczywistość wokół nich. Nie wyglądało to jakoś szczególnie efektownie. Po prostu w jednej chwili znajdowali się na pełnej ludzi ulicy, by za chwilę stać tam tylko w trójkę. Dziewczyna poczuła lekkie rozczarowanie wobec braku widowiskowego rozprzestrzeniającego się kręgu i czerwonawej poświaty, ale szybko wróciła myślami do rzeczywistości.
Delwen ścisną kamień, który rozświetlił się jasnym blaskiem, Jagoda odskoczyła jednocześnie aplikując moc w bransoletkę. Nastąpił błysk.
To co wydarzyło się w następnej chwili stanowiło naprawdę dziwaczny widok. Jagoda, która dzięki jednemu z zaklęć Mordki wskoczyła na budkę z jedzeniem na wynos stała tam półnaga, a jej zacięta mina sugerowała wielki wysiłek. Jaskrawe i błyszczące fale energii latały wokół niej, a z jakiegoś nieokreślonego miejsca zdawała się płynąć radosna, syntetyczna melodia. W normalnym przypadku mogłoby to uchodzić za zwykłą scenę transformacji.
Gdyby nie to, że z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu się zacinała.
Fale energii to ruszały to zatrzymywały się, a dochodząca z oddali muzyka przerywała. Sama transformacja też nie była płynna. Nagle kakofonia jeszcze się zwiększyła a zmiana zaczęła nie tyle przerywać co skakać od fragmentu do fragmentu. Zarówno Mordka jak i Delwen zdali sobie sprawę co się działo. Jagoda próbowała najpierw zatrzymać, a teraz "przewinąć" tranformację. Nastąpił błysk sugerujący koniec i oto oczom obu obserwatorów ukazało się najbardziej wkurzone magiczne stworzenie, jakie mieli okazję widzieć. Z okrzykiem niekrytej frustracji Jagoda spojrzała na liliowe rękawiczki, przykrótką, różowiótką sukienkę z tyloma falbankami ile można było dodać i magiczną laskę, która wyglądała jak tania zabawka z Chin. Dziewczyna z rozmachem zdjęła zdobiącą jej głowę czapkę i wyrazem absolutnego obrzydzenia skwitowała widok wściekle różowej powiekszonej wersji czepka, jaki noszą niemowlaki. Cisnęła go na ziemię i zaczęła deptać brokatowymi szpilkami, jednocześnie przeklinając głośno we wszystkich językach jakie choć trochę znała. W akompaniamencie najsprośniejszych i najbardziej opisowych epitetów polskich, japońskich, angielskich i rosyjskich oznajmiła światu co myśli o walczeniu w tego typu ciuchach jednocześnie wciąż wyładowując złość na winnej swej brzydoty czapce. Jagoda wyglądała jak demon wcisnięty w strój karnawałowy, jej biust podskakiwał dziko, gdyż kostium był wyraźnie projektowany z myślą o płaskiej osobie, a włosy były rozwiane dziko, ponieważ z nie do końca zrozumiałego powodu podczas tranformacji trzymająca je gumka gdzieś zniknęła.
Delwen okazał się nadzywaczaj wyrozumiałym wrogiem i dał Jagodzie całą minutę na wyładowanie stresu, jednocześnie doceniając jej zasób słownictwa. Po upływie tego czasu machnął ręką w stronę dziewczyny.
Kula niebieskiej energii pojawiła się nie wiadomo skąd i natychmiast uderzyła, jednocześnie eksplodując w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą miotała się wytrącona z równowagi obrończyni dobra. Obecnie jednak przykucnęła ona na balkonie pobliskiego budynku i patrzyła na dymiące resztki dachu budki. Mordka wisiał w powietrzu niedaleko niej. Jagoda zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie pociągała za sobą dyskusja w trakcie walki, ale nie była w stanie stłumić swojej złości.
- Co to ma do cholery być?! Nic nie wspominałeś, że będę musiała walczyć ubrana w te szmaty! - krzyknęła do Mordki.
Kolejna niebieska kula sprawiła, że balkon przestał istnieć, a kilka kolejnych porobiło dziury w różnych częściach budynku, które dziewczyna mijała podczas uników.
- Bo nie wiedziałam, że tak źle to przyjmiesz! - odpowiedział jej stworek, którego końcówka ogona była lekko osmalona od ostatniego ataku. - Wydawało mi się to tak nieistotne, że zapomniałem o tym powiedzieć!
Oboje gwałtownie zmienili kierunek ucieczki, unikając kolejnego ataku i wzlecieli w powietrze lądując na domie mieszkalnym, gdzie wznowili ucieczkę.
- Nieważne?! - Jagoda prawie się popluła. - Co za kretynka walczyłaby w szpilkach?
- Mają wbudowane zaklęcie stabilizujące, więc nie ma zagrożenia, że skręcisz sobie kostkę - uściślił automatycznie Mordka, ale wiedział, że nie w tym tkwi problem.
Jagoda przeskoczyła na następny budynek wciąż goniona przez kolejne niebieskiej wyładowania.
- Mam cholerne siedemnaście lat! W takie ciuchy możecie wpakować przedszkolaka, a nie prawie dorosłą kobietę. Za... - Jagoda najwyraźniej chciała podkreślić swoje słowa przez dodanie za jaki czas ma urodziny, ale nie udało jej się, gdyż kilka lecących za nią kul złaczyło się w jedną i olbrzymi ładunek energii wybuchł tuż za jej plecami.
Delwen ziewną lekko. Nie spodziewał się, że będzie szło tak gładko. Uderzył przy pomocy magii w okolice eksplozji na wypadek gdyby dziewczyna jakoś uskoczyła przed atakiem, ale wyglądało na to, że walka się skończyła.
Rozejrzał się, ale nie dostrzegł swojej przeciwniczki na żadnym dachu. Nic nie zakłócało ciszy w tym sztucznie wytworzonym wymiarze.
- AAAAAAAAARGGGGGGGHHHH!!!!
Najemnik obejrzał się. W oddali dziewczyna biegła ulicą w jego stronę. W wyciągniętej przed siebie ręce trzymała swoją magiczną różdżkę, która świeciła jasno, napromieniowana energią. Przyszedł czas na kontratak.
Mężczyzna chciał zaatakować, ale powstrzymał się. Jagoda była zbyt daleko, by mógł celnie trafić i wyraźnie była gotowa w każdej chwili uderzyć. W przeciwieństwie do niej Delwen nie miał do dyspozycji pomocniczej magii, dzięki której mógłby szybko uniknąć nagłego ataku. Gdyby teraz wystrzelił w stronę swojej przeciwniczki i spudłował, wywołana w ten sposób eksplozja skutecznie ograniczałaby jego pole widzenia uniemożliwiając mu dostrzeżenie potencjalnego kontrataku. Nie pozostało mu zatem nic innego jak tylko poczekać aż dziewczyna znów znajdzie się w zasięgu celnego strzału lub zaatakuje. Wyglądało jednak, że to drugie nastąpi jako pierwsze, gdyż różdżka utonęła w białym blasku, a Jagoda krzyknęła:
- AAAA MAAAAAAASZ!
Delwen w duchu miał tylko nadzieję, że to nie bedzie atak obszarowy. Niech to będzie jakiś nieduży promień przed którym da się uskoczyć.
Kontur różdżki znów stał się widoczny, gdy moc skumulowana na czubku zamigotała.
I zgasła.
Jagoda stanęła.
Delwen, który ustawił się wpozycji defensywnej spojrzał lekko zagubiony.
Dziewczyna podniosła jeszcze raz różdżkę i wycelowała nią w przeciwnika. Laska zaświeciła się mocnym światłem i znowu zgasła.
Mężczyzna jeszcze przez chwilę stał nie rozumiejąc co się dokładnie stało. Jednak Jagoda, która chwyciwszy różdżkę zamachnęła się i z całej siły uderzyła nią o chodnik z okrzykiem "TY KUPO ZŁOMU!" okazała się być dostatecznym wyjaśnieniem, gdyż sekundę później w jej stronę poleciała kolejna salwa niebieskich pocisków.
Gdy dym się rozwiał ulica była pusta. Delwen rozejrzał się, ale brak było oznak kolejnej próby kontrataku. Oczekiwanie przedłużało się, ale alternatywny wymiar pozostał aktywny co oznaczało, że strona dobra wciąż nie zrezygnowała z walki.
Ukryci w jednym z biur pobliskiego wieżowca Mordka i Jagoda próbowali ustalić co robić dalej. Dziewczyna korzystając z okazji wywaliła szpilki do kosza, a teraz popijała wodę z automatu próbując jakoś dojść do siebie.
- Nie wiem czemu nie możesz wykonać ataku - stwierdził mordka po szybkim przyjrzeniu się różdżce. - Wszystkie systemy działają sprawnie. Nie powinnaś mieć problemu z przepływem mocy.
- Ale miałam - ucięła niezadowolona dziewczyna. - To ustrojstwo w ogóle nie chce się mnie słuchać. Próbowałam też przywrócić mój dawny strój, ale bez powodzenia. To tak, jakby coś uniemożliwiało zmianę ustawień fabrycznych - mruknęła z namysłem.
Wzięła różdżkę w rękę i jeszcze raz spróbowała przy jej użyciu wykonać atak. Rezultat był jednak identyczny jak ostatnim razem. Gdy i druga próba się nie powiodła, Jagoda z frustracją uderzyła laską o ścianę.
- To chyba nie pomoże... - Mordka próbował zaoponować przeciwko tak niedelikatnemu posługiwaniu się tym zaawansowanym wytworem myśli techniczno-magicznej, ale Jagoda zgromiła go wzrokiem.
- A masz lepszy pomysł? Bo nie chcę nic mówić, ale ciężko wygrać magiczną walkę, gdy twoja jedyna broń odmawia współpracy, a ty musisz walczyć w wyjątkowo niewygodnym stroju - wypomniała swojemu współpracownikowi.
Laska jeszcze raz z hukiem spotkała się ze ścianą. Dziewczyna opadła na podłogę i popatrzyła smętnie na nieposłuszny artefakt.
- Dostałeś chociaż na to gwarancję? - spytała. Było widać po niej, że wciąż jest zdenerwowana i próbuje jakoś ułożyć myśli.
- Nie - przyznał Mordka. - Ale mogę później złożyć reklamację. Chociaż nie wiem czy ktoś wcześniej tego próbował. Zazwyczaj gdy urządzenie przestaje działać wynika to z jakiś zakłóceń. Jeśli ma się dość środków można ustawić specjalne pole, które sprawia, że magiczne urządzenia mają problemy z działaniem, przy czym wtedy od razu wiedziałbym skąd bierze się źródło naszych kłopotów.
- Innymi słowy, problem leży po mojej stronie - stwierdziła Jagoda.
Mordka obruszył się.
-Tego nie powiedziałem! - wykrzyknął.
- Ale ja tak sądzę - oznajmiła twardo Jagoda, która znów wygladała na zdenerwowaną. Poderwała się na nogi i machnęła wrogo różdżką. - Mówiłam już, że jestem niewłaściwą osobą i jestem przekonana, że stąd wynikają moje kłopoty z używaniem tego czegoś. Nie mniej zgodziłam się pełnić rolę wojowniczki światła doskonale o tym wiedząc. Dlatego pokonam tego zapchlonego żulo-maga, choćby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie!
Mordka spojrzał na nią przerażony. Jego mina jasno dawała do zrozumienia co myśli o takim śmiertelnym połączeniu brawury i dumy.
- Ale twoja broń wciąż nie działa!
- To sprawię, że zacznie - odgryzła się dziewczyna.
- Ale wcześniej nie byłaś w stanie mu zagrozić!
- Za mało się starałam! - warknęła.
- Nie masz z nim szans! - wykrzyknęła zdesperowana maskotka.
Jagoda zapowietrzyła się na moment. Szybko jednak odzyskała równowagę ducha. Spojrzała na swojego towarzysza i spytała z nutą smutku:
- Aż tak we mnie nie wierzysz?
Mordce zabrakło słów, gestów, argumentów, czegokolwiek co mogłoby powstrzymać narwaną wojowniczkę.
Dziewczyna wyminęła go i zaczęła myszkować po biurze szukając czegoś co mogłoby jej pomóc w skutecznym kontrataku.
Delwan siedział znudzony przy fontannie. Jego przeciwniczka zniknęła już chyba dobrą godzinę temu. A może tylko pół? Mężczyzna rozejrzał się z niesmakiem. Czas zawsze mu się dłużył w alternatywnym wymiarze, gdy nie walczył. Właściwie nikt nie był pewien jak tak naprawdę upływ czasu działał w sztucznym świecie w porównaniu do prawdziwego. Większość osób twierdziła, że w alternatywnym wymiarze płynie wolniej, ale nikt nie wiedział czy było to tylko subiektywne odczucie czy rzeczywisty stan rzeczy. Jedna z bardziej popularnych hipotez głosiła, że było to spowodowane faktem iż używano go głównie do toczenia walk. Podwyższony poziom adrenaliny i przyśpieszające reakcje zaklęcia niewątpliwie popierały pierwszą teorię, jednak nikt nie wykluczał iż duże nagromadzenie magii mogło zaburzać przepływ czasu.
Delwen spojrzał znudzonym wzrokiem na poruszające się wolniej niż zwykle wskazówki zegara stojącego w rogu placu. Naprawdę, kogo to obchodziło? Mogliby zwyczajnie przyznać, że tak - czas płynie wolniej.
- Mogłaby przyjść - stwierdził zrezygnowanym głosem. - Śmierć z nudów byłaby niewątpliwie skuteczna, ale wolałbym zginąć w jakiś bardziej widowiskowy sposób. Nawet ta festyniarska różdżka nie byłaby taka zła jako narzędzie mordu.
Po tych słowach znowu zamilkł, a pełznące minuty wróciły do powolnego duszenia go nudą. Dopiero dziesięć minut później (według zegara, według samego zainteresowanego "dekadę później") mężczyznę wyrwała z otępienia kolejna próba ataku. Jego przeciwniczka najwyraźniej próbowała ostrzelać go z dachu jednego z budynków, ale atak ponownie nie wyszedł, gdyż jedynym efektem było nagłe uaktywnienie się jej aury. Delwen wystrzelił w tamtym kierunku. Przez moment nie było nic widać, gdy eksplozja zasłoniła dach, ale nie minęło pięć sekund, gdy z dymu wystrzelił ludzka sylwetka. Postać leciała prosto w jego stronę. Najemnik posłał w jej stronę kolejny pocisk, ale jego przeciwniczka zmieniła lekko tor lotu omijając go. Wojownik zła w myślach przeklął niezwykłą przydatność w walce zaklęcia lewitacyjnego i rozpoczął regularny ostrzał lecącej w jego stronę postaci. Powietrze zaroiło się od niebieskich eksplozji, pośród których ledwo widoczna była różowawa sylwetka dziewczyny.
- Zgiń wreszcie - mruknął zdenerwowany Delwen, koncentrując swoją moc. Kamyk, który trzymał w ręku rozbłysną silniejszym blaskiem, mężczyna wyciągną przed siebie rękę i olbrzymi niebieski promień wystrzelił w stronę wiszącej w powietrzu postaci, gdy ta zatrzymała się na sekundę, by uniknąć wcześniejszych ataków. Strumień energii bezlitośnie uderzył w nią. Okolica rozbłysła oświetlona jasnością tego wyładowania. Delwen przymrużył lekko oczy, obserwując niewielki cień spadający na ziemię.
Podszedł powoli w jego stronę, krzywiąc się lekko.
- Chyba trochę przesadziłem...
Jednak im bardziej zbliżał się do pokonanej przeciwniczki, tym bardziej odnosił wrażenie, że coś było nie tak. Czegoś brakowało. Niestety, nie mógł sobie uświadomić czego. Niejasne podejrzenia sprawiały, że nieprzytomna dziewczyna zdawała się deformować w jego wyobraźni.
Gdy atak uderzył. Co się wtedy stało? Na pewno nie uniknęła go, a gdyby użyła bariery byłoby to widoczne. Musiała przyjąć na siebie atak. A to musiało boleć...
Dopiero wtedy do niego dotarło. Dziewczyna nie krzyczała, choć atak powinien sprawić jej sporo bólu, a mało prawdopodobne było, by od razu straciła przytomność. Jeszcze raz spojrzał na leżące w oddali ciało. Iluzja prysła i jego oczom okazał się na wpół zniszczony stojak na ubrania, na który ktoś nałożył różowy sweter i obwiązał go jasnymi chustami.
Delwen chciał się odwrócić, ale zrozumienie przyszło o sekundę za późno. Zdążył tylko kątem oka uchwycić cień tuż za sobą, po czym wyjątkow bolesne uderzenie w tył głowy pozbawiło go przytomności. Na wszelki wypadek za nim poszło drugie, gwarantujące, że jego nowo nabyty guz nie będzie czuł się samotnie. Mężczyzna padł na chodnik jak worek ziemniaków.
- Wolałabym wygrać w jakiś bardziej efektowny sposób - stwierdziła Jagoda, sprawdzając czy jej magiczny artefakt wciąż jest w całości po tym jak wykorzystała go w roli broni obuchowej.
Unoszący się w powietrzu obok niej Mordka patrzył z podziwem na swoją towarzyszkę i pokonanego przeciwnika.
- Uważam, że był efektowny - stwierdził. - Do tej pory nie uświadomiono mnie, że istnieje możliwość wykorzystania magicznego przewodnika w tej formie w ten sposób.
Jagoda potrząsnęła głową z zadowoleniem, gdy po bliższej inspekcji nie znalazła żadnego pęknięcia na swojej broni.
- Ale jak już się wie, to nie jest to nic szczególnego. I wygodniej by było, gdybym mogła go zmieść jednym atakiem na samym początku walki. Nie musiałbyś tworzyć tej iluzji.
Maskotka spojrzała na dziewczynę z lekkim uśmiechem.
- Dobrze, że się udało. Jak mówiłem, tworzenie iluzji nie jest moją mocną stroną i znam tylko kilka podstawowych czarów, gdyby nasz przeciwnik użył jakiegokolwiek zaklęcia wspomagającego widzenie przebiłby się przez nią i zdał sobie sprawę z zasadzki nim zdążyłabys przekraść się za niego.
- Raczej przebiec - zauważyła. - Gdyby nie twoje zaklęcie przyśpieszające w życiu bym nie dała rady przedostać się ze szczytu tego budynku tutaj w czasie krótszym niż minuta. I chyba mogę to uznać za oficjalne zwycięstwo? Nasz wróg się nie rusza i raczej szybko nie oprzytomnieje - stwierdziła jednocześnie szturchając Delwana butem.
- To zdecydowanie twoje zwycięstwo - oznajmił rozpromieniony Mordka.
Jagoda rzuciła mu szybkie spojrzenie, pełne nadziei.
- Nie ma żadnych dodatkowych wrogów którzy nas zaraz zaatakują? Mogę wreszcie zdjąć z siebie to paskudztwo? - upewniła się, zerkając jednocześnie na obrzydliwą różową sukienkę, którą wciąż miała na sobie.
Istocie zrobiło się lekko żal swojej współpracownicy.
- Tak. W pobliżu nie powinno być żadnych innych wrogów - zapewnił ją.
Jagoda natychmiast wstrzymała napływ magicznej mocy do urządzenia. W mgnieniu oka wróciła do swojego poprzedniego ubrania, a winny jej ostatnich stresów talizman wisiał na ręce, wyglądając tak samo kiczowato jak zawsze.
-Więc jednak można to było zrobić bez niepotrzebnego rozbierania i błysków - zauważyła ironicznie, wyraźnie odnosząc się do sceny transformacji.
Parę sekund później poczuła lekkie szarpnięcie, gdy jej ciało wróciło na niezniszczony plac, zapełniony ludźmi. Jedyną różnicą było to, że udający bezdomnego najemnik nie siedział przy fontannie, jak wcześniej, a według zegara minęło około godziny od momentu, gdy przenieśli się do alternatywnego wymiaru.
- Co z nim? - spytała, najwyraźniej ciekawa dalszych losów swojego przeciwnika.
- Pewnie nic - stwierdził spokojnie Mordka. - Sprzątacze odeślą go do jakiegoś szpitala i tyle.
- Sprzątacze?
- Specjalistyczna jednostka nadzorująca poprawne funkcjonowanie alternatywnych wymiarów. Nie znam szczegółów, bo Altery to specjalistyczna forma magii, ale ich zadaniem jest dostrajanie i reperowanie ich po każdej walce oraz zajmowanie się wszelkimi pozostałymi w nich osobami.
Jagoda spojrzała w zamyśleniu na neonowe reklamy porozwieszane przy niektórych sklepach. Nad miastem rozciągał się już wieczór.
- Ci Sprzątacze. Po czyjej są stronie? - spytała, lekko zaniepokojona.
- Po niczyjej - zapewnił ją natychmiast Mordka. - To specjalna, bezstronna jednostka.
- Naprawdę? - Jagoda wyraźnie wątpiła, że sprawa wygląda aż tak prosto.
Stworek westchnął. Dziewczyna miała wyjątkowy talent do wyciągania niewygodnych prawd.
- Jedna z niewielu kooperacyjnych jednostek - przyznał z ciężkim sercem. - W jej skład wchodzą najbardziej utalentowani przedstawiciele obu stron w równych proporcjach. Dlatego nazywa się ją bezstronną. Zresztą ich zadaniem jest tylko i wyłącznie zajmowanie się Alterami. Każda osoba które spróbuje zakłócić walkę lub wspomoże którąś ze stron jest automatycznie wyrzucana z jednostki. I dostaje wilczy bilet.
- Jak wygląda taki wilczy bilet? Nie wpuszczają winnego do magicznego urzedu pracy? - Jagoda dalej wierciła sprawę.
- Nie, używa się specjalnego zaklęcia, które zostawia ślad na aurze. Można powiedzieć, że to najgorsza forma ostracyzmu. Każda osoba świadoma swojej mocy jest w stanie dostrzec ten stygmat. Coś takiego całkowicie przekreślona całą magiczną karierę.
Dziewczyna chyba dalej nie do końca pojmowała ten koncept, bo ponownie spytała z niedowierzaniem:
- Wyrzucają taką osobę z pracy, bo pozwoliła sobie na chwilę słabości?
Mordka pokręcił głową. Jedna z rozświetlających plac lamp zamigotała nad nim.
- Wyrzucają ją, bo taki czyn oznacza złamanie umowy między stronami. Między Światłem, a Mrokiem. A takich paktów nie łamie się bezkarnie.
Lampa na chwilę przygasła, by po chwili z pełną mocą oświetlić samotną sylwetkę dziewczyny. Nikt poza nią nie widział małego, żółtego stworka unoszącego się w powietrzu i wyjaśniającego z poważną miną reguły rządzące tą dziwną, ponadwymiarową wojną.
czwartek, 19 maja 2011
poniedziałek, 2 maja 2011
Kroniki dziwności - Studencki wikt
Miałam ochotę napisać coś krótkiego i głupiego dla rozluźnienia od wiosennego stresu, a jako że pod ręką nie było żadnej fazy postanowiłam wykorzystać dwóch największych idiotów, jakich stworzyła moja wyobraźnia. Właściwie obaj zostali wymyśleni na potrzeby Eurythmy, ale jako, że ich pojawienie się w głównej linii fabularnej jest baaaaaardzo odległe, a i tak nie mają tam wielkiej roli to nic nie szkodzi wykorzystać ich trochę.
- Co to jest?
- Kabaczek.
- Kabaczek?
- Jest zielony i... kabaczkowaty. To znaczy, że to jest kabaczek.
- Skoro tak twierdzisz.
Dwójka mężczyzn jeszcze raz przyjrzała się warzywu. Obaj byli dobrze zbudowani i mieli długie, jasne, rozpuszczone włosy. Pierwszy z nich, który najwyraźniej nie rozpoznał warzywa był szczupłym młodzieńcem z pogodną twarzą, którego najbardziej szczególną cechą było to, że posiadał kocie uszy i ogon. Jego rozmówca miał minę osoby, której właśnie wymordowano rodzinę i szybko można było odnieść wrażenie, że jest to permanentny element jego wyglądu. Był bardziej masywny i muskularny od swojego kolegi, a biała, płócienna koszula i znoszone, połatane spodnie, które nosił sprawiały, że przypominał nieco marynarza. Jego sięgające pasa szare włosy nadawały mu wygląd starszego i bardziej doświadczonego niż był w rzeczywistości. Co ciekawe, białe włosy jego kolegii, dłuższe od jego własnych raczej nie przywodziły takich skojarzeń, być może dlatego, że miał on wiecznie pogodną twarz.
- A właściwie co to jest ten kabaczek? - spytał mężczyzna z kocim uszami.
Jego przyjaciel zasępił się lekko.
- Nie jestem pewien - przyznał niechętnie - ale na pewno jest to jadalne!
- Akurat jadalność chyba nie jest tu taka ważna - zauważył pierwszy mężczyzna. - W sensie, i tak nie mamy nic innego, a nie jedliśmy od dwóch dni. Więc czujemy teraz... czujemy... co to było za słowo? Nie chodzi o głód, tylko o.... o...
- Desperację? - podsunął ponuro jego kolega.
- Tak! To to! - zakrzyknął radośnie kotowaty.
Zapadła cisza. Brithenig Loglan, czyli zaznajomiony z ideą kabaczka mężczyzna poczuł, że coraz bardziej nie lubi tego nieszczęsnego warzywa.
- A właściwie to jak się przyrządza kabaczki? - spytał zaciekawiony jego towarzysz.
Bardzo, ale to bardzo nie lubi.
- Ależ oczywiście, że gotuje! - oznajmił pewnym siebie głosem Brithenig.
- Jak długo? - spytał absolutnie szczerze i niewinnie kotowaty.
Odpowiedziała mu cisza.
Jego przyjaciel siedział pochylony nad kabaczkiem i bardzo starał się wymyślić jakiś sensowny przedział czasu, ale wybitnie mu to nie szło. Gdyby chodziło o zamrożenie warzywa nie miałby żadnych problemów, ale podgrzewanie rzeczy było poza jego specjalnością.
- Aż... aż się ugotuje... - przyznał niechętnie.
- Czyli też nie wiesz?
Birthenig skrzywił się. Wybitnie nie znosił przyznawać się do niewiedzy. Był przekonany, że w związku z tym, iż jego przyjaciel jest niepodważalnie niereformowalnym idiotą, on sam powinien stanowić przykład kaganka oświaty i ostoi rozsądku w tym duecie.
Dlatego był.
Na ile mu się to udawało wobec faktu, że jego poziom intelektualny był identyczny jak u jego przyjaciela.
- Po prostu nigdy nie gotowałem kabaczka! - wykrzyknął zdenerwowany. - Nie jestem kucharzem, by wiedzieć jak długo należy gotować każdą cholerną rzecz!
- Spokojnie, Brith. Mogłeś od razu powiedzieć - kotowaty próbował uspokoić kolegę, z marnymi efektami.
- Przyznaj się! Specjalnie robisz ze mnie idiotę, Ido!
- Nie muszę - odparł szczerze jego przyjaciel. - Przecież obaj wiemy, że jesteśmy idiotami. Nie rozumiem o co się wściekasz.
Brithenig wyraźnie się gotował. Ido chciał mu powiedzieć, że wolałby, żeby to kabaczek się gotował, ale kotowatemu brakowało elokwencji, by skutecznie wyjaśnić to koledze.
W tym momencie, na szczęście, z ich brzuchów dobiegło głośne burczenie, które zmusiło ich do powrotu do priorytetów.
Obaj panowie rozpoczęli przygotowania do gotowania, ale dość szybko trafili na pierwszy problem.
- Brith, nie mamy dość dużego garnka.
- Jak to nie mamy? - spytał napiętym głosem. - Nie zmieści się do tego niebieskiego garnka?
- No właśnie nie - stwierdził z żalem Ido stawiając niebieski garnek na stole i próbując bezskutecznie zmieścić do niego podłużne warzywo. - Ten kabaczek jest... jest zbyt przydługaśny. A garnek nie jest.
- Daj mi to! - zdenerwowany przyjaciel wyrwał mu garnek i zaczął próbować na siłę wcisnąć do niego obiad, ale bezskutecznie. - Szlag by to! - krzykną. - A co z tym żółtym garnkiem? On był większy! - spytał kolegi.
- Zniszczyłeś go ostatnim razem - przypomniał mu kotowaty. - Byłeś wkurzony, że twoja potrawka nie wyszła i zamroziłeś go na kamień. No i potem jak próbowaliśmy ten garnek odmrozić to dno pękło - stwierdził ze smutkiem, wyraźnie żałując przedwcześnie zakończonego żywotu naczynia. Nagle jego wzrok padł na kolegę. - PRZESTAŃ! Przestań! Znów to robisz!
Z rąk Britheniga, które wciąż ściskały garnek i kabaczka rozprzestrzeniała się rosnąca warstwa lodu. Mężczyzna w furii przypadkiem zaczął zamrażać obiad. Sekundę później został staranowany przez Ido, który korzystając z chwili dekoncentracji kolegi wyrwał mu naczynie z warzywem.
- Błagam, opanuj się Brith - zakrzyknął z lekkim przerażeniem patrząc na zmrożonego kabaczka. - Nasz obiad o mało nie zginął tragicznie!
Jego przyjaciel, który wyćwiczonym refleksem powstrzymał upadek na podłogę patrzył teraz jeszcze gorszym wzrokiem na felerne warzywo.
- Może zjedzmy go po prostu na surowo? - zaproponował grobowym głosem.
- Teraz jak go zamroziłeś to nawet ja połamię na nim zęby - zauważył kotowaty. - Musimy go jakoś ocieplić. Może by tak owinąć szalikiem - mrukną w zamyśleniu.
Brithenig spojrzał ponuro na kolegę, w myślach lamentując jego głupotę. Na szczęście jakieś okoliczne bóstwo zlitowało się nad parą biednych studentów i zesłało pesymistycznemu młodzianowi inspirację.
- Skoro nie mieści się do garnka to może włóżmy go do piekarnika! - zaproponował mężczyzna, którego twarz nagle rozjaśniła się w nagłym przypływie geniuszu.
Ido spojrzał najpierw lekko roztargniony, gdy jego umysł wykonywał myślowy skok pomiędzy szalikiem, a kuchenką, by po minucie rozpromienić się w podziwie dla kolegi.
- Masz rację! - zakrzyknął otwierając piekarnik i wkładając do niego kabaczka. - Mieści się!
Kuchnia zdawała się emanować radością i oświeceniem umysłów, gdy dwójka studentów radośnie świętowała fakt, że nieposłuszne warzywo w końcu odnalazło swoje miejsce. Drzwiczki zostały z hukiem zamknięte, temperatura ustawiona na 150 stopni, a obaj panowie usiedli przed piekarnikiem w radosnej atmosferze oczekiwania. Siedzieli tak jeszcze przez chwilę w pogodnym nastroju, jednak wraz z upływem kolejnych minut ich samopoczucie zaczęło się psuć. W swojej ignorancji i głupocie obaj zapomnieli o pierwszym nieoficjalnym prawie względności czasu - im bardziej czegoś wyczekujesz tym wolniej czas zdaje się płynąć. Zaś nadmiar czasu jest niebezpieczny, gdyż prowadzi do jednej z potencjalnie najważniejszych dla przetrwania, ale i najbardziej destruktywnej cechy wszystkich rozwiniętych umysłowo gatunków - wątpliwości.
- Brith, tak sobie myślę - zagaił nieśmiało Ido. - Czy myśmy nie powinni byli tego kabaczka obrać ze skóry?
Jego kolega w obliczu tego pytania zachował kamienną twarz, która w międzyczasie znów zdążyła wrócić do standardowego grymasu.
- To nieważne. Jak nie jest to zdejmiemy ją przed zjedzeniem - odparł dyplomatycznie.
Ido, który siedział przycupnięty ze wzrokiem utkwionym w ukrytym ze szybką warzywie, wciąż miał jednak wątpliwości.
- Bo wiesz, na mojej planecie jest ten smaczny owoc... Nigdy nie pamiętam jak się nazywa. W każdym razie on jest bardzo dobry po upieczeniu, ale jego skórka pod wpływem ognia wydziela truciznę, więc należy go zawsze obierać. Ja kiedyś zapomniałem i później przez tydzień mnie brzuch bolał... W każdym razie mam nadzieję, że ten kabaczek nie jest podobny.
Brith bardzo starał się nie dać po sobie poznać, że niepokoje Ido na niego wpłynęły.
- Nic... - zaczął lekko rozchwianym tonem, ale natychmiast zdał sobie sprawę z niepewności swojego głosu i dokończył twardo zdanie. - Nic mi nie wiadomo o jakichkolwiek truciznach w kabaczku!
- O, to dobrze - stwierdził nieco pocieszony Ido. - Byłoby smutno, gdyby to był nasz ostatni posiłek. Zginąć od zatrucia kabaczkiem w trakcie praktyk! Śmialiby się z nas w Uniwersytecie.
- ...
- Pewnie nawet Szef, by uznał to za głupie.
- ...
- Brith.
- Hmm? - mruknął w końcu mężczyzna, którego myśli zostały już całkiem zdominowane ponurą myślą o niechlubnej śmierci z rąk warzywa.
- Myślisz, że Szef przyszedłby na nasz pogrzeb?
Brith spojrzał na niego grobowym wzrokiem.
- Zależy pewnie od tego czy by się o tym dowiedział - odparł dyplomatycznie.
- Więc myślisz, że by nie przyszedł - doszedł do konkluzji kotowaty.
- Tego nie powiedziałem!
- Gdybyś w niego wierzył odparłbyś, że na pewno by przyszedł! - Ido postanowił wyjaśnić logikę swoich wniosków.
Jego przyjaciel, który siedział oparty o nogę od stołu spojrzał wymowni w sufit.
- No, bo obaj wiemy, że Szef... jest Szefem. On nie myśli tak jak my... - zaczął próbować wyjaśnić swoją niewiarę.
- Brith.
- Tak? - spytał mocno już poirytowany faktem, że kolega przerwał jego argumentację.
- Myślisz, że Szef lubi kabaczki? - spytał zamyślony Ido.
Z poważniejszego mężczyzny uszło jakby powietrze.
- Nie mam zielonego pojęcia....
Znów zapadła cisza pełna niecierpliwego oczekiwania.
Cierpliwość będąc towarem deficytowym skończyła się niecałe pięć minut później.
Piekarnik został otwarty w nabożnym milczeniu. Pomimo pewnych trudności, które po krótkiej dyskusji zakończyły się lekkim zmrożeniem blachy, kabaczek został przetransportowany na stół. Brith ze zdeterminowaną miną zaczął kroić warzywo; Ido po raz pierwszy również wyglądał na skoncentrowanego przez co można było odnieść wrażenie, że obaj uczestniczą w jakiejś niezmiernie ważnej ceremonii.
- Gotowe - oznajmił grobowo dzierżący nóż mężczyzna.
Przez nimi na desce leżało kilka nierównych kawałków kabaczka. Jakby na dany sygnał obaj rzucili się na jedzenie. Pięć minut później po kabaczku prawie nie było śladu.
- Ta skórka chyba jednak nie była jadalna - stwierdził Brith, który usadowił się na krześle.
- Naprawdę? Ja odniosłem wrażenie, że była - odparł Ido, leżący zwinięty na kanapie. - W każdym razie, co robimy z następnym posiłkiem?
- Mówili, że coś nam nieługo dostarczą - wyjaśnił kolega.
- Mam nadzieję, że pizzę.
Następnego dnia rano odkryli przed drzwiami koszyk, który natychmiast zgarnęli do mieszkania. Zdjęli okrywającą go tkaninę by odkryć...
- Co to jest?
- Kalarepa.
- Kalarepa?
- Jest zielonkawa i... kalarepowata. To znaczy, że to kalarepa.
- Brith...
- Tak?
- Może spróbujmy wymienić to u sąsiadów na coś jadalnego - zaproponował kotowaty.
- To pierwszy dobry pomysł jaki miałeś od dawna - przyznał jego przyjaciel.
- Co to jest?
- Kabaczek.
- Kabaczek?
- Jest zielony i... kabaczkowaty. To znaczy, że to jest kabaczek.
- Skoro tak twierdzisz.
Dwójka mężczyzn jeszcze raz przyjrzała się warzywu. Obaj byli dobrze zbudowani i mieli długie, jasne, rozpuszczone włosy. Pierwszy z nich, który najwyraźniej nie rozpoznał warzywa był szczupłym młodzieńcem z pogodną twarzą, którego najbardziej szczególną cechą było to, że posiadał kocie uszy i ogon. Jego rozmówca miał minę osoby, której właśnie wymordowano rodzinę i szybko można było odnieść wrażenie, że jest to permanentny element jego wyglądu. Był bardziej masywny i muskularny od swojego kolegi, a biała, płócienna koszula i znoszone, połatane spodnie, które nosił sprawiały, że przypominał nieco marynarza. Jego sięgające pasa szare włosy nadawały mu wygląd starszego i bardziej doświadczonego niż był w rzeczywistości. Co ciekawe, białe włosy jego kolegii, dłuższe od jego własnych raczej nie przywodziły takich skojarzeń, być może dlatego, że miał on wiecznie pogodną twarz.
- A właściwie co to jest ten kabaczek? - spytał mężczyzna z kocim uszami.
Jego przyjaciel zasępił się lekko.
- Nie jestem pewien - przyznał niechętnie - ale na pewno jest to jadalne!
- Akurat jadalność chyba nie jest tu taka ważna - zauważył pierwszy mężczyzna. - W sensie, i tak nie mamy nic innego, a nie jedliśmy od dwóch dni. Więc czujemy teraz... czujemy... co to było za słowo? Nie chodzi o głód, tylko o.... o...
- Desperację? - podsunął ponuro jego kolega.
- Tak! To to! - zakrzyknął radośnie kotowaty.
Zapadła cisza. Brithenig Loglan, czyli zaznajomiony z ideą kabaczka mężczyzna poczuł, że coraz bardziej nie lubi tego nieszczęsnego warzywa.
- A właściwie to jak się przyrządza kabaczki? - spytał zaciekawiony jego towarzysz.
Bardzo, ale to bardzo nie lubi.
- Ależ oczywiście, że gotuje! - oznajmił pewnym siebie głosem Brithenig.
- Jak długo? - spytał absolutnie szczerze i niewinnie kotowaty.
Odpowiedziała mu cisza.
Jego przyjaciel siedział pochylony nad kabaczkiem i bardzo starał się wymyślić jakiś sensowny przedział czasu, ale wybitnie mu to nie szło. Gdyby chodziło o zamrożenie warzywa nie miałby żadnych problemów, ale podgrzewanie rzeczy było poza jego specjalnością.
- Aż... aż się ugotuje... - przyznał niechętnie.
- Czyli też nie wiesz?
Birthenig skrzywił się. Wybitnie nie znosił przyznawać się do niewiedzy. Był przekonany, że w związku z tym, iż jego przyjaciel jest niepodważalnie niereformowalnym idiotą, on sam powinien stanowić przykład kaganka oświaty i ostoi rozsądku w tym duecie.
Dlatego był.
Na ile mu się to udawało wobec faktu, że jego poziom intelektualny był identyczny jak u jego przyjaciela.
- Po prostu nigdy nie gotowałem kabaczka! - wykrzyknął zdenerwowany. - Nie jestem kucharzem, by wiedzieć jak długo należy gotować każdą cholerną rzecz!
- Spokojnie, Brith. Mogłeś od razu powiedzieć - kotowaty próbował uspokoić kolegę, z marnymi efektami.
- Przyznaj się! Specjalnie robisz ze mnie idiotę, Ido!
- Nie muszę - odparł szczerze jego przyjaciel. - Przecież obaj wiemy, że jesteśmy idiotami. Nie rozumiem o co się wściekasz.
Brithenig wyraźnie się gotował. Ido chciał mu powiedzieć, że wolałby, żeby to kabaczek się gotował, ale kotowatemu brakowało elokwencji, by skutecznie wyjaśnić to koledze.
W tym momencie, na szczęście, z ich brzuchów dobiegło głośne burczenie, które zmusiło ich do powrotu do priorytetów.
Obaj panowie rozpoczęli przygotowania do gotowania, ale dość szybko trafili na pierwszy problem.
- Brith, nie mamy dość dużego garnka.
- Jak to nie mamy? - spytał napiętym głosem. - Nie zmieści się do tego niebieskiego garnka?
- No właśnie nie - stwierdził z żalem Ido stawiając niebieski garnek na stole i próbując bezskutecznie zmieścić do niego podłużne warzywo. - Ten kabaczek jest... jest zbyt przydługaśny. A garnek nie jest.
- Daj mi to! - zdenerwowany przyjaciel wyrwał mu garnek i zaczął próbować na siłę wcisnąć do niego obiad, ale bezskutecznie. - Szlag by to! - krzykną. - A co z tym żółtym garnkiem? On był większy! - spytał kolegi.
- Zniszczyłeś go ostatnim razem - przypomniał mu kotowaty. - Byłeś wkurzony, że twoja potrawka nie wyszła i zamroziłeś go na kamień. No i potem jak próbowaliśmy ten garnek odmrozić to dno pękło - stwierdził ze smutkiem, wyraźnie żałując przedwcześnie zakończonego żywotu naczynia. Nagle jego wzrok padł na kolegę. - PRZESTAŃ! Przestań! Znów to robisz!
Z rąk Britheniga, które wciąż ściskały garnek i kabaczka rozprzestrzeniała się rosnąca warstwa lodu. Mężczyzna w furii przypadkiem zaczął zamrażać obiad. Sekundę później został staranowany przez Ido, który korzystając z chwili dekoncentracji kolegi wyrwał mu naczynie z warzywem.
- Błagam, opanuj się Brith - zakrzyknął z lekkim przerażeniem patrząc na zmrożonego kabaczka. - Nasz obiad o mało nie zginął tragicznie!
Jego przyjaciel, który wyćwiczonym refleksem powstrzymał upadek na podłogę patrzył teraz jeszcze gorszym wzrokiem na felerne warzywo.
- Może zjedzmy go po prostu na surowo? - zaproponował grobowym głosem.
- Teraz jak go zamroziłeś to nawet ja połamię na nim zęby - zauważył kotowaty. - Musimy go jakoś ocieplić. Może by tak owinąć szalikiem - mrukną w zamyśleniu.
Brithenig spojrzał ponuro na kolegę, w myślach lamentując jego głupotę. Na szczęście jakieś okoliczne bóstwo zlitowało się nad parą biednych studentów i zesłało pesymistycznemu młodzianowi inspirację.
- Skoro nie mieści się do garnka to może włóżmy go do piekarnika! - zaproponował mężczyzna, którego twarz nagle rozjaśniła się w nagłym przypływie geniuszu.
Ido spojrzał najpierw lekko roztargniony, gdy jego umysł wykonywał myślowy skok pomiędzy szalikiem, a kuchenką, by po minucie rozpromienić się w podziwie dla kolegi.
- Masz rację! - zakrzyknął otwierając piekarnik i wkładając do niego kabaczka. - Mieści się!
Kuchnia zdawała się emanować radością i oświeceniem umysłów, gdy dwójka studentów radośnie świętowała fakt, że nieposłuszne warzywo w końcu odnalazło swoje miejsce. Drzwiczki zostały z hukiem zamknięte, temperatura ustawiona na 150 stopni, a obaj panowie usiedli przed piekarnikiem w radosnej atmosferze oczekiwania. Siedzieli tak jeszcze przez chwilę w pogodnym nastroju, jednak wraz z upływem kolejnych minut ich samopoczucie zaczęło się psuć. W swojej ignorancji i głupocie obaj zapomnieli o pierwszym nieoficjalnym prawie względności czasu - im bardziej czegoś wyczekujesz tym wolniej czas zdaje się płynąć. Zaś nadmiar czasu jest niebezpieczny, gdyż prowadzi do jednej z potencjalnie najważniejszych dla przetrwania, ale i najbardziej destruktywnej cechy wszystkich rozwiniętych umysłowo gatunków - wątpliwości.
- Brith, tak sobie myślę - zagaił nieśmiało Ido. - Czy myśmy nie powinni byli tego kabaczka obrać ze skóry?
Jego kolega w obliczu tego pytania zachował kamienną twarz, która w międzyczasie znów zdążyła wrócić do standardowego grymasu.
- To nieważne. Jak nie jest to zdejmiemy ją przed zjedzeniem - odparł dyplomatycznie.
Ido, który siedział przycupnięty ze wzrokiem utkwionym w ukrytym ze szybką warzywie, wciąż miał jednak wątpliwości.
- Bo wiesz, na mojej planecie jest ten smaczny owoc... Nigdy nie pamiętam jak się nazywa. W każdym razie on jest bardzo dobry po upieczeniu, ale jego skórka pod wpływem ognia wydziela truciznę, więc należy go zawsze obierać. Ja kiedyś zapomniałem i później przez tydzień mnie brzuch bolał... W każdym razie mam nadzieję, że ten kabaczek nie jest podobny.
Brith bardzo starał się nie dać po sobie poznać, że niepokoje Ido na niego wpłynęły.
- Nic... - zaczął lekko rozchwianym tonem, ale natychmiast zdał sobie sprawę z niepewności swojego głosu i dokończył twardo zdanie. - Nic mi nie wiadomo o jakichkolwiek truciznach w kabaczku!
- O, to dobrze - stwierdził nieco pocieszony Ido. - Byłoby smutno, gdyby to był nasz ostatni posiłek. Zginąć od zatrucia kabaczkiem w trakcie praktyk! Śmialiby się z nas w Uniwersytecie.
- ...
- Pewnie nawet Szef, by uznał to za głupie.
- ...
- Brith.
- Hmm? - mruknął w końcu mężczyzna, którego myśli zostały już całkiem zdominowane ponurą myślą o niechlubnej śmierci z rąk warzywa.
- Myślisz, że Szef przyszedłby na nasz pogrzeb?
Brith spojrzał na niego grobowym wzrokiem.
- Zależy pewnie od tego czy by się o tym dowiedział - odparł dyplomatycznie.
- Więc myślisz, że by nie przyszedł - doszedł do konkluzji kotowaty.
- Tego nie powiedziałem!
- Gdybyś w niego wierzył odparłbyś, że na pewno by przyszedł! - Ido postanowił wyjaśnić logikę swoich wniosków.
Jego przyjaciel, który siedział oparty o nogę od stołu spojrzał wymowni w sufit.
- No, bo obaj wiemy, że Szef... jest Szefem. On nie myśli tak jak my... - zaczął próbować wyjaśnić swoją niewiarę.
- Brith.
- Tak? - spytał mocno już poirytowany faktem, że kolega przerwał jego argumentację.
- Myślisz, że Szef lubi kabaczki? - spytał zamyślony Ido.
Z poważniejszego mężczyzny uszło jakby powietrze.
- Nie mam zielonego pojęcia....
Znów zapadła cisza pełna niecierpliwego oczekiwania.
Cierpliwość będąc towarem deficytowym skończyła się niecałe pięć minut później.
Piekarnik został otwarty w nabożnym milczeniu. Pomimo pewnych trudności, które po krótkiej dyskusji zakończyły się lekkim zmrożeniem blachy, kabaczek został przetransportowany na stół. Brith ze zdeterminowaną miną zaczął kroić warzywo; Ido po raz pierwszy również wyglądał na skoncentrowanego przez co można było odnieść wrażenie, że obaj uczestniczą w jakiejś niezmiernie ważnej ceremonii.
- Gotowe - oznajmił grobowo dzierżący nóż mężczyzna.
Przez nimi na desce leżało kilka nierównych kawałków kabaczka. Jakby na dany sygnał obaj rzucili się na jedzenie. Pięć minut później po kabaczku prawie nie było śladu.
- Ta skórka chyba jednak nie była jadalna - stwierdził Brith, który usadowił się na krześle.
- Naprawdę? Ja odniosłem wrażenie, że była - odparł Ido, leżący zwinięty na kanapie. - W każdym razie, co robimy z następnym posiłkiem?
- Mówili, że coś nam nieługo dostarczą - wyjaśnił kolega.
- Mam nadzieję, że pizzę.
Następnego dnia rano odkryli przed drzwiami koszyk, który natychmiast zgarnęli do mieszkania. Zdjęli okrywającą go tkaninę by odkryć...
- Co to jest?
- Kalarepa.
- Kalarepa?
- Jest zielonkawa i... kalarepowata. To znaczy, że to kalarepa.
- Brith...
- Tak?
- Może spróbujmy wymienić to u sąsiadów na coś jadalnego - zaproponował kotowaty.
- To pierwszy dobry pomysł jaki miałeś od dawna - przyznał jego przyjaciel.
niedziela, 10 kwietnia 2011
List do braciszka 3
Drogi Braciszku,
Wybacz, że ostatnio do ciebie nie pisałam, ale mam dużo problemów na głowie, które zajmują większość mojego wolnego czasu. Zresztą znając ciebie, zapewne orientujesz się jak mniej więcej wygląda sytuacja na Północy. Za to zapewniam Cię, nie wiesz ile osób i istot pociąga tutaj za sznurki, kreując tę tragifarsę. I pomyśleć, że wyjechałam z Lookshy, by uciec od polityki...
Właściwie to dopiero co skończyłam świętować i teraz próbuję dojść do siebie, gdyż po raz pierwszy od dłuższego czasu zdarzyło się coś co warto było oblać. Nie mniej wolę zacząć od złych wieści. Po pierwsze gwarek, którego tak długo trzymałam zdechł z powodu stresu. Na przyszłość muszę pamiętać, że gdy chcę odreagować napięcie powinnam najpierw spojrzeć czy krzesło którym rzucam przypadkiem nie poleci w stronę mojego zwierzątka domowego. Ta szklana kula i stół prawdopodobnie też nie pomogły. W każdym razie gwarek zakończył żywot. Poprosiłam kogoś na mieście, by go wypchał. Wczoraj go odebrałam i teraz z powrotem siedzi na swojej żerdzi. Cóż, nigdy nie mówił dużo, więc podejrzewam, że nikt nie zauważy różnicy. Reszta drużyny jest równie zestresowana co ja, dlatego nie zawracałam im tym głowy. Zresztą moja kabina nigdy nie była szczególnie uczęszczana. Pewnie mało kto w ogóle pamięta, że trzymałam w niej coś żywego, co nie było artefaktem.
Poza tym kompletnie przemeblowałam kajutę, po tym jak część sprzetów uległa zepsuciu. Głównym powodem jest pewien paskudny sen, który miałam. Sen który skończył się tym, że obudziłam się parę kilometów od mojego łóżka. I kilka innych osób też. Nie pytaj. Podobno wyjaśnienia obejmuje jakąś mityczną podziemną istotę, którą ubiliśmy. Przy okazji budząć coś równie paskudnego, co na szczęście sobie odleciało. I nikt nie ma pojęcia co to właściwie jest, dlatego nie pytaj, bo nie mam pojęcia.
Kontynuując ciąg niepozytywnych wieści - Sygner odszedł z drużyny. I niech idzie w diabły. Idiota! Zawsze wiedziałam, że jest zdziecinniały, ale nie podejrzewałam go o aż taką nieodpowiedzialność. Całe zdarzenie zdenerwowało mnie bardziej niż powinno. Nie powinnam była podpalać stolika nonego. Szafka z książkami się przyprószyła.
Poza tym kelnerka w karczmie okazała się być szpiegiem. I dowiedzieliśmy się tego głównie dlatego, że jej grupa porwała naszego mechanika. Bo nie wiem czy wspominałam, ale wzbogaciliśmy się wreszcie o kompetentnego specjalistę od konserwacji i kreacji artefaktów. Wtedy był ostatni raz kiedy piłam z radości, tak, teraz pamiętam. Oczywiście przy moim szczęściu okazało się, że wyraźnie brakuje mu paru śrubek (i to takich których nie da się dokupić), ale nie jestem wybredna. Po prostu byłoby mi łatwiej nim kierować, gdyby był choć trochę poczytalny.
I chyba miałam napisać co takiego pozytywnego się stało. Otóż, otóż... ale przyrzeknij, że nie powiesz reszcie rodziny. Chcę zobaczyć ich miny, gdy wrócę i im pokażę! Otóż, kochany braciszku, wreszcie nauczyłam się taumaturgii. W zamian musiałam poświęcić tą daiklavę, którą dostałam na urodziny. Co prawda nie używałam jej już od jakiegoś czasu, ale trochę szkoda, że nie będziemy już mieli bliźniaczego zestawu mieczy. Zawsze fajnie wyglądało, jaka oboje wyciągaliśmy je jednocześnie, gdy ktoś nas zdenerwował.
Na szczęśnie mechanik wrócił i ma się dobrze, moja paranoja i nienawiść do tego miasta zresztą też. Dobrze, że jestem zbyt zajęta tym [zamazany fragment] wszystkim. Poza tym ostatnio pijam za dużo alkoholu. Uznałam, że wyjdzie taniej niż kolejna renowacja pokoju, ale na dłuższą metę psucie mebli jest chyba zdrowsze. Poza tym magię można studiować na podłodzę, ale z kacem już niekoniecznie.
Chyba spytam mistrza o jakieś ziółka uspokajająco-trzeźwiące. A potem wrócę do tej książki o strategii. Przypomina mi się jak bardzo nienawidziłam egzaminów w Akademii z wojskowości. Miejmy nadzieję, że tym razem praktyka pójdzie mi równie dobrze jeśli nie lepiej. Ale jakby coś nie wyszło i legion wziąłby mnie do niewoli to wyjaśnij rodzinie, że mam takie informacje, że jestem warta wykupienia. Widziałeś zresztą rewelacje jakie przesłałam ostatnim razem. Tego jest więcej, ale nie bardzo powinnam się chyba tym w tej chwili dzielić, gdyż dam sobie rękę uciąć, że te szpicle ten list też przeczytają. Więc wszyscy wścibscy czytelnicy, którzy nie jesteście moim bratem! Istnieje coś takiego jak Tajemnica Korespondencji! Niech wam się cycki i/lub fallus skurczy, stalkerzy!
I jakby już mnie wykupywali to postaraj się, żeby wymienili mnie za moje artefakty tylko w razie ostatecznej konieczności. Cenię sobie wolność, ale wolę, żeby coś innego zostało za nią poświęcone.
Mam nadzieję, że tobie jasyr nie grozi. Trzymaj się i niszcz skutecznie wrogów.
Twoja kochana, ale cokolwiek podchmielona siostra, Serena
Wybacz, że ostatnio do ciebie nie pisałam, ale mam dużo problemów na głowie, które zajmują większość mojego wolnego czasu. Zresztą znając ciebie, zapewne orientujesz się jak mniej więcej wygląda sytuacja na Północy. Za to zapewniam Cię, nie wiesz ile osób i istot pociąga tutaj za sznurki, kreując tę tragifarsę. I pomyśleć, że wyjechałam z Lookshy, by uciec od polityki...
Właściwie to dopiero co skończyłam świętować i teraz próbuję dojść do siebie, gdyż po raz pierwszy od dłuższego czasu zdarzyło się coś co warto było oblać. Nie mniej wolę zacząć od złych wieści. Po pierwsze gwarek, którego tak długo trzymałam zdechł z powodu stresu. Na przyszłość muszę pamiętać, że gdy chcę odreagować napięcie powinnam najpierw spojrzeć czy krzesło którym rzucam przypadkiem nie poleci w stronę mojego zwierzątka domowego. Ta szklana kula i stół prawdopodobnie też nie pomogły. W każdym razie gwarek zakończył żywot. Poprosiłam kogoś na mieście, by go wypchał. Wczoraj go odebrałam i teraz z powrotem siedzi na swojej żerdzi. Cóż, nigdy nie mówił dużo, więc podejrzewam, że nikt nie zauważy różnicy. Reszta drużyny jest równie zestresowana co ja, dlatego nie zawracałam im tym głowy. Zresztą moja kabina nigdy nie była szczególnie uczęszczana. Pewnie mało kto w ogóle pamięta, że trzymałam w niej coś żywego, co nie było artefaktem.
Poza tym kompletnie przemeblowałam kajutę, po tym jak część sprzetów uległa zepsuciu. Głównym powodem jest pewien paskudny sen, który miałam. Sen który skończył się tym, że obudziłam się parę kilometów od mojego łóżka. I kilka innych osób też. Nie pytaj. Podobno wyjaśnienia obejmuje jakąś mityczną podziemną istotę, którą ubiliśmy. Przy okazji budząć coś równie paskudnego, co na szczęście sobie odleciało. I nikt nie ma pojęcia co to właściwie jest, dlatego nie pytaj, bo nie mam pojęcia.
Kontynuując ciąg niepozytywnych wieści - Sygner odszedł z drużyny. I niech idzie w diabły. Idiota! Zawsze wiedziałam, że jest zdziecinniały, ale nie podejrzewałam go o aż taką nieodpowiedzialność. Całe zdarzenie zdenerwowało mnie bardziej niż powinno. Nie powinnam była podpalać stolika nonego. Szafka z książkami się przyprószyła.
Poza tym kelnerka w karczmie okazała się być szpiegiem. I dowiedzieliśmy się tego głównie dlatego, że jej grupa porwała naszego mechanika. Bo nie wiem czy wspominałam, ale wzbogaciliśmy się wreszcie o kompetentnego specjalistę od konserwacji i kreacji artefaktów. Wtedy był ostatni raz kiedy piłam z radości, tak, teraz pamiętam. Oczywiście przy moim szczęściu okazało się, że wyraźnie brakuje mu paru śrubek (i to takich których nie da się dokupić), ale nie jestem wybredna. Po prostu byłoby mi łatwiej nim kierować, gdyby był choć trochę poczytalny.
I chyba miałam napisać co takiego pozytywnego się stało. Otóż, otóż... ale przyrzeknij, że nie powiesz reszcie rodziny. Chcę zobaczyć ich miny, gdy wrócę i im pokażę! Otóż, kochany braciszku, wreszcie nauczyłam się taumaturgii. W zamian musiałam poświęcić tą daiklavę, którą dostałam na urodziny. Co prawda nie używałam jej już od jakiegoś czasu, ale trochę szkoda, że nie będziemy już mieli bliźniaczego zestawu mieczy. Zawsze fajnie wyglądało, jaka oboje wyciągaliśmy je jednocześnie, gdy ktoś nas zdenerwował.
Na szczęśnie mechanik wrócił i ma się dobrze, moja paranoja i nienawiść do tego miasta zresztą też. Dobrze, że jestem zbyt zajęta tym [zamazany fragment] wszystkim. Poza tym ostatnio pijam za dużo alkoholu. Uznałam, że wyjdzie taniej niż kolejna renowacja pokoju, ale na dłuższą metę psucie mebli jest chyba zdrowsze. Poza tym magię można studiować na podłodzę, ale z kacem już niekoniecznie.
Chyba spytam mistrza o jakieś ziółka uspokajająco-trzeźwiące. A potem wrócę do tej książki o strategii. Przypomina mi się jak bardzo nienawidziłam egzaminów w Akademii z wojskowości. Miejmy nadzieję, że tym razem praktyka pójdzie mi równie dobrze jeśli nie lepiej. Ale jakby coś nie wyszło i legion wziąłby mnie do niewoli to wyjaśnij rodzinie, że mam takie informacje, że jestem warta wykupienia. Widziałeś zresztą rewelacje jakie przesłałam ostatnim razem. Tego jest więcej, ale nie bardzo powinnam się chyba tym w tej chwili dzielić, gdyż dam sobie rękę uciąć, że te szpicle ten list też przeczytają. Więc wszyscy wścibscy czytelnicy, którzy nie jesteście moim bratem! Istnieje coś takiego jak Tajemnica Korespondencji! Niech wam się cycki i/lub fallus skurczy, stalkerzy!
I jakby już mnie wykupywali to postaraj się, żeby wymienili mnie za moje artefakty tylko w razie ostatecznej konieczności. Cenię sobie wolność, ale wolę, żeby coś innego zostało za nią poświęcone.
Mam nadzieję, że tobie jasyr nie grozi. Trzymaj się i niszcz skutecznie wrogów.
Twoja kochana, ale cokolwiek podchmielona siostra, Serena
środa, 6 kwietnia 2011
Eurythmy 3 "Zawsze dokładnie czytaj to, co zostało zapisane drobym druczkiem"
Dla wszystkich, którzy zastanawiają się ile to będzie mieć rozdziałów - nie wiem, ale w cholerę, skoro to już trzeci, a my wciąż jesteśmy w trakcie pierwszego dnia, a bohaterowie nie ruszyli się na krok z pokoju. W pierwszym sie przebierali, w drugim pili herbatę. Co nudnego można robić w trzecim rozdziale? Czytać instrukcje!
To była nieduża bransoletka złożona ze średniej wielkości ogniw z doczepionymi do nich na dodatkowych ogniwkach niewielkim mlecznymi kuleczkami. Jagoda nie mogła przepuścić okazji, by skomentować jak tandetnie wygląda talizman służący do transformacji i w jakich powszechnie kojarzonych z kiczem miejscach widziała podobne.
Mordka tylko posłusznie kiwał głową na te słowa wyraźnie niezrażony uwagami swojej nowej współpracownicy. Jagoda była mimo woli pod wrażeniem tego, jak szybko ta maskotka przystosowywała się do sytuacji. Dziewczyna była przekonana, że jej towarzysz choć trochę zaprotestuje przeciwko porównywaniu tej "nowoczesnej myśli techniczno-magicznej specjalnie przystosowanej do potrzeb wojowników i wojowniczek światła" do plastikowych bransoletek za złotówkę z automatu. Nawet jeśli nie wiedział o istnieniu takowych, kontekst bardzo klarownie sugerował, że nie jest to w żaden sposób pochwała. Mimo to, Mordka nie dał po sobie poznać jakiejkolwiek urazy i nawet zgodził się, że mogliby udoskonalić estetykę podstawowej formy tego produktu.
Jagoda zaczęła poważnie podejrzewać, że cokolwiek zostało do niej przysłane, posiadało znacznie więcej dystansu do rzeczywistości niż ktokolwiek przypuszczał.
Po tym jak dziewczyna skończyła komentować wygląd swojej nowej broni, Mordka rozpoczął wykład o naturze magii. Przebiegł on jednak w ekspresowym tempie, gdyż jego słuchaczka wykazała się znajomością znacznej części podstawowych zagadnie, które kwitowała krótkim: "Wiem." W związku z tym, maskotka szybciej niż zamierzała, przeszła do instrukcji obsługi amuletu.
- Na podstawowym poziomie każda osoba wybiera sobie jakąś inkantację, której używa by uruchomić go - zaczął wyjaśniać.
- Czy niezbędne jest ustawienie tej inkantacji? - przerwała mu Jagoda.
- No... w sumie nie, ale jest to sugerowana akcja - przyznał.
- Na ile mi wiadomo większość magicznych urządzeń ma to do siebie, że do uruchomienia wystarczy zasilenie ich mocą. Natomiast taka durna inkantacja to tylko niepotrzebna strata cennych sekund. Podczas walki to może przesądzić o życiu - zauważyła krytycznie dziewczyna.
Mordka popatrzył na amulet na jej ręku, po czym przywołał gruby zestaw kartek, które zawisły przed nim. Machnął łapką, tak, by rozstawił się dookoła niego. Szybko znalazł poszukiwaną stronę, przestudiował ją błyskawicznie i kiwając łebkiem przyznał rację.
- Rzeczywiście jest to zbędny element. Rozumiem, że z robienia jakiegoś układu podczas uruchamiania talizmanu też chcesz zrezygnować? To z kolei jest zalecane w ramach podnoszenia pewności siebie walczącego - Mordka spojrzał na lewitującą przed nim kartkę. - Studia psychologiczne sugerują, że robienie jakiejś niezbyt poważnej pozy i wykrzykiwanie haseł pomaga osobie zmniejszyć presję i strach przed walką...
- Tak, to też sobie daruję - zdecydowała Jagoda.
- Hmmm... w takim razie nie mam chyba wiele do powiedzenia. Po zaaplikownaiu mocy do talizmanu powinien on automatycznie dostosować się do potrzeb używającego. Wiesz, indywidualizacja i te sprawy. Im dłużej bedziesz go używać, tym bardziej przystosowany do ciebie będzie.
Jagoda spojrzała na bransoletę na swojej dłoni.
- A co będzie jak go zgubię? - spytała Jagoda. - Na przykład w trakcie walki. Albo zwyczajnie zostawią po kąpieli w łazience?
- To niemożliwe - odparł spokojnie Mrodka. - Tego talizmanu nie można zgubić.
- Słucham? - dziewczyna wyraźnie nie wiedziała co ma przez to rozumieć.
- Nie można go zdjąć bez zaaplikowania do niego magicznej mocy, a natychmiast po tym jak właściciel przerywa jej dopływ talizman wraca do swojej podstawowej formy na rękę własciciela. Więź między amuletem a osobą jest nie do przerwania - wyjaśnił. - Można go zgubić tylko specjalnie.
Jagoda gwałtownie potrząsnęła głową, uświadamiając coś sobie.
- Chwila. To oznacza, że do końca życia będę musiała to coś nosić? - spytała z przerażeniem patrząc na rekę.
Maskotka spokojnie potwierdziła.
- Tak, one są przydzielone do osoby, więc nawet jeśli z jakiś powodów byłabyś zmuszona do przerwania swojej pracy jako wojowniczka w służbie Dobra, jedyną różnicą byłoby to, że przestałabyś korzystać z magicznych właściwości tego urządzenia. Jedynym sposobem na pozbycie sie tego amuletu jest zniszczenie go lub uruchomienie zabezpieczeń.
- Zabezpieczeń? - spytała zdziwiona Jagoda. - Nie do wiary. Ktoś pomyślał o jakiś zabezpieczeniach?!
- Tak, przeciwko zaawansowanym opętaniom. Co prawda z tego co wiem, przytrafiają się one bardzo rzadko. Osobiście nie słyszałem o tym, by ktokolwiek je aktywował, ale zabezpieczenia są na wszelki wypadek. Chyba bardziej w formie prewencji.
Dziewczyna kiwnęła glową. W końcu strach przed ewentualnym użyciem drastycznych środków jest zwykle najskuteczniejszą metodą perswazji.
- Ma sens.
Mordka jeszcze przez chwilę przeglądał instrukcje w poszukiwaniu czegoś przydatnego, ale najwyraźniej nic nie znalazł, gdyż minutę później kartki ponownie zniknęły w przywołanym przez niego kręgu. Jagoda stwierdziła, że warto o to spytać.
- Cała twoja magia opiera się na znakach? - zagadnęła zaciekawiona.
Stworek przytakną.
- Tak, to najstabilniejsza dostępna forma magii. Kręgi są wpisane we mnie, dlatego nie przestaną działać póki mam dość mocy, by je utrzymać i żyję. Przy czym moim zadaniem jest głównie wspieranie walczącego, w tym przypadku ciebie. Sam nie posiadam żadnych zaklęć ofensywnych, a jak zapewne zauważyłaś, moje ciało nie było tworzone z myślą o walce wręcz. Dysponują natomiast pewną liczbą barier, a także dużym przekrojem pomocniczej magii. Gdy dojdzie do starcia będę cię aktywnie wspierał z tylnych linii.
Jagoda prychnęła lekko.
- A brudna robota jak zwykle spada na mnie - mruknęła markotnie. - I nie, nie potrzebuję współczucia - uściśliła natychmiast widząc, że Mordka ma zamiar ją przepraszać. - Obiecałam to zrobię. Twoja głową w tym, żeby wynagrodzenie było na czas.
Maskotka kiwnęła głową. Zdążyła już zapomnieć, że jego towarzyszka nie pracowała w czynie społecznym.
- To skoro już wyjaśniliśmy instrukcję to możemy wziąć się za pracę? - spytał z nadzieją.
- A co? Ktoś już atakuje miasto? Teraz zaraz, jak tylko zostałam wypromowana na stanowisko? - Jagoda nie mogła nie zauważyć, że sytuacja brzmi cokolwiek podejrzanie.
Mordka zaprzeczył.
- Ależ skąd. Ta konkretna istota i jej koledzy przebywają w mieście od co najmniej dwóch tygodni. Dlatego zostałem tutaj wysłany. Przecież nie byłoby sensu wyznaczać kogokolwiek na obrońcę dobra, gdyby w jego sąsiedztwie nie istniało realne zagrożenie - wyjaśnił nieco zdziwiony faktem, że jego towarzyszka nie zauważyła tak prostej zależności. Po czym dodał ciszej. - Ekonomiczne zarządzanie środkami i te sprawy.
Jagoda przez chwilę kontemplowała sytuację.
- Przynajmniej mogę się cieszyć, że nikt nie marnuje mojego cennego czasu na fałszywe alarmy, a moja kolekcja komiksów ma szansę zdecydowanie się powiększyć - oznajmiła ponurym głosem, odgrywając swoistą parodię optymistycznego spojrzenia na sprawę.
- Jeśli ci to przeszkadza możemy poczekać z tym do jutra - odparł natychmiast Mordka. - Nasi przeciwnicy mają raczej na celu zajęcie tego terenu, a nie jego destrukcję. Do tej pory zachowują się spokojnie, nie mniej wysyłają sygnały świadczące o tym, że gotowi są z nami walczyć.
- To brzmi jak nadzwyczaj cywilizowana wojna....
Mordka zarumienił się lekko niepewny jak wyjaśnić tę dość delikatną kwestię.
- Można powiedzieć, że po paru milionach lat ustalono reguły zasad dzięki którym walka o wpływy nad uniwersum może toczyć się bez niebezpieczeństwa zniszczenia go po drodze. Nawet nasi przeciwnicy nie chcą władać ruinami cywilizacji - wyjaśnił ostrożnie. Obawiał się, że Jagoda za moment powtórzy jedno z pytań, które zadała już wcześniej: "Czemu walczycie?". W kontekście tego co teraz powiedział jego poprzednia odpowiedź wyglądała jak próba ominięcia meritum problemu.
Ku jego uldze dziewczyna pokierowała konwersację w innym kierunku.
- Czyli walcząc nie muszę się martwić o to, że rozniosę okolicę na kawałki? - spytała wyraźnie zainteresowana.
- Nie musisz - potwierdził Mordka. - Na czas walk tworzymy coś w rodzaju alternatywnej przestrzeni, nazywamy ją Alter. Można powiedzieć, że kopiujemy kawałek świata i przenosimy do niego wszystko z magiczną sygnaturą. Dzięki temu nie trzeba się potem martwić tuszowaniem starć i fabrykować wyjaśnienia, gdy przypadkiem zniszczy się jakiś budynek. No i najważniejsze - gwarantuje to bezpieczeństwo osób postronnych, a przynajmniej tych niemagicznych - wyjaśnił z dumą, choć ostatnią część zdania powiedział jakby nieco ciszej.
- Czyli przypadkowy magiczny przechodzień może mieć pecha - skonstantowała dziewczyna.
Mordka złączył łapki przepraszająco.
- No, to jest najlepsze co udało się wymyślić. I zwykle jeśli ktoś się zaplącze w trakcie walki to staramy sie go od razu zwerbować...
- ...żeby już oficjalnie pchał się w niebezpieczeństwo - wpadła mu w słowo Jagoda.
- Ale to się naprawdę nie zdarza - następne słowo mimowolnie zaakcentował - zbyt często.
Nastała cisza, którą dość szybko przerwał Mordka. Wyglądało na to, że cała sprawa mu ciąży.
- Były też precedensy z osobami niemagicznymi, które wchodziły w pole, gdyż posiadały magiczny przedmiot. Ale to jak na razie jedyny w miarę skuteczny sposób na chronienie ludzi i mienia. Większość z nas z niego korzysta, ale nie wszyscy. Jednym z moich zadań jest pilnowanie, by odciąć w ten sposób wszelkie magiczne zagrożenia od świata.
- Rozumiem - przytaknęła Jagoda. - Głupcy i szaleńcy zawsze się znajdę, dlatego pilnujecie by nikt przez nich nie ucierpiał. Nie musisz tego tak mocno tłumaczyć.
Mordka otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Nie do końca świadomie zawisł w powietrzu. Wyraźnie zastanawiał się jak zareagować.
- ...ja tylko nie chcę nieporozumień - wymamrotał w końcu.
Dziewczyna też wstała i westchnęła. Bez słowa poszła w stronę wejścia do pokoju i zaczęła coś robić. Maskotka nie odwróciła się w jej stronę. W głowie istoty wciąż kłębiły się niewiadome. Zdawał sobie sprawę, że wyjaśnianie kłopotliwych kwestii nie szło mu dobrze. Plątał się w zeznaniach i momentami sobie zaprzeczał, ale jak miał odpowiadać na pytania, skoro sam nie znał większości odpowiedzi?
Po paru minutach Jagoda znów pojawiła się przed Mordką, wyrywając go z zamyślenia. Dziewczyna była ubrana do wyjścia. Na nogach miała adidasy, a na ubranie narzuciła czarną kurtkę z kapturem. Jej ciemne włosy były związane w kitkę, choć kilka dłuższych kosmyków wyraźnie wymknęło się gumce i teraz dumnie okalały jej twarz, gotowe wpaść do oczu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Na nieco zdziwione spojrzenie stworka odpowiedziała uśmiechem. Był to pierwszy naprawdę ciepły uśmiech, jakim go obdarzyła. Wcześniej zawsze zdawała się tkwić w nim jakaś sugestia żartu i niepowagi, jakby rozmówca padł właśnie ofiarą dowcipu, z którego jeszcze nie zdał sobie sprawy. Delikatny uśmiech znikł jednak równie szybko jak się pojawił, a na jego miejsce wróciła szelmowska mina.
- Za bardzo się przejmujesz. Jeśli pojawią się nieporozumienia to je wyjaśnimy. Proste - oznajmiła głośno, tonem osoby całkiem nie przejmującej się jakimikolwiek konsekwencjami. - A teraz powiedz, gdzie czeka ten nieszczęśnik, któremu mam skopać tyłek. No przecież powiedziałeś, że jest taki - kontynuowała, widząc wyraz absolutnego zdziwienia na twarzy Mordki. - A ja nie lubię odkładać upierdliwych spraw na później. W dodatku jutro zaczyna się szkoła, a będzie to głupio wyglądać, jak będę mieć opóźnienie w walce o losy wszechświata z powodu niespodziewanej pracy domowej - mówiąc to puściła oko. Twarz stworka rozpogodziła się. Absurdalność zachowania Jagody sprawiła, że wszystkie niewiadome stały się nagle mało istotne.
- To idziemy na ten spacer? - spytała dziewczyna widząc, że jej towarzysz wciąż wisi w jednym miejscu.
- To nie jest spacer - odparł z godnością Mordka, podlatując wreszcie do niej.
- To co to w takim razie jest?
- Wyprawa - oznajmił wesoło stworek, również puszczając oko. - Przyleciałam prosto tutaj, w związku z czym nie miałem jeszcze okazji przyjrzeć się bliżej temu miastu.
Śmiejąc się, oboje wyruszyli na swoją pierwszą wspólną misję.
To była nieduża bransoletka złożona ze średniej wielkości ogniw z doczepionymi do nich na dodatkowych ogniwkach niewielkim mlecznymi kuleczkami. Jagoda nie mogła przepuścić okazji, by skomentować jak tandetnie wygląda talizman służący do transformacji i w jakich powszechnie kojarzonych z kiczem miejscach widziała podobne.
Mordka tylko posłusznie kiwał głową na te słowa wyraźnie niezrażony uwagami swojej nowej współpracownicy. Jagoda była mimo woli pod wrażeniem tego, jak szybko ta maskotka przystosowywała się do sytuacji. Dziewczyna była przekonana, że jej towarzysz choć trochę zaprotestuje przeciwko porównywaniu tej "nowoczesnej myśli techniczno-magicznej specjalnie przystosowanej do potrzeb wojowników i wojowniczek światła" do plastikowych bransoletek za złotówkę z automatu. Nawet jeśli nie wiedział o istnieniu takowych, kontekst bardzo klarownie sugerował, że nie jest to w żaden sposób pochwała. Mimo to, Mordka nie dał po sobie poznać jakiejkolwiek urazy i nawet zgodził się, że mogliby udoskonalić estetykę podstawowej formy tego produktu.
Jagoda zaczęła poważnie podejrzewać, że cokolwiek zostało do niej przysłane, posiadało znacznie więcej dystansu do rzeczywistości niż ktokolwiek przypuszczał.
Po tym jak dziewczyna skończyła komentować wygląd swojej nowej broni, Mordka rozpoczął wykład o naturze magii. Przebiegł on jednak w ekspresowym tempie, gdyż jego słuchaczka wykazała się znajomością znacznej części podstawowych zagadnie, które kwitowała krótkim: "Wiem." W związku z tym, maskotka szybciej niż zamierzała, przeszła do instrukcji obsługi amuletu.
- Na podstawowym poziomie każda osoba wybiera sobie jakąś inkantację, której używa by uruchomić go - zaczął wyjaśniać.
- Czy niezbędne jest ustawienie tej inkantacji? - przerwała mu Jagoda.
- No... w sumie nie, ale jest to sugerowana akcja - przyznał.
- Na ile mi wiadomo większość magicznych urządzeń ma to do siebie, że do uruchomienia wystarczy zasilenie ich mocą. Natomiast taka durna inkantacja to tylko niepotrzebna strata cennych sekund. Podczas walki to może przesądzić o życiu - zauważyła krytycznie dziewczyna.
Mordka popatrzył na amulet na jej ręku, po czym przywołał gruby zestaw kartek, które zawisły przed nim. Machnął łapką, tak, by rozstawił się dookoła niego. Szybko znalazł poszukiwaną stronę, przestudiował ją błyskawicznie i kiwając łebkiem przyznał rację.
- Rzeczywiście jest to zbędny element. Rozumiem, że z robienia jakiegoś układu podczas uruchamiania talizmanu też chcesz zrezygnować? To z kolei jest zalecane w ramach podnoszenia pewności siebie walczącego - Mordka spojrzał na lewitującą przed nim kartkę. - Studia psychologiczne sugerują, że robienie jakiejś niezbyt poważnej pozy i wykrzykiwanie haseł pomaga osobie zmniejszyć presję i strach przed walką...
- Tak, to też sobie daruję - zdecydowała Jagoda.
- Hmmm... w takim razie nie mam chyba wiele do powiedzenia. Po zaaplikownaiu mocy do talizmanu powinien on automatycznie dostosować się do potrzeb używającego. Wiesz, indywidualizacja i te sprawy. Im dłużej bedziesz go używać, tym bardziej przystosowany do ciebie będzie.
Jagoda spojrzała na bransoletę na swojej dłoni.
- A co będzie jak go zgubię? - spytała Jagoda. - Na przykład w trakcie walki. Albo zwyczajnie zostawią po kąpieli w łazience?
- To niemożliwe - odparł spokojnie Mrodka. - Tego talizmanu nie można zgubić.
- Słucham? - dziewczyna wyraźnie nie wiedziała co ma przez to rozumieć.
- Nie można go zdjąć bez zaaplikowania do niego magicznej mocy, a natychmiast po tym jak właściciel przerywa jej dopływ talizman wraca do swojej podstawowej formy na rękę własciciela. Więź między amuletem a osobą jest nie do przerwania - wyjaśnił. - Można go zgubić tylko specjalnie.
Jagoda gwałtownie potrząsnęła głową, uświadamiając coś sobie.
- Chwila. To oznacza, że do końca życia będę musiała to coś nosić? - spytała z przerażeniem patrząc na rekę.
Maskotka spokojnie potwierdziła.
- Tak, one są przydzielone do osoby, więc nawet jeśli z jakiś powodów byłabyś zmuszona do przerwania swojej pracy jako wojowniczka w służbie Dobra, jedyną różnicą byłoby to, że przestałabyś korzystać z magicznych właściwości tego urządzenia. Jedynym sposobem na pozbycie sie tego amuletu jest zniszczenie go lub uruchomienie zabezpieczeń.
- Zabezpieczeń? - spytała zdziwiona Jagoda. - Nie do wiary. Ktoś pomyślał o jakiś zabezpieczeniach?!
- Tak, przeciwko zaawansowanym opętaniom. Co prawda z tego co wiem, przytrafiają się one bardzo rzadko. Osobiście nie słyszałem o tym, by ktokolwiek je aktywował, ale zabezpieczenia są na wszelki wypadek. Chyba bardziej w formie prewencji.
Dziewczyna kiwnęła glową. W końcu strach przed ewentualnym użyciem drastycznych środków jest zwykle najskuteczniejszą metodą perswazji.
- Ma sens.
Mordka jeszcze przez chwilę przeglądał instrukcje w poszukiwaniu czegoś przydatnego, ale najwyraźniej nic nie znalazł, gdyż minutę później kartki ponownie zniknęły w przywołanym przez niego kręgu. Jagoda stwierdziła, że warto o to spytać.
- Cała twoja magia opiera się na znakach? - zagadnęła zaciekawiona.
Stworek przytakną.
- Tak, to najstabilniejsza dostępna forma magii. Kręgi są wpisane we mnie, dlatego nie przestaną działać póki mam dość mocy, by je utrzymać i żyję. Przy czym moim zadaniem jest głównie wspieranie walczącego, w tym przypadku ciebie. Sam nie posiadam żadnych zaklęć ofensywnych, a jak zapewne zauważyłaś, moje ciało nie było tworzone z myślą o walce wręcz. Dysponują natomiast pewną liczbą barier, a także dużym przekrojem pomocniczej magii. Gdy dojdzie do starcia będę cię aktywnie wspierał z tylnych linii.
Jagoda prychnęła lekko.
- A brudna robota jak zwykle spada na mnie - mruknęła markotnie. - I nie, nie potrzebuję współczucia - uściśliła natychmiast widząc, że Mordka ma zamiar ją przepraszać. - Obiecałam to zrobię. Twoja głową w tym, żeby wynagrodzenie było na czas.
Maskotka kiwnęła głową. Zdążyła już zapomnieć, że jego towarzyszka nie pracowała w czynie społecznym.
- To skoro już wyjaśniliśmy instrukcję to możemy wziąć się za pracę? - spytał z nadzieją.
- A co? Ktoś już atakuje miasto? Teraz zaraz, jak tylko zostałam wypromowana na stanowisko? - Jagoda nie mogła nie zauważyć, że sytuacja brzmi cokolwiek podejrzanie.
Mordka zaprzeczył.
- Ależ skąd. Ta konkretna istota i jej koledzy przebywają w mieście od co najmniej dwóch tygodni. Dlatego zostałem tutaj wysłany. Przecież nie byłoby sensu wyznaczać kogokolwiek na obrońcę dobra, gdyby w jego sąsiedztwie nie istniało realne zagrożenie - wyjaśnił nieco zdziwiony faktem, że jego towarzyszka nie zauważyła tak prostej zależności. Po czym dodał ciszej. - Ekonomiczne zarządzanie środkami i te sprawy.
Jagoda przez chwilę kontemplowała sytuację.
- Przynajmniej mogę się cieszyć, że nikt nie marnuje mojego cennego czasu na fałszywe alarmy, a moja kolekcja komiksów ma szansę zdecydowanie się powiększyć - oznajmiła ponurym głosem, odgrywając swoistą parodię optymistycznego spojrzenia na sprawę.
- Jeśli ci to przeszkadza możemy poczekać z tym do jutra - odparł natychmiast Mordka. - Nasi przeciwnicy mają raczej na celu zajęcie tego terenu, a nie jego destrukcję. Do tej pory zachowują się spokojnie, nie mniej wysyłają sygnały świadczące o tym, że gotowi są z nami walczyć.
- To brzmi jak nadzwyczaj cywilizowana wojna....
Mordka zarumienił się lekko niepewny jak wyjaśnić tę dość delikatną kwestię.
- Można powiedzieć, że po paru milionach lat ustalono reguły zasad dzięki którym walka o wpływy nad uniwersum może toczyć się bez niebezpieczeństwa zniszczenia go po drodze. Nawet nasi przeciwnicy nie chcą władać ruinami cywilizacji - wyjaśnił ostrożnie. Obawiał się, że Jagoda za moment powtórzy jedno z pytań, które zadała już wcześniej: "Czemu walczycie?". W kontekście tego co teraz powiedział jego poprzednia odpowiedź wyglądała jak próba ominięcia meritum problemu.
Ku jego uldze dziewczyna pokierowała konwersację w innym kierunku.
- Czyli walcząc nie muszę się martwić o to, że rozniosę okolicę na kawałki? - spytała wyraźnie zainteresowana.
- Nie musisz - potwierdził Mordka. - Na czas walk tworzymy coś w rodzaju alternatywnej przestrzeni, nazywamy ją Alter. Można powiedzieć, że kopiujemy kawałek świata i przenosimy do niego wszystko z magiczną sygnaturą. Dzięki temu nie trzeba się potem martwić tuszowaniem starć i fabrykować wyjaśnienia, gdy przypadkiem zniszczy się jakiś budynek. No i najważniejsze - gwarantuje to bezpieczeństwo osób postronnych, a przynajmniej tych niemagicznych - wyjaśnił z dumą, choć ostatnią część zdania powiedział jakby nieco ciszej.
- Czyli przypadkowy magiczny przechodzień może mieć pecha - skonstantowała dziewczyna.
Mordka złączył łapki przepraszająco.
- No, to jest najlepsze co udało się wymyślić. I zwykle jeśli ktoś się zaplącze w trakcie walki to staramy sie go od razu zwerbować...
- ...żeby już oficjalnie pchał się w niebezpieczeństwo - wpadła mu w słowo Jagoda.
- Ale to się naprawdę nie zdarza - następne słowo mimowolnie zaakcentował - zbyt często.
Nastała cisza, którą dość szybko przerwał Mordka. Wyglądało na to, że cała sprawa mu ciąży.
- Były też precedensy z osobami niemagicznymi, które wchodziły w pole, gdyż posiadały magiczny przedmiot. Ale to jak na razie jedyny w miarę skuteczny sposób na chronienie ludzi i mienia. Większość z nas z niego korzysta, ale nie wszyscy. Jednym z moich zadań jest pilnowanie, by odciąć w ten sposób wszelkie magiczne zagrożenia od świata.
- Rozumiem - przytaknęła Jagoda. - Głupcy i szaleńcy zawsze się znajdę, dlatego pilnujecie by nikt przez nich nie ucierpiał. Nie musisz tego tak mocno tłumaczyć.
Mordka otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Nie do końca świadomie zawisł w powietrzu. Wyraźnie zastanawiał się jak zareagować.
- ...ja tylko nie chcę nieporozumień - wymamrotał w końcu.
Dziewczyna też wstała i westchnęła. Bez słowa poszła w stronę wejścia do pokoju i zaczęła coś robić. Maskotka nie odwróciła się w jej stronę. W głowie istoty wciąż kłębiły się niewiadome. Zdawał sobie sprawę, że wyjaśnianie kłopotliwych kwestii nie szło mu dobrze. Plątał się w zeznaniach i momentami sobie zaprzeczał, ale jak miał odpowiadać na pytania, skoro sam nie znał większości odpowiedzi?
Po paru minutach Jagoda znów pojawiła się przed Mordką, wyrywając go z zamyślenia. Dziewczyna była ubrana do wyjścia. Na nogach miała adidasy, a na ubranie narzuciła czarną kurtkę z kapturem. Jej ciemne włosy były związane w kitkę, choć kilka dłuższych kosmyków wyraźnie wymknęło się gumce i teraz dumnie okalały jej twarz, gotowe wpaść do oczu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Na nieco zdziwione spojrzenie stworka odpowiedziała uśmiechem. Był to pierwszy naprawdę ciepły uśmiech, jakim go obdarzyła. Wcześniej zawsze zdawała się tkwić w nim jakaś sugestia żartu i niepowagi, jakby rozmówca padł właśnie ofiarą dowcipu, z którego jeszcze nie zdał sobie sprawy. Delikatny uśmiech znikł jednak równie szybko jak się pojawił, a na jego miejsce wróciła szelmowska mina.
- Za bardzo się przejmujesz. Jeśli pojawią się nieporozumienia to je wyjaśnimy. Proste - oznajmiła głośno, tonem osoby całkiem nie przejmującej się jakimikolwiek konsekwencjami. - A teraz powiedz, gdzie czeka ten nieszczęśnik, któremu mam skopać tyłek. No przecież powiedziałeś, że jest taki - kontynuowała, widząc wyraz absolutnego zdziwienia na twarzy Mordki. - A ja nie lubię odkładać upierdliwych spraw na później. W dodatku jutro zaczyna się szkoła, a będzie to głupio wyglądać, jak będę mieć opóźnienie w walce o losy wszechświata z powodu niespodziewanej pracy domowej - mówiąc to puściła oko. Twarz stworka rozpogodziła się. Absurdalność zachowania Jagody sprawiła, że wszystkie niewiadome stały się nagle mało istotne.
- To idziemy na ten spacer? - spytała dziewczyna widząc, że jej towarzysz wciąż wisi w jednym miejscu.
- To nie jest spacer - odparł z godnością Mordka, podlatując wreszcie do niej.
- To co to w takim razie jest?
- Wyprawa - oznajmił wesoło stworek, również puszczając oko. - Przyleciałam prosto tutaj, w związku z czym nie miałem jeszcze okazji przyjrzeć się bliżej temu miastu.
Śmiejąc się, oboje wyruszyli na swoją pierwszą wspólną misję.
środa, 30 marca 2011
Postać do Sciona
Name: Pandora Kasandra Dzierżankiewicz
Calling: Knowledge Seeker
Nature: Learner
Pantheon: Dodekatheon
God: Hermes
Strength: 1
Dexterity: 5
Stamina: 2
Charisma: 3
Manipulation: 4
Appearance: 2
Perception: 3
Intelligence: 3
Wits: 5
Academics: 3
Animal Ken:
Art (Drawing): 1
*Athletics: 4
*Awareness: 3
Brawl: 1
Command:
Control:
Craft:
Empathy: 3
Fortitude: 1
Integrity: 3
Investigation:
*Larceny: 1
Marksmanship:
Medicine: 3
Melee: 3
*Occult: 3
Politics:
Presence: 3
Science:
*Stealth: 2
*Survival:
Thrown:
Epic Dexterity: 1
- Light Sprinter
Epic Stamina: 1
- Holy Fortitude
Epic Manipulation: 1
- Takes one to know one
Epic Intelligence: 2
- Fast Lerner
- Perfect Memory
Epic Wits: 2
- Psychic Profiler
- Eternal Vigilance
Prescient Dreamer (Merit, Exalted 1 Edition)
Boons:
Sky's Grace
Night Eye's
Assess Health
Penetrating Glare
Birthrights:
Kaduceusz (3) - a tak naprawdę jego kopia zrobiona na zamówienie przez Hefajstosa. Około metrowej długości kij zakończony skrzydłami z pieknym rzeźbieniem w kształcie dwóch węży na całej długości. Posiada on zdolność powstrzymywania sporów podobnie jak oryginał, jedna moc tego egzemplarza jest bardziej ograniczona. Ten kaduceusz nie neguje całkowicie złych uczuć, a jedynie powstrzymuje przed gwałtownymi reakcjami takimi jak kłótnia lub użycie przemocy. Osoba, na którą działa moc tego birthrighta zachowuje wszystkie swoje negatywne uczucia, ale jednocześnie odczuwa silną niechęć do podjęcia drastyczniejszych działań. Wroga osoba wydaje się być niewarta jej uwagi, a koncept zabicia kogoś jest dziwną, odległą ideą. Jednakże aby moc kaduceusza zadziałała jak należy musi on dotknąć danej osoby, a by efekt ten utrzymał się przez dłużej niż parę minut musi on koniecznie dotknąć głowy danej osoby. Zapewnia to, że pacyfistyczny efekt laski będzie działał przez co najmniej godzinę. Dotknięcie innej części ciała gwarantuje słabsze oddziaływania przez losową ilość czasu.
Aby efekt zadziałał należy wydać 1 lunkt Legend i rzucić Willpower + Legend przeciwko Fortitude + Legend przeciwnika.
Dodatkowym ograniczeniem jest fakt, że kaduceusz wpływa również na właściciela. Efekt ten bardziej przypomina działanie oryginału - władająca nim osoba traci powoli zdolność do odczuwanie nienawiści lub chęci użycia przemocy względem bliźniego. Własnoręczne zabicie kogoś jest niewykonalne, a myśl o zranieniu kogoś wydaje się być bardzo głupia. Jedynie bardzo poważna sytuacja, jak bezpośrednie zagrożenia życia naszego lub bliskiej nam osoby, gdzie kieruje nami chęć obrony, a nie nienawiść pozwalają na zranienie lub zabicie kogoś, gdy wciąż jest się pod działaniem kaduceusza.
Hermes specjalnie wybrał ten przedmiot na birthright dla swojej córki, by jednocześnie zapewnić jej bezpieczeństwo i utemperować jej charakter. Daje dostęp do Pureview: Psychopomp i Sun.
Grecki naszyjnik (4) - złożony z czterech kamyków. Prezent na 18 urodziny. Hermes wyprosił krewnych o pomoc w stworzeniu tego prezentu. Dzięki temu naszyjnik daje dostęp do Pureview: Magic, Darkness, Sky i Health.
Willpower: 8
Legend: 4
Legend points: 16
Virtues:
Expression 2
Intellect 4
Valor 1
Vengeance 2
Nature - Learner
World is wast and full of knowledge, without which we can't perceive the said world. So if we want to fully understand it we need to acquire all of it's information. Although the final ambition seem to be great and almost out of reach, steps to achieve it can't be called outstanding. Character with this nature will simply devote much of her time for studing and self-improvement. She doesn't necessarily have to be a bookworm, practical skills apply here as well. After all, there's no such thing as useless knowledge.
Trait effect: Lerners recover one point of temporary willpower if they acquire some new skill or important piece of information. Of course it has to be either skill which required time to master or has some complex elements. Circumstances in which she obtains the information aren't important. However, it must be a big portion of knowledge or one that has impact on character's way of viewing world.
Character history:
Jej matka, Justyna Dzierżankiewicz, była roztrzepaną, acz urokliwą i na swój sposób nawet inteligentną kobietą, która miała romans z greckim bogiem. Jak sama stwierdziła: "zdarza się". Jego efektem była urodzona osiem miesięcy później Pandora Kasandra Dzierżankiewicz. Jej imię zostało wybrane za zasadzie otwarcia "Mitologii" na losowej stronie i znalezienia pierwszego żeńskiego imienia, jakie wpadło Justynie w oko. Fakt, że nie doczytała ona o czym tak naprawdę mówi mit o Pandorze nie stanowił niczego niezwykłego. Drugie imię, Kasandra, skojarzyła z jakiejś lekcji polskiego, gdzie mówiono o Iliadzie.
Pandora od małego była aktywnym dzieckiem z rodzaju tych, które wlezą wszędzie jeśli choć na chwilę spuści się je z oczu. Od małego była zafascynowana otaczającym ją światem i zadawała zdecydowanie za dużo dogłębnych pytań nawet jak na ten wiek. Choć Justyna nie zostałaby przez nikogo uznana za zbyt odpowiedzialną osobą niemniej była dobrą, kochającą matką. Wraz z Hermesem, który od czasu do czasu wpadał w odwiedziny, by zobaczyć jak dorasta jego córka tworzyli małą rodzinę.
Niestety, gdy była w szóstej klasie podstawówki jej matka gwałtownie zachorowała i zmarła parę miesięcy później pomimo starań lekarzy. Pandora została oddana w opiekę swojej babci, jednak miała wyraźne problemy z pogodzeniem się ze śmiercią swojej rodzicielki. Stała się emocjonalna i narwana, często wdawała się w bójki. Sytuację poprawił Hermes, który podczas kolejnych odwiedzin stwierdził, że należy ustabilizować zachowanie córki. w związku z tym odbył z nią rozmowę podczas której uświadomił jej kim jest naprawdę i przekazał jej przygotowany wcześniej kaduceusz. Dziewczyna nie zdawała sobie wtedy sprawy, że został on tak spreparowany, by mieć na nią uspokajający wpływ. Cel został osiągnięty i Pandora szybko złagodniała i zamiast poświęcać czas na w jej mniemaniu coraz bardziej bezcelowe bójki, zaczęła się dogłębniej kształcić wykorzystując swoje zdolności intelektualne.
Po zakończeniu nauki w liceum zrezygnowała ze studiów, zamiast tego poświęcając się samokształceniu i prowadzeniu własnej firmy, którą dla żartu nazwała "Box", a która zajmuje się załatwianiem różnych dziwnych lub upierdliwych spraw. Pandora szybko osiągnęła sukces zdobywając stałych klientów i stały dochód. W przeciągu trzech lat zarobiła dość pieniędzy, by pozwolić sobie na wykupienie dwupiętrowego budynku, którego parter przerobiła na kawiarnię "Scion". Kawiarnia przynosi raczej nieduży dochód i służy raczej Pandorze jako miejsce spotkań z interesującymi ludźmi i nie tylko ludźmi. Pierwsze piętro budynku to z kolei jej wideoteka. Dziewczyna jest na swój sposób zafascynowana kinem co przejawia się tym, że zbiera wszystkie filmy jakich nie ma. Problem w tym, że Pandora cierpi na chroniczny brak czasu w związku z czym nigdy ich nie ogląda. Żeby nie leżały bezużytecznie wpożycza je stałym bywalcom kawiarni. Drugie piętro to właściwe mieszkanie córki Hermesa.
Obecnie dni Pandory upływają w miarę spokojnie, jej czas zajmuje ciągła praca i samokształcenie, jednak gdzieś pomiędzy tym znajduje ona dość czasu, by zbierać informacje o lokalnym (i nie tylko) życiu ziemsko-zaświatowym. Mimo to zdaje się ona nie posiadać żadnej ambicji do osiągnięcia czegoś więcej niż jej obecny ustabilizowany żywot, choć możliwe, że czeka ona tylko na odpowiednią okazję. Jest głęboko pragmatyczna i uważa, że przemoc to niewłaściwy sposób rozwiązywania konfliktów.
Bonus points: Legend +1 (7), Willpower +2 (4), Birtright (3) i Fav. Ability +1 (1)
Exp spend: Epic Intelligence 2 (4), Stamina 2 (4), Medicine 3 (4), Prescient Dreamer (9) = dług 21 expa
Calling: Knowledge Seeker
Nature: Learner
Pantheon: Dodekatheon
God: Hermes
Strength: 1
Dexterity: 5
Stamina: 2
Charisma: 3
Manipulation: 4
Appearance: 2
Perception: 3
Intelligence: 3
Wits: 5
Academics: 3
Animal Ken:
Art (Drawing): 1
*Athletics: 4
*Awareness: 3
Brawl: 1
Command:
Control:
Craft:
Empathy: 3
Fortitude: 1
Integrity: 3
Investigation:
*Larceny: 1
Marksmanship:
Medicine: 3
Melee: 3
*Occult: 3
Politics:
Presence: 3
Science:
*Stealth: 2
*Survival:
Thrown:
Epic Dexterity: 1
- Light Sprinter
Epic Stamina: 1
- Holy Fortitude
Epic Manipulation: 1
- Takes one to know one
Epic Intelligence: 2
- Fast Lerner
- Perfect Memory
Epic Wits: 2
- Psychic Profiler
- Eternal Vigilance
Prescient Dreamer (Merit, Exalted 1 Edition)
Boons:
Sky's Grace
Night Eye's
Assess Health
Penetrating Glare
Birthrights:
Kaduceusz (3) - a tak naprawdę jego kopia zrobiona na zamówienie przez Hefajstosa. Około metrowej długości kij zakończony skrzydłami z pieknym rzeźbieniem w kształcie dwóch węży na całej długości. Posiada on zdolność powstrzymywania sporów podobnie jak oryginał, jedna moc tego egzemplarza jest bardziej ograniczona. Ten kaduceusz nie neguje całkowicie złych uczuć, a jedynie powstrzymuje przed gwałtownymi reakcjami takimi jak kłótnia lub użycie przemocy. Osoba, na którą działa moc tego birthrighta zachowuje wszystkie swoje negatywne uczucia, ale jednocześnie odczuwa silną niechęć do podjęcia drastyczniejszych działań. Wroga osoba wydaje się być niewarta jej uwagi, a koncept zabicia kogoś jest dziwną, odległą ideą. Jednakże aby moc kaduceusza zadziałała jak należy musi on dotknąć danej osoby, a by efekt ten utrzymał się przez dłużej niż parę minut musi on koniecznie dotknąć głowy danej osoby. Zapewnia to, że pacyfistyczny efekt laski będzie działał przez co najmniej godzinę. Dotknięcie innej części ciała gwarantuje słabsze oddziaływania przez losową ilość czasu.
Aby efekt zadziałał należy wydać 1 lunkt Legend i rzucić Willpower + Legend przeciwko Fortitude + Legend przeciwnika.
Dodatkowym ograniczeniem jest fakt, że kaduceusz wpływa również na właściciela. Efekt ten bardziej przypomina działanie oryginału - władająca nim osoba traci powoli zdolność do odczuwanie nienawiści lub chęci użycia przemocy względem bliźniego. Własnoręczne zabicie kogoś jest niewykonalne, a myśl o zranieniu kogoś wydaje się być bardzo głupia. Jedynie bardzo poważna sytuacja, jak bezpośrednie zagrożenia życia naszego lub bliskiej nam osoby, gdzie kieruje nami chęć obrony, a nie nienawiść pozwalają na zranienie lub zabicie kogoś, gdy wciąż jest się pod działaniem kaduceusza.
Hermes specjalnie wybrał ten przedmiot na birthright dla swojej córki, by jednocześnie zapewnić jej bezpieczeństwo i utemperować jej charakter. Daje dostęp do Pureview: Psychopomp i Sun.
Grecki naszyjnik (4) - złożony z czterech kamyków. Prezent na 18 urodziny. Hermes wyprosił krewnych o pomoc w stworzeniu tego prezentu. Dzięki temu naszyjnik daje dostęp do Pureview: Magic, Darkness, Sky i Health.
Willpower: 8
Legend: 4
Legend points: 16
Virtues:
Expression 2
Intellect 4
Valor 1
Vengeance 2
Nature - Learner
World is wast and full of knowledge, without which we can't perceive the said world. So if we want to fully understand it we need to acquire all of it's information. Although the final ambition seem to be great and almost out of reach, steps to achieve it can't be called outstanding. Character with this nature will simply devote much of her time for studing and self-improvement. She doesn't necessarily have to be a bookworm, practical skills apply here as well. After all, there's no such thing as useless knowledge.
Trait effect: Lerners recover one point of temporary willpower if they acquire some new skill or important piece of information. Of course it has to be either skill which required time to master or has some complex elements. Circumstances in which she obtains the information aren't important. However, it must be a big portion of knowledge or one that has impact on character's way of viewing world.
Character history:
Jej matka, Justyna Dzierżankiewicz, była roztrzepaną, acz urokliwą i na swój sposób nawet inteligentną kobietą, która miała romans z greckim bogiem. Jak sama stwierdziła: "zdarza się". Jego efektem była urodzona osiem miesięcy później Pandora Kasandra Dzierżankiewicz. Jej imię zostało wybrane za zasadzie otwarcia "Mitologii" na losowej stronie i znalezienia pierwszego żeńskiego imienia, jakie wpadło Justynie w oko. Fakt, że nie doczytała ona o czym tak naprawdę mówi mit o Pandorze nie stanowił niczego niezwykłego. Drugie imię, Kasandra, skojarzyła z jakiejś lekcji polskiego, gdzie mówiono o Iliadzie.
Pandora od małego była aktywnym dzieckiem z rodzaju tych, które wlezą wszędzie jeśli choć na chwilę spuści się je z oczu. Od małego była zafascynowana otaczającym ją światem i zadawała zdecydowanie za dużo dogłębnych pytań nawet jak na ten wiek. Choć Justyna nie zostałaby przez nikogo uznana za zbyt odpowiedzialną osobą niemniej była dobrą, kochającą matką. Wraz z Hermesem, który od czasu do czasu wpadał w odwiedziny, by zobaczyć jak dorasta jego córka tworzyli małą rodzinę.
Niestety, gdy była w szóstej klasie podstawówki jej matka gwałtownie zachorowała i zmarła parę miesięcy później pomimo starań lekarzy. Pandora została oddana w opiekę swojej babci, jednak miała wyraźne problemy z pogodzeniem się ze śmiercią swojej rodzicielki. Stała się emocjonalna i narwana, często wdawała się w bójki. Sytuację poprawił Hermes, który podczas kolejnych odwiedzin stwierdził, że należy ustabilizować zachowanie córki. w związku z tym odbył z nią rozmowę podczas której uświadomił jej kim jest naprawdę i przekazał jej przygotowany wcześniej kaduceusz. Dziewczyna nie zdawała sobie wtedy sprawy, że został on tak spreparowany, by mieć na nią uspokajający wpływ. Cel został osiągnięty i Pandora szybko złagodniała i zamiast poświęcać czas na w jej mniemaniu coraz bardziej bezcelowe bójki, zaczęła się dogłębniej kształcić wykorzystując swoje zdolności intelektualne.
Po zakończeniu nauki w liceum zrezygnowała ze studiów, zamiast tego poświęcając się samokształceniu i prowadzeniu własnej firmy, którą dla żartu nazwała "Box", a która zajmuje się załatwianiem różnych dziwnych lub upierdliwych spraw. Pandora szybko osiągnęła sukces zdobywając stałych klientów i stały dochód. W przeciągu trzech lat zarobiła dość pieniędzy, by pozwolić sobie na wykupienie dwupiętrowego budynku, którego parter przerobiła na kawiarnię "Scion". Kawiarnia przynosi raczej nieduży dochód i służy raczej Pandorze jako miejsce spotkań z interesującymi ludźmi i nie tylko ludźmi. Pierwsze piętro budynku to z kolei jej wideoteka. Dziewczyna jest na swój sposób zafascynowana kinem co przejawia się tym, że zbiera wszystkie filmy jakich nie ma. Problem w tym, że Pandora cierpi na chroniczny brak czasu w związku z czym nigdy ich nie ogląda. Żeby nie leżały bezużytecznie wpożycza je stałym bywalcom kawiarni. Drugie piętro to właściwe mieszkanie córki Hermesa.
Obecnie dni Pandory upływają w miarę spokojnie, jej czas zajmuje ciągła praca i samokształcenie, jednak gdzieś pomiędzy tym znajduje ona dość czasu, by zbierać informacje o lokalnym (i nie tylko) życiu ziemsko-zaświatowym. Mimo to zdaje się ona nie posiadać żadnej ambicji do osiągnięcia czegoś więcej niż jej obecny ustabilizowany żywot, choć możliwe, że czeka ona tylko na odpowiednią okazję. Jest głęboko pragmatyczna i uważa, że przemoc to niewłaściwy sposób rozwiązywania konfliktów.
Bonus points: Legend +1 (7), Willpower +2 (4), Birtright (3) i Fav. Ability +1 (1)
Exp spend: Epic Intelligence 2 (4), Stamina 2 (4), Medicine 3 (4), Prescient Dreamer (9) = dług 21 expa
sobota, 5 marca 2011
Eurythmy 2 "Propozycja dla ciebie"
To było odbicie świata. Małego jego fragmentu, oczywiście. Widoczne na powierzchni herbaty odbicie obejmowało ledwie część pokoju i kawałek twarzy dziewczyny. To trochę jak ludzie. Człowiek tak naprawdę nigdy nie pojmuje całego świata, a jedynie ten fragment, który widzi. I na tej podstawie próbuje opisać całe istnienie. Niedorzeczne. Ciekawe jest jednak to, że na tym podobieństwa się nie kończą. Zarówno człowiek jak i powierzchnia herbaty odwzorowują świat. Dlaczego? Ponieważ ludzie są kształtowani przez to co widzą. Przyjmują to co daje im otoczenie, a w efekcie ten dar znajduje odzwierciedlenie w ich akcjach. Nie będzie to jednak czysta kopia. Mają swoją wolę, swój sposób myślenia - i dlatego odbity w nich świat wygląda inaczej w zależności od tego jaką jednostkę wybierzemy. Tak jak napar odzwierciedla brązową wizję świata, tak człowiek koloruje rzeczywistość wokół siebie.
Świat w kubku herbaty zawirował, gdy stworek zamieszał ją łyżką.
- Myślę, że najlepiej będzie jeśli zacznę od celu w jakim tu przybyłem, a dopiero później wyjaśnię wszystkie niezrozumiałe kwestie - stwierdził. Po czym dodał, na chwilę zmieniając temat, że wszystkie kryształki cukru z powodzeniem się rozpuściły.
Obok dużego kubka stała niewielka plastikowa zakrętka z miarką, zapewne służąca do dawkowania jakiegoś leku. Dziewczyna przy pomocy łyżki przelała do niego herbaty, tak by gość mógł skorzystać z tego zaimprowizowanego naczynia.
Stworek wziął łyk naparu i odkaszlną uroczyście.
- Tak więc przybyłem tutaj, by poprosić Cię, żebyś pomogła mi walczyć ze Złem! - ogłosił z największą dozą patosu, na jaki może sobie pozwolić piętnastocentymetrowa żółta istota, która bardziej przypominała ożywioną maskotkę niż cokolwiek innego.
Dziewczyna popatrzyła na niego wzrokiem osoby, która podejrzewała, że coś takiego usłyszy i teraz, gdy to się stało nie jest pewna czy ma to brać jako żart czy poważną sprawę.
- Pierwsza kwestia: czemu? - spytała, mieszając spokojnie swoją herbatę. Tak naprawdę od pięciu lat nie słodziła jej, po tym jak w ramach przegranego zakładu została zmuszona, by na miesiąc zrezygnować z dodawania cukru do naparu. Wcześniej co najmniej dwie łyżki białych kryształków były niezbędnym elementem jej życia (trzy, jeśli była w wyjątkowo złym humorze, a to swego czasu było bardzo częste), ale teraz stanowiło to część odległej przeszłości. Mimo to, nie pozbyła się zwyczaju mieszania herbaty, choć była to czynność obecnie zbędna.
- Ponieważ jesteś właściwą osobą! - odparł natychmiast stworek.
Dziewczyna puściła łyżkę.
- Nieprecyzyjnie się wyraziłam. Chodziło mi o to, czemu miałabym walczyć ze "Złem"?
Przybysz spojrzał na nią z namysłem.
- Bo... bo taka jest kolej rzeczy. Dobro walczy ze Złem - rzekł w końcu. Najwyrażniej było to dla niego problematyczne pytanie z rodzaju "czemu niebo jest niebieskie, a magiczne dziewczynki muszą po nim latać?". Nie mniej kontynuował. - A moim zadaniem jest znaleźć nadające się osoby i przygotować do walki.
Mieszkanka pokoju machnęła ręką.
- Nie możecie tego załatwić pokojowo? Próbujesz właśnie wciągnąć kompletnie niezwiązaną osobę w jakąś wojnę - zauważyła przytomnie. - Nie sądzisz, że to samolubne.
Stworek pokręcił głową.
- Ależ jesteś związana. Ta walka toczy się od zarania dziejów i obejmuje wszystkie części uniwersum do których można dotrzeć. Mało tego, toczy się ona w każdej istocie. Dlatego nie możesz powiedzieć, że jesteś niezwiązana. To, że żyjesz automatycznie wiąże Cię z rzeczywistością tego świata - wyjaśnił.
Dziewczyna kontemplowała przez chwilę jego słowa.
- Ho ho - mruknęła w końcu nieskładnie pod nosem, po czym wybuchnęła głośnym śmiechem.
Jej gość spojrzał lekko obrażony, ale nie odezwał się. Salwa śmiechu pobrzmiewała jeszcze chwilę po czym ucichła.
- Przyznaję, że mnie zaskoczyłeś - stwierdziła w końcu. - Twoje wejście było cokolwiek mało profesjonalne i przyznaję, że nie spodziewałam się, że okażesz się dość kompetentny, by odpowiedzieć na moje pytanie.
- A czego się spodziewałaś? - spytał cokolwiek zaciekawiony, ale wciąż nie do końca udobruchany przybysz.
- Długiej przemowy o tym, że Ci Źli są źli i trzeba ich wybić, by uratować świata. Tudzież paru dodanych na siłę zdań o sile miłości, przyjaźni i takich tam. Gdyby tak brzmiała twoja odpowiedź zapewne w tej chwili składałabym moją odmowę - przyznała, po czym nachyliła się nad stołem, tak że jej oczy znalazły się na poziomie oczu stworka - Bo widzisz, bardzo nie lubię hipokryzji. Chyba nawet bardziej niż wampirów. Poza tym żywię wrodzoną podejrzliwość do propozycji wzięcia udziału w walce dobra ze złem. A teraz powiedz szczerze. Kto był na tyle zdesperowany, by przysłać Cię do mnie?
Złote oczy stworka były wpatrzone w brązowe tęczówki dziewczyny.
- Ja... ja nie mam pojęcia o czym mówisz - wyznał. - To standardowa misja, nic mi nie wiadomo o niczyjej desperacji.
Po usłyszeniu tych słów nastolatka podniosła głowę i zmierzwiła ręką włosy.
- Nie, to nie ma sensu - mruknęła do siebie. - Nie z całą pewnością... To byłoby zbyt szalone. Przykro mi to oznajmić, ale zaszła pomyłka - ostatnie zdanie wypowiedziała głośno.
- Co masz na myśli? - spytał wyraźnie skonfudowany stworek.
- Nie jestem osobą, której miałeś złożyć tę propozycję - wyjaśniła spokojnie, wstając i wskazując na drzwi. - Najprawdopodobnie miała to być mieszkanka pokoju naprzeciwko, Arashii. Kochana, nieco naiwna dziewczyna, która bez namysłu da się w to wciągnąć. Nadaje się o wiele lepiej ode mnie i to o nią zapewne chodzi.
Przybysz pokiwał głową z zastanowieniem po czym wyciągną przed siebie łapki. Na chwilę na stole pojawił się magiczny krąg z którego wyłoniła się nieduża kartka. Stworek chwycił ją i zaczął przeglądać.
- To jest pokój numer 13? - upewnił się.
- Tak, specjalnie wybrałam ten numer.
Po minucie milczenia stworek opuścił kawałek papieru.
- Jestem we właściwym pokoju - oznajmił spokojnie. - A ty definitywnie jesteś płci żeńskiej i posiadasz moce. Jak na razie wszystko zdaje się potwierdzać, że chodzi o ciebie.
- Nie masz na tej kartce imienia szczęśliwej wybranki? - spytała dziewczyna, kręcąc się po pokoju. Wyglądała jakby cała sprawa nie dawała jej spokojnie usiąść na miejscu.
Istota pokręciła głową.
- Nie. Niektórzy źle reagowali na to, że znaliśmy ich imiona i nazwiska, dlatego od pewnego czasu nie są one uwzględniane. Osób z odpowiednim poziomem mocy nie ma znowu tak wiele, więc o pomyłkę trudno - wyjaśnił. Popatrzył przez chwilę na rozmówczynię. - Poza tym.... - zaczął, ale urwał.
Przez chwilę panowała cisza. Mieszkanka lokum numer trzynaście stanęła niedaleko stołu. Dopiero teraz stworek zauważył, że w pokoju od dłuższej chwili było ciemno, zapewne za sprawą pochmurnej pogody. W pierwszej chwili nie dostrzegł tego - jego oczy były udoskonalone tak, by nie miał problemów z widzeniem nawet w głębokiej ciemności. Gdyby nie lekko pochylona sylwetka dziewczyny, która w milczeniu kontemplowała podłogę, zapewne w ogóle nie zdałby sobie sprawy ze zmiany oświetlenia.
Nieruchoma sylwetka na tle białej ściany. W jakiś nie do końca zrozumiały sposób ten widok wydał się przybyszowi smutny. Dziewczyna zdawała się być dosłownie na wyciągnięcie ręki, a w jakiś sposób odległa. I ta aura. Tak, to właśnie jej wewnętrzna moc zaprowadziła tutaj stworka. Jako istota magiczna wyczuwał drzemiący w innych potencjał. Znał aurę wszystkich swoich nauczycieli i innych szkolących się z nim kadetów. Ale to co posiadała ta dziewczyna...
Nie mógł znaleźć właściwych słów na opisanie tego dziwnego uczucia. Jedyne określenie jakie zdawało się choć częściowo oddawać to ulotne wrażenie brzmiało: "To jest piękne". Jej wewnętrzna energia nie przypominała niczego z czym się do tej pory spotkał, brakowało mu jakiegokolwiek punktu odniesienia.
Ta samotna postać twierdząca, że jego przyjście tutaj to pomyłka... Ta niecodzienna moc, tak różna od tego co znał... To wszystko wzbudzało jego ciekawość i tylko zwiększało rosnącą fascynację. Niejasno przypomniał sobie ostatnią poradę swojego ulubionego nauczyciela.
"Nie zastanawiaj się nad tym. To będzie jak nowe życie."
Właściwie czemu miałby się zawahać?
- Ja... - zaczął. Dziewczyna wciąż była pogrążona w myślach i zdawała się nie zwracać na niego uwagi. - Ja... Ja chciałbym byś ze mną pracowała! - wykrzyknął wreszcie desperacko. Nie wiedział czy to wina tremy, czy może jego niedoświadczenia w relacjach z ludźmi, ale zabrało to wszystkie jego siły. Wisiał tak niepewnie w powietrzu z opuszczonym łepkiek. Gdy ponownie spojrzał na rozmówczynię, ta świdrowała go wzrokiem. Stworek poczuł się nie pewnie. Powiedział coś nie tak? Krzyczenie było chyba złym pomysłem... Co zrobi jak ona odmówi? Czy wyrzucili kiedyś kogoś za nieprzekonanie kandydata do pracy?
Dziewczyna w międzyczasie podeszła do niego. Szła powli, krok za krokiem, dopóki nie stanęła dokładnie naprzeciwko stworka. Była niecałe pół metra od niego. Gość wstrzymał oddech, przygotowywując się w myślach na najgorszy scenariusz.
- Jesteś dziwny - powiedziała nastolatka z lekkim rozbawieniem. - Ale to dobrze dla ciebie - stwierdziła miękko. - Gdyby nie to, zapewne odmówiłabym z miejsca.
Istota popatrzyła na nią z niedowierzaniem, a po chwili złotawe oczy rozjarzyły się w szczęściu, a na mordce pojawił się szeroki uśmiech.
-Więc, zgadzasz się? - spytał nie wierząc własnemu szczęściu.
Dziewczyna westchnęła.
- To będzie pięćset jenów - stwierdziła rozwierając dłoń tuż przed stworkiem, tak by mógł wyraźnie widzieć jej pięć palców.
- Słucham? - spytał nie rozumiejąc.
- To bedzie pięćset jenów za jedną akcję. Albo po prostu umówmy się, ża za każdym razem kupisz mi tomik mangi - wyjaśniła. Jednak widząc niezrozumienie u swojego rozmówcy kontynuowała. - Widzisz jestem tylko biedną studentką. I o ile zaspokajanie podstawowych potrzeb jakoś mieści się w budżecie, o tyle nigdy nie stać mnie na wszystkie komiksy które bym chciała. Dzięki temu uzupełnię kolekcję. Bo chyba nie spodziewałeś się, że będę to robić za darmo? Gdyby chodziło o ratowanie świata to owszem, miałbyś kartę przetargową do namawiania mnie na działanie w czynie społecznym. Ale wojna między Dobrem i Złem to inna sprawa. Tu chodzi tylko o zatarg i w ramach uczestnictwa w nim oczekuję rekompensaty.
- Czyli chcesz, żebym ci płacił? - upewnił się stworek do którego wreszcie dotarł sens przemowy.
Rozmówczyni kiwnęła głową.
- Tak. Jednorazowo za każdą akcję. Przy czym jej zakres nie będzie ważny. Choć miło by było, gdyby za głównego bossa był jakiś bonus.
Istota na chwilę zamilkła, rozważając te rewelacje. Na szkoleniu nikt nie wspominał, że kandydat może zażyczyć sobie opłacania swoich usług (wspomniano za to, że swego czasu dawano opcję spełnienia jednego życzenia, ale zrezygnowano z niej, gdyż coraz większa ilość potencjalnych kandydatów odnajdywała perwersyjną przyjemność w wymyślaniu niemożliwych do spełnienia życzeń tylko po to, by popastwić się nad wysłaną do nich maskotką). W sumie miało to sens, jednakże ta świadomość wcale mu nie pomagała. Pamiętał, że w ramach wsparcia dostał plik gotówki, która jednak oklejona była taśmą z napisem "do użycia w razie absolutnej konieczności". Czy była to absolutna konieczność?
Właściwie nad czym się w ogóle zastanawiał?
- W porządku! - wykrzyknął. - W takim razie umowa! - oznajmił wyciągając w jej stronę łapkę.
- Umowa - potwierdziła dziewczyna przybijając piątkę dwoma palcami. - Co przypomina mi. Wspomniałeś, że nie znasz danych osobowych. Rozumiem, że nie wiesz jak się nazywam.
- Nie - przyznał z lekkim zażenowaniem stworek. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że w tym całym zamieszaniu zapomniał spytać o jej imię.
- Jestem Jagoda. Jagoda Twardowska. I jak sugeruje nazwisko nie jestem z Japonii. Hmmm... właściwie to powiedz, umiesz mówić w innych językach?
Stworek kiwnął głową.
- Bez problemu porozumiewam się w dziesięciu milionach najbardziej popularnych języków uniwersum, a pozostałe jestem w stanie zrozumieć przy użyciu prostego zaklęcia.
Jagoda spojrzała z lekkim podziwem. Nagła kompetentność jej towarzysza wyraźnie pozytywnie ją zaskoczyła.
- To zostaje nam druga kwestia - zauważyła. - Twoje imię.
To mówiąc wskazała palcem na stworka. Ten jakby na chwilkę się speszył, ale nie na długo.
- Rozumiem, że to które wspomniałem wcześniej jest za długie.
- Naprawdę nazywali cię ciągiem cyfer? - spytała z lekkim niedowierzeniem.
- Tak, był prostszy do wymówienia niż imię - przyznał cicho, wyraźnie zawstydzony.
Jagoda pokręciła głową z dezaprobatą.
- Przypomnij mi początek swojego imienia.
- Mordekasgrowarion...
- Okej, w takim skrócimy je do Mordka - oznajmiła. - Pasuje ci?
Istota przez chwilę wyglądała na zagubioną, ale po chwili uśmiechnęła się i machnęła łebkiem.
- Tak, podoba mi się - potwierdził. - Mordka...
Dziewczyna uśmiechnęła się, widząc, że jej pomysł na imię został zaakceptowany. Stanęła przed maskotką i zaczęła patetycznie deklamować.
- W takim razie od teraz Mordko jesteśmy partnerami. Liczę, że nasza współpraca przyniesie obu stronom wymierne korzyści, sławę, chwałę i wiele mang - powiedziała natchnionym głosem.
Stworek natychmiast zrozumiał o co chodzi i zawisł naprzeciwko niej z poważną miną.
- Mnie również, towarzyszko - potwierdził śmiertelnie formalnym głosem.
Po czym lekko uśmiechnięci, oboje wyciągneli do siebie ręce i uścisnęli delikatnie na znak porozumienia.
Świat w kubku herbaty zawirował, gdy stworek zamieszał ją łyżką.
- Myślę, że najlepiej będzie jeśli zacznę od celu w jakim tu przybyłem, a dopiero później wyjaśnię wszystkie niezrozumiałe kwestie - stwierdził. Po czym dodał, na chwilę zmieniając temat, że wszystkie kryształki cukru z powodzeniem się rozpuściły.
Obok dużego kubka stała niewielka plastikowa zakrętka z miarką, zapewne służąca do dawkowania jakiegoś leku. Dziewczyna przy pomocy łyżki przelała do niego herbaty, tak by gość mógł skorzystać z tego zaimprowizowanego naczynia.
Stworek wziął łyk naparu i odkaszlną uroczyście.
- Tak więc przybyłem tutaj, by poprosić Cię, żebyś pomogła mi walczyć ze Złem! - ogłosił z największą dozą patosu, na jaki może sobie pozwolić piętnastocentymetrowa żółta istota, która bardziej przypominała ożywioną maskotkę niż cokolwiek innego.
Dziewczyna popatrzyła na niego wzrokiem osoby, która podejrzewała, że coś takiego usłyszy i teraz, gdy to się stało nie jest pewna czy ma to brać jako żart czy poważną sprawę.
- Pierwsza kwestia: czemu? - spytała, mieszając spokojnie swoją herbatę. Tak naprawdę od pięciu lat nie słodziła jej, po tym jak w ramach przegranego zakładu została zmuszona, by na miesiąc zrezygnować z dodawania cukru do naparu. Wcześniej co najmniej dwie łyżki białych kryształków były niezbędnym elementem jej życia (trzy, jeśli była w wyjątkowo złym humorze, a to swego czasu było bardzo częste), ale teraz stanowiło to część odległej przeszłości. Mimo to, nie pozbyła się zwyczaju mieszania herbaty, choć była to czynność obecnie zbędna.
- Ponieważ jesteś właściwą osobą! - odparł natychmiast stworek.
Dziewczyna puściła łyżkę.
- Nieprecyzyjnie się wyraziłam. Chodziło mi o to, czemu miałabym walczyć ze "Złem"?
Przybysz spojrzał na nią z namysłem.
- Bo... bo taka jest kolej rzeczy. Dobro walczy ze Złem - rzekł w końcu. Najwyrażniej było to dla niego problematyczne pytanie z rodzaju "czemu niebo jest niebieskie, a magiczne dziewczynki muszą po nim latać?". Nie mniej kontynuował. - A moim zadaniem jest znaleźć nadające się osoby i przygotować do walki.
Mieszkanka pokoju machnęła ręką.
- Nie możecie tego załatwić pokojowo? Próbujesz właśnie wciągnąć kompletnie niezwiązaną osobę w jakąś wojnę - zauważyła przytomnie. - Nie sądzisz, że to samolubne.
Stworek pokręcił głową.
- Ależ jesteś związana. Ta walka toczy się od zarania dziejów i obejmuje wszystkie części uniwersum do których można dotrzeć. Mało tego, toczy się ona w każdej istocie. Dlatego nie możesz powiedzieć, że jesteś niezwiązana. To, że żyjesz automatycznie wiąże Cię z rzeczywistością tego świata - wyjaśnił.
Dziewczyna kontemplowała przez chwilę jego słowa.
- Ho ho - mruknęła w końcu nieskładnie pod nosem, po czym wybuchnęła głośnym śmiechem.
Jej gość spojrzał lekko obrażony, ale nie odezwał się. Salwa śmiechu pobrzmiewała jeszcze chwilę po czym ucichła.
- Przyznaję, że mnie zaskoczyłeś - stwierdziła w końcu. - Twoje wejście było cokolwiek mało profesjonalne i przyznaję, że nie spodziewałam się, że okażesz się dość kompetentny, by odpowiedzieć na moje pytanie.
- A czego się spodziewałaś? - spytał cokolwiek zaciekawiony, ale wciąż nie do końca udobruchany przybysz.
- Długiej przemowy o tym, że Ci Źli są źli i trzeba ich wybić, by uratować świata. Tudzież paru dodanych na siłę zdań o sile miłości, przyjaźni i takich tam. Gdyby tak brzmiała twoja odpowiedź zapewne w tej chwili składałabym moją odmowę - przyznała, po czym nachyliła się nad stołem, tak że jej oczy znalazły się na poziomie oczu stworka - Bo widzisz, bardzo nie lubię hipokryzji. Chyba nawet bardziej niż wampirów. Poza tym żywię wrodzoną podejrzliwość do propozycji wzięcia udziału w walce dobra ze złem. A teraz powiedz szczerze. Kto był na tyle zdesperowany, by przysłać Cię do mnie?
Złote oczy stworka były wpatrzone w brązowe tęczówki dziewczyny.
- Ja... ja nie mam pojęcia o czym mówisz - wyznał. - To standardowa misja, nic mi nie wiadomo o niczyjej desperacji.
Po usłyszeniu tych słów nastolatka podniosła głowę i zmierzwiła ręką włosy.
- Nie, to nie ma sensu - mruknęła do siebie. - Nie z całą pewnością... To byłoby zbyt szalone. Przykro mi to oznajmić, ale zaszła pomyłka - ostatnie zdanie wypowiedziała głośno.
- Co masz na myśli? - spytał wyraźnie skonfudowany stworek.
- Nie jestem osobą, której miałeś złożyć tę propozycję - wyjaśniła spokojnie, wstając i wskazując na drzwi. - Najprawdopodobnie miała to być mieszkanka pokoju naprzeciwko, Arashii. Kochana, nieco naiwna dziewczyna, która bez namysłu da się w to wciągnąć. Nadaje się o wiele lepiej ode mnie i to o nią zapewne chodzi.
Przybysz pokiwał głową z zastanowieniem po czym wyciągną przed siebie łapki. Na chwilę na stole pojawił się magiczny krąg z którego wyłoniła się nieduża kartka. Stworek chwycił ją i zaczął przeglądać.
- To jest pokój numer 13? - upewnił się.
- Tak, specjalnie wybrałam ten numer.
Po minucie milczenia stworek opuścił kawałek papieru.
- Jestem we właściwym pokoju - oznajmił spokojnie. - A ty definitywnie jesteś płci żeńskiej i posiadasz moce. Jak na razie wszystko zdaje się potwierdzać, że chodzi o ciebie.
- Nie masz na tej kartce imienia szczęśliwej wybranki? - spytała dziewczyna, kręcąc się po pokoju. Wyglądała jakby cała sprawa nie dawała jej spokojnie usiąść na miejscu.
Istota pokręciła głową.
- Nie. Niektórzy źle reagowali na to, że znaliśmy ich imiona i nazwiska, dlatego od pewnego czasu nie są one uwzględniane. Osób z odpowiednim poziomem mocy nie ma znowu tak wiele, więc o pomyłkę trudno - wyjaśnił. Popatrzył przez chwilę na rozmówczynię. - Poza tym.... - zaczął, ale urwał.
Przez chwilę panowała cisza. Mieszkanka lokum numer trzynaście stanęła niedaleko stołu. Dopiero teraz stworek zauważył, że w pokoju od dłuższej chwili było ciemno, zapewne za sprawą pochmurnej pogody. W pierwszej chwili nie dostrzegł tego - jego oczy były udoskonalone tak, by nie miał problemów z widzeniem nawet w głębokiej ciemności. Gdyby nie lekko pochylona sylwetka dziewczyny, która w milczeniu kontemplowała podłogę, zapewne w ogóle nie zdałby sobie sprawy ze zmiany oświetlenia.
Nieruchoma sylwetka na tle białej ściany. W jakiś nie do końca zrozumiały sposób ten widok wydał się przybyszowi smutny. Dziewczyna zdawała się być dosłownie na wyciągnięcie ręki, a w jakiś sposób odległa. I ta aura. Tak, to właśnie jej wewnętrzna moc zaprowadziła tutaj stworka. Jako istota magiczna wyczuwał drzemiący w innych potencjał. Znał aurę wszystkich swoich nauczycieli i innych szkolących się z nim kadetów. Ale to co posiadała ta dziewczyna...
Nie mógł znaleźć właściwych słów na opisanie tego dziwnego uczucia. Jedyne określenie jakie zdawało się choć częściowo oddawać to ulotne wrażenie brzmiało: "To jest piękne". Jej wewnętrzna energia nie przypominała niczego z czym się do tej pory spotkał, brakowało mu jakiegokolwiek punktu odniesienia.
Ta samotna postać twierdząca, że jego przyjście tutaj to pomyłka... Ta niecodzienna moc, tak różna od tego co znał... To wszystko wzbudzało jego ciekawość i tylko zwiększało rosnącą fascynację. Niejasno przypomniał sobie ostatnią poradę swojego ulubionego nauczyciela.
"Nie zastanawiaj się nad tym. To będzie jak nowe życie."
Właściwie czemu miałby się zawahać?
- Ja... - zaczął. Dziewczyna wciąż była pogrążona w myślach i zdawała się nie zwracać na niego uwagi. - Ja... Ja chciałbym byś ze mną pracowała! - wykrzyknął wreszcie desperacko. Nie wiedział czy to wina tremy, czy może jego niedoświadczenia w relacjach z ludźmi, ale zabrało to wszystkie jego siły. Wisiał tak niepewnie w powietrzu z opuszczonym łepkiek. Gdy ponownie spojrzał na rozmówczynię, ta świdrowała go wzrokiem. Stworek poczuł się nie pewnie. Powiedział coś nie tak? Krzyczenie było chyba złym pomysłem... Co zrobi jak ona odmówi? Czy wyrzucili kiedyś kogoś za nieprzekonanie kandydata do pracy?
Dziewczyna w międzyczasie podeszła do niego. Szła powli, krok za krokiem, dopóki nie stanęła dokładnie naprzeciwko stworka. Była niecałe pół metra od niego. Gość wstrzymał oddech, przygotowywując się w myślach na najgorszy scenariusz.
- Jesteś dziwny - powiedziała nastolatka z lekkim rozbawieniem. - Ale to dobrze dla ciebie - stwierdziła miękko. - Gdyby nie to, zapewne odmówiłabym z miejsca.
Istota popatrzyła na nią z niedowierzaniem, a po chwili złotawe oczy rozjarzyły się w szczęściu, a na mordce pojawił się szeroki uśmiech.
-Więc, zgadzasz się? - spytał nie wierząc własnemu szczęściu.
Dziewczyna westchnęła.
- To będzie pięćset jenów - stwierdziła rozwierając dłoń tuż przed stworkiem, tak by mógł wyraźnie widzieć jej pięć palców.
- Słucham? - spytał nie rozumiejąc.
- To bedzie pięćset jenów za jedną akcję. Albo po prostu umówmy się, ża za każdym razem kupisz mi tomik mangi - wyjaśniła. Jednak widząc niezrozumienie u swojego rozmówcy kontynuowała. - Widzisz jestem tylko biedną studentką. I o ile zaspokajanie podstawowych potrzeb jakoś mieści się w budżecie, o tyle nigdy nie stać mnie na wszystkie komiksy które bym chciała. Dzięki temu uzupełnię kolekcję. Bo chyba nie spodziewałeś się, że będę to robić za darmo? Gdyby chodziło o ratowanie świata to owszem, miałbyś kartę przetargową do namawiania mnie na działanie w czynie społecznym. Ale wojna między Dobrem i Złem to inna sprawa. Tu chodzi tylko o zatarg i w ramach uczestnictwa w nim oczekuję rekompensaty.
- Czyli chcesz, żebym ci płacił? - upewnił się stworek do którego wreszcie dotarł sens przemowy.
Rozmówczyni kiwnęła głową.
- Tak. Jednorazowo za każdą akcję. Przy czym jej zakres nie będzie ważny. Choć miło by było, gdyby za głównego bossa był jakiś bonus.
Istota na chwilę zamilkła, rozważając te rewelacje. Na szkoleniu nikt nie wspominał, że kandydat może zażyczyć sobie opłacania swoich usług (wspomniano za to, że swego czasu dawano opcję spełnienia jednego życzenia, ale zrezygnowano z niej, gdyż coraz większa ilość potencjalnych kandydatów odnajdywała perwersyjną przyjemność w wymyślaniu niemożliwych do spełnienia życzeń tylko po to, by popastwić się nad wysłaną do nich maskotką). W sumie miało to sens, jednakże ta świadomość wcale mu nie pomagała. Pamiętał, że w ramach wsparcia dostał plik gotówki, która jednak oklejona była taśmą z napisem "do użycia w razie absolutnej konieczności". Czy była to absolutna konieczność?
Właściwie nad czym się w ogóle zastanawiał?
- W porządku! - wykrzyknął. - W takim razie umowa! - oznajmił wyciągając w jej stronę łapkę.
- Umowa - potwierdziła dziewczyna przybijając piątkę dwoma palcami. - Co przypomina mi. Wspomniałeś, że nie znasz danych osobowych. Rozumiem, że nie wiesz jak się nazywam.
- Nie - przyznał z lekkim zażenowaniem stworek. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że w tym całym zamieszaniu zapomniał spytać o jej imię.
- Jestem Jagoda. Jagoda Twardowska. I jak sugeruje nazwisko nie jestem z Japonii. Hmmm... właściwie to powiedz, umiesz mówić w innych językach?
Stworek kiwnął głową.
- Bez problemu porozumiewam się w dziesięciu milionach najbardziej popularnych języków uniwersum, a pozostałe jestem w stanie zrozumieć przy użyciu prostego zaklęcia.
Jagoda spojrzała z lekkim podziwem. Nagła kompetentność jej towarzysza wyraźnie pozytywnie ją zaskoczyła.
- To zostaje nam druga kwestia - zauważyła. - Twoje imię.
To mówiąc wskazała palcem na stworka. Ten jakby na chwilkę się speszył, ale nie na długo.
- Rozumiem, że to które wspomniałem wcześniej jest za długie.
- Naprawdę nazywali cię ciągiem cyfer? - spytała z lekkim niedowierzeniem.
- Tak, był prostszy do wymówienia niż imię - przyznał cicho, wyraźnie zawstydzony.
Jagoda pokręciła głową z dezaprobatą.
- Przypomnij mi początek swojego imienia.
- Mordekasgrowarion...
- Okej, w takim skrócimy je do Mordka - oznajmiła. - Pasuje ci?
Istota przez chwilę wyglądała na zagubioną, ale po chwili uśmiechnęła się i machnęła łebkiem.
- Tak, podoba mi się - potwierdził. - Mordka...
Dziewczyna uśmiechnęła się, widząc, że jej pomysł na imię został zaakceptowany. Stanęła przed maskotką i zaczęła patetycznie deklamować.
- W takim razie od teraz Mordko jesteśmy partnerami. Liczę, że nasza współpraca przyniesie obu stronom wymierne korzyści, sławę, chwałę i wiele mang - powiedziała natchnionym głosem.
Stworek natychmiast zrozumiał o co chodzi i zawisł naprzeciwko niej z poważną miną.
- Mnie również, towarzyszko - potwierdził śmiertelnie formalnym głosem.
Po czym lekko uśmiechnięci, oboje wyciągneli do siebie ręce i uścisnęli delikatnie na znak porozumienia.
niedziela, 27 lutego 2011
Eurythmy 1 "Dylematy niespodziewanego intruza"
Dziewczyna z frustracją wrzuciła niedbale złożoną koszulę z powrotem do szafy i złym spojrzeniem ogarnęła pokój. Co i rusz jej wzrok napotykał na porozwieszane lub porozrzucane w różnych miejscach bluzki, spodnie, swetry... Nie, to zdecydowanie nie prowadziło jej do rozwiązania. Niechętnie zaczęła zbierać część rzeczy i już nieco schludniej chować je do szafy. Choć jej ruchy wydawały się chaotyczne, uważny obserwator dostrzegłby, że robiąc to, bardzo starannie unika patrzenia w stronę drugiej szafy, w której drzwi wbudowano lustro.
Koło tego mebla, umieszczone na wieszakach na ubrania wisiały dwa mundurki szkolne. Było wyraźnie widać iż pochodzą z jednego zestawu, choć możnaby patrząc na nie bez problemu zagrać w "znajdź pięć różnic". Mieszkanka tego pokoju zapewne poprzestałaby jednak na pierwszej różnicy: ten po lewej jest męski, a po prawej żeński.
Gdy większa część powywlekanych z szafy ubrań wróciła na miejsce dziewczyna uznała, że nie ma co odwlekać koniecznej decyzji. Stanęła przy szafie kontemplując oba stroje i najwyraźniej próbując wybrać jeden.
W lustrze odbijała się sylwetka dobrze zbudowanej przedstawicielki płci żeńskiej o nieposłusznych ciemnych włosach. W kiepskim świetle mogłyby uchodzić za czarne, jednak bliższe przyjrzenie się ujawniało, że kolorem przypominają raczej przetarte czarne dżinsy. Poza tym jej fryzura wyglądała dość dziwnie, gdyż zdawało się, że różne kosmyki włosów mają własną wolę i niezależnie od innych decydują czy powinny być proste, czy może odstawać na boki. Jej oczy były ciemnobrązowe, a spojrzenie balansowało między znudzeniem, a drwiną. Za to budowa ciała (dobrze widoczna, gdyż jej posiadaczka była w tym momencie tylko w bieliźnie) sugerowała, że dziewczyna nigdy nie była zbyt eteryczną i bezczynną osobą. Lekko wystający brzuch świadczył o tym, że problem z nadwagą nie stanowił nieznanego jej problemu, zaś drobne blizny, niewidoczne na pierwszy rzut oka, mogły oznaczać problemy ze sprawnością ruchową, pecha do wypadków albo przesadną brawurę w życiu. Możliwe, że wszystko naraz.
Stała tak przez chwilę wiercąc wzrokiem dziurę w wywieszonych mundurkach, ale najwidoczniej podjęcie decyzji stanowiło w tym momencie problem nie do pokonania.
- Może jakaś sugestia? - rzuciła do powietrza.
Odpowiedziała jej tylko cisza, ale dziewczyna nie oczekiwała nic usłyszeć. Była sama w pokoju, a zdecydowanie nie miała zamiaru brać pod uwagę sugestii jakiegokolwiek bytu, który pojawiłby się nagle w pobliżu bez jej wiedzy.
Szukając jakiegoś rozwiązania jej wzrok padł na stół i leżące na nim rzeczy. Los ulitował się nad nią. Na krawędzi blatu leżała moneta. Dziewczyna szybko zidentyfikowała ją jako koronę słowacką, pozostałość po jakiejś dawnej wycieczce zagranicznej. Przedmiot obecnie bezwartościowy, gdyż jedyne do czego się nadawał po wejściu Słowacji do strefy euro to odblokowywanie wózków w supermarkecie. Nie mniej ten niepozorny drobiazg miał właśnie znaleźć drugi cel swojej egzystencji.
- Reszka żeński mundurek, orzeł męski - oznajmiła głośno.
Z nabożeństwem umieściła monetę na palcach, po czym pstryknęła. Próba ta niestety skończyła się niepowodzeniem, gdy nieposłuszny bilon zsunął się jej z palca, zamiast poszybować w górę. Zdenerwowana podniosła go i jeszcze raz ustawiła do rzutu. Wzięła głęboki oddech, skoncentrowała się i znów pstryknęła. Tym razem moneta pokonała siłę grawitacji i poszybowała w powietrze. W tym momencie jednak parę rzeczy wydarzyło się na raz. Po pierwsze, dziewczyna zdała sobie sprawę, że COŚ właśnie dostało się do jej pokoju. Po drugie, okno otworzyło się gwałtownie do środka. Po trzecie, niezidentyfikowany świecący obiekt zatrzymał się i zawisł tuż przed lokatorką pokoju. Sekundę później blask zniknął, a tajemniczy intruz okazał się być niedużym żółtym stworkiem z lekko kocimi uszami i długim ogonem zakończonym ni to sierścią, ni to błoną w kształcie płomieni. Jednocześnie moneta straciła całą energię kinetyczną jaką posiadała i posłuszna prawom fizyki zaczęła spadać prosto na tajemniczego stworka. Zaskoczony tym, przybysz odruchowo złapał monetę. Spojrzał na nią, a potem jego wzrok padł na wciąż nie do końca ubraną dziewczynę. Ta przyglądała mu się z miną, która stanowiła kombinację niechęci i niedowierzenia, choć gość nie mógł oprzeć się wrażeniu, że odnoszą się one nie tyle do jego wyglądu, co niezapowiedzinego pojawienia. Obie postacie patrzyły na siebie w ciszy zakłócanej tylko przez pojedyńcze hałasy dochodzące przez okno.
- Puść ją - odezwała się w końcu dziewczyna.
Stworek mrugnął.
- Słucham? - jego głos przypominał jej nieco dziecinny sposób mówienia chłopców tuż przed ich wejściem w okresem dojrzewania.
- Moneta. Puść ją - powtórzyła, wskazując na wciąż trzymany przez przybysza bilon. - I najlepiej lekko podkręć, żeby wyglądało jakby nic nie przerwało jej spadania.
Przybysz spojrzał na trzymany w łapkach przedmiot jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu, zerknął jeszcze na chwilę w stronę dziewczyny, po czym wykonał to o co go poprosiła.
Kręcąc się lekko moneta odbiła się od podłogi. Oboje śledzili jak bilon ląduje na krawędzi, po czym szybko wtacza się pod szafę gdzie, sądząc po odgłosie, zderzyła się ze ścianą i zatrzymała.
Dziewczyna spojarzała ponuro na zdradziecki mebel. Szybko jednak jej wzrok zwrócił się w stronę tajemniczego przybysza.
- Ty! - stwierdziła wskazując na niego.
- Ja? - spytał lekko zdziwiony. Zaskoczenie sprawiło, że jego głos zabrzmiał jeszcze młodziej.
- Tak, Ty! - stwierdziła krótko odwracając się w stronę drugiej szafy, przy której wciąż wisiał jej nierozwiązany dylemat. - Który strój mam włożyć?
Stworek podleciał bliżej i spojrzał na dwa uniformy.
- To są mundurki szkolne - zauważył.
Dziewczyna kiwnęła głową i odparła lekko ironicznie:
- Owszem, mundurki. O ile nie wiesz, jutro jest pierwszy września. Rozpoczęcie drugiego semestru. I muszę coś na siebie włożyć. A teraz, jako że moneta która miała rozstrzygnąć ten problem znajduje się pod szafą - TY powiedz mi KTÓRY z tych strojów mam jutro przywdziać!
Przybysz zdecydowanie nie spodziewał się, że ktoś będzie go dzisiaj zmuszał do wyboru ubrań. I najwyraźniej wciąż nie do końca rozumiał czemu to zadanie spadło na niego. Popatrzył zakłopotany na dwa zestawy ubrań i bąknął pierwsze co mu przyszło do głowy:
- Jesteś dziewczyną, powinnaś chyba nosić żeński mundurek. Nieprawda? - jego głos wciąż brzmiał niepewnie, jakby odgrywał rolę do której nie został przygotowany.
Nastolatka pokiwała głową na jego słowa.
- Tak, tak - mówiła cicho pod nosem podchodząc do szafy i biorąc do ręki żeński uniform. Spojrzała na niego z uśmiechem. Po czym schowała go do szafy. - Tak, zdecydowanie miałam dobry pomysł, by włożyć jutro męski mundurek - stwierdziła głośno, zamykając drzwi.
Stworek popatrzył na nią zszokowany.
- A.... ale... w takim razie po co mnie pytałaś?! - wykrzyknął niezadowolony.
- Ty - mruknęła i jej głos, który do tej pory brzmiał trochę twardo i nieprzyjaźnie, ale z gruntu rzeczy niegroźnie, nabrał nagle ostrości brzytwy. Z zaskakującą dla przybysza szybkością dziewczyna wystrzeliła lewą rękę w jego stronę. Dwa złączone palce zatrzymały się tuż przed szyją żółtego stworka, a podejrzliwe spojrzenie brązowych oczu wwiercało się w niego. - Nie zwykłam - rzekła głośno, lodowato zimnym tonem - słuchać porad dziwnych bytów, które wpakowują się do mojego pokoju bez uprzedzenia - w tym momencie przybysz z zaniepokojeniem zdał sobie sprawę, że dziewczyna emanuje aurą niebezpieczeństwa. Choć czy to była aura? Może to tylko nagła zmiana jej zachowania... Ale te rozważania przerwała ostatnia część zdania - i nie raczą nawet wyjawić swojego imienia.
Zaraz.
- Nie, nie przedstawiłem się?! - stworek jęknął z przerażeniem, jak uczeń złapany przez nauczyciela na ściąganiu. Niewzruszony wzrok dziewczyny potwierdził jego obawy.
- Ja... ja przepraszam! - jęknął i zaczął gwałtownie kłaniać się w powietrzu. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam... - szybko jednak się uspokoił i wyprostował do pionu.
- Jestem numer 6302387719035.... - stworek nagle urwał, zmieszany. - Nie, to nie tak! Nazywam się Mordekasgrowariondlefuqexioprilludobwrekhtasspof....
Dziewczyna w milczeniu słuchała imienia tej dziwnej istoty, które brzmiało jak długi losowy ciąg literek. I jak podejrzewała, właśnie nim było.
- To za długie - powiedziała, przerywając monolog stworka.
- ...pbexcijasku... za długie? - wciąż unoszący się w powietrzu przybysz przechylił główkę i spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Dziewczyna w duchu stwierdziła, że jest on na swój sposób słodki, co wcale nie oznaczało, że pozbyła się podejrzeń względem swojego niecodziennego gościa. Próba wywołania próchnicy w końcu też klasyfikuje się jako szkodliwe działanie.
Stworek wciąż wisząc w powietrzu niepewnie złożył łapki.
- Ja... ja przepraszam, że tak źle idzie, ale to... to mój pierwszy raz... i... - postać pochyliła głową ze skruchą.
Dziewczyna opuściła palce z westchnieniem.
- Najprawdopodobniej popełniam największy błąd mojego życia nie wyrzucając cię teraz za okno, ale jak Arashi lubi mi wypominać - gdzieś w głębi mojej wrednej i pokręconej duszy mam jednak dobre serce. Dlatego zrobimy to w ten sposób: ja się teraz ubiorę i zamknę okno, bo jeszcze chwila i tu przeziębienia dostanę, a ty w międzyczasie zbierzesz się do kupy i ustalisz co chcesz mi powiedzieć. I omówimy to przy herbacie. Pasuje?
Stworek kiwnął głową i spojrzał na dziewczynę z wdzięcznością. Ta jednak poszła już zamknąć okno i nie oglądała się na niego. Widząc to istota przeleciała na łóżko i wylądowawszy na nim zatopiła się w myśli. Było to na rękę mieszkance pokoju. Dzięki temu nie widział jej twarzy, gdy na moment pozwoliła uzewnętrznić się swoim uczuciom.
Koło tego mebla, umieszczone na wieszakach na ubrania wisiały dwa mundurki szkolne. Było wyraźnie widać iż pochodzą z jednego zestawu, choć możnaby patrząc na nie bez problemu zagrać w "znajdź pięć różnic". Mieszkanka tego pokoju zapewne poprzestałaby jednak na pierwszej różnicy: ten po lewej jest męski, a po prawej żeński.
Gdy większa część powywlekanych z szafy ubrań wróciła na miejsce dziewczyna uznała, że nie ma co odwlekać koniecznej decyzji. Stanęła przy szafie kontemplując oba stroje i najwyraźniej próbując wybrać jeden.
W lustrze odbijała się sylwetka dobrze zbudowanej przedstawicielki płci żeńskiej o nieposłusznych ciemnych włosach. W kiepskim świetle mogłyby uchodzić za czarne, jednak bliższe przyjrzenie się ujawniało, że kolorem przypominają raczej przetarte czarne dżinsy. Poza tym jej fryzura wyglądała dość dziwnie, gdyż zdawało się, że różne kosmyki włosów mają własną wolę i niezależnie od innych decydują czy powinny być proste, czy może odstawać na boki. Jej oczy były ciemnobrązowe, a spojrzenie balansowało między znudzeniem, a drwiną. Za to budowa ciała (dobrze widoczna, gdyż jej posiadaczka była w tym momencie tylko w bieliźnie) sugerowała, że dziewczyna nigdy nie była zbyt eteryczną i bezczynną osobą. Lekko wystający brzuch świadczył o tym, że problem z nadwagą nie stanowił nieznanego jej problemu, zaś drobne blizny, niewidoczne na pierwszy rzut oka, mogły oznaczać problemy ze sprawnością ruchową, pecha do wypadków albo przesadną brawurę w życiu. Możliwe, że wszystko naraz.
Stała tak przez chwilę wiercąc wzrokiem dziurę w wywieszonych mundurkach, ale najwidoczniej podjęcie decyzji stanowiło w tym momencie problem nie do pokonania.
- Może jakaś sugestia? - rzuciła do powietrza.
Odpowiedziała jej tylko cisza, ale dziewczyna nie oczekiwała nic usłyszeć. Była sama w pokoju, a zdecydowanie nie miała zamiaru brać pod uwagę sugestii jakiegokolwiek bytu, który pojawiłby się nagle w pobliżu bez jej wiedzy.
Szukając jakiegoś rozwiązania jej wzrok padł na stół i leżące na nim rzeczy. Los ulitował się nad nią. Na krawędzi blatu leżała moneta. Dziewczyna szybko zidentyfikowała ją jako koronę słowacką, pozostałość po jakiejś dawnej wycieczce zagranicznej. Przedmiot obecnie bezwartościowy, gdyż jedyne do czego się nadawał po wejściu Słowacji do strefy euro to odblokowywanie wózków w supermarkecie. Nie mniej ten niepozorny drobiazg miał właśnie znaleźć drugi cel swojej egzystencji.
- Reszka żeński mundurek, orzeł męski - oznajmiła głośno.
Z nabożeństwem umieściła monetę na palcach, po czym pstryknęła. Próba ta niestety skończyła się niepowodzeniem, gdy nieposłuszny bilon zsunął się jej z palca, zamiast poszybować w górę. Zdenerwowana podniosła go i jeszcze raz ustawiła do rzutu. Wzięła głęboki oddech, skoncentrowała się i znów pstryknęła. Tym razem moneta pokonała siłę grawitacji i poszybowała w powietrze. W tym momencie jednak parę rzeczy wydarzyło się na raz. Po pierwsze, dziewczyna zdała sobie sprawę, że COŚ właśnie dostało się do jej pokoju. Po drugie, okno otworzyło się gwałtownie do środka. Po trzecie, niezidentyfikowany świecący obiekt zatrzymał się i zawisł tuż przed lokatorką pokoju. Sekundę później blask zniknął, a tajemniczy intruz okazał się być niedużym żółtym stworkiem z lekko kocimi uszami i długim ogonem zakończonym ni to sierścią, ni to błoną w kształcie płomieni. Jednocześnie moneta straciła całą energię kinetyczną jaką posiadała i posłuszna prawom fizyki zaczęła spadać prosto na tajemniczego stworka. Zaskoczony tym, przybysz odruchowo złapał monetę. Spojrzał na nią, a potem jego wzrok padł na wciąż nie do końca ubraną dziewczynę. Ta przyglądała mu się z miną, która stanowiła kombinację niechęci i niedowierzenia, choć gość nie mógł oprzeć się wrażeniu, że odnoszą się one nie tyle do jego wyglądu, co niezapowiedzinego pojawienia. Obie postacie patrzyły na siebie w ciszy zakłócanej tylko przez pojedyńcze hałasy dochodzące przez okno.
- Puść ją - odezwała się w końcu dziewczyna.
Stworek mrugnął.
- Słucham? - jego głos przypominał jej nieco dziecinny sposób mówienia chłopców tuż przed ich wejściem w okresem dojrzewania.
- Moneta. Puść ją - powtórzyła, wskazując na wciąż trzymany przez przybysza bilon. - I najlepiej lekko podkręć, żeby wyglądało jakby nic nie przerwało jej spadania.
Przybysz spojrzał na trzymany w łapkach przedmiot jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu, zerknął jeszcze na chwilę w stronę dziewczyny, po czym wykonał to o co go poprosiła.
Kręcąc się lekko moneta odbiła się od podłogi. Oboje śledzili jak bilon ląduje na krawędzi, po czym szybko wtacza się pod szafę gdzie, sądząc po odgłosie, zderzyła się ze ścianą i zatrzymała.
Dziewczyna spojarzała ponuro na zdradziecki mebel. Szybko jednak jej wzrok zwrócił się w stronę tajemniczego przybysza.
- Ty! - stwierdziła wskazując na niego.
- Ja? - spytał lekko zdziwiony. Zaskoczenie sprawiło, że jego głos zabrzmiał jeszcze młodziej.
- Tak, Ty! - stwierdziła krótko odwracając się w stronę drugiej szafy, przy której wciąż wisiał jej nierozwiązany dylemat. - Który strój mam włożyć?
Stworek podleciał bliżej i spojrzał na dwa uniformy.
- To są mundurki szkolne - zauważył.
Dziewczyna kiwnęła głową i odparła lekko ironicznie:
- Owszem, mundurki. O ile nie wiesz, jutro jest pierwszy września. Rozpoczęcie drugiego semestru. I muszę coś na siebie włożyć. A teraz, jako że moneta która miała rozstrzygnąć ten problem znajduje się pod szafą - TY powiedz mi KTÓRY z tych strojów mam jutro przywdziać!
Przybysz zdecydowanie nie spodziewał się, że ktoś będzie go dzisiaj zmuszał do wyboru ubrań. I najwyraźniej wciąż nie do końca rozumiał czemu to zadanie spadło na niego. Popatrzył zakłopotany na dwa zestawy ubrań i bąknął pierwsze co mu przyszło do głowy:
- Jesteś dziewczyną, powinnaś chyba nosić żeński mundurek. Nieprawda? - jego głos wciąż brzmiał niepewnie, jakby odgrywał rolę do której nie został przygotowany.
Nastolatka pokiwała głową na jego słowa.
- Tak, tak - mówiła cicho pod nosem podchodząc do szafy i biorąc do ręki żeński uniform. Spojrzała na niego z uśmiechem. Po czym schowała go do szafy. - Tak, zdecydowanie miałam dobry pomysł, by włożyć jutro męski mundurek - stwierdziła głośno, zamykając drzwi.
Stworek popatrzył na nią zszokowany.
- A.... ale... w takim razie po co mnie pytałaś?! - wykrzyknął niezadowolony.
- Ty - mruknęła i jej głos, który do tej pory brzmiał trochę twardo i nieprzyjaźnie, ale z gruntu rzeczy niegroźnie, nabrał nagle ostrości brzytwy. Z zaskakującą dla przybysza szybkością dziewczyna wystrzeliła lewą rękę w jego stronę. Dwa złączone palce zatrzymały się tuż przed szyją żółtego stworka, a podejrzliwe spojrzenie brązowych oczu wwiercało się w niego. - Nie zwykłam - rzekła głośno, lodowato zimnym tonem - słuchać porad dziwnych bytów, które wpakowują się do mojego pokoju bez uprzedzenia - w tym momencie przybysz z zaniepokojeniem zdał sobie sprawę, że dziewczyna emanuje aurą niebezpieczeństwa. Choć czy to była aura? Może to tylko nagła zmiana jej zachowania... Ale te rozważania przerwała ostatnia część zdania - i nie raczą nawet wyjawić swojego imienia.
Zaraz.
- Nie, nie przedstawiłem się?! - stworek jęknął z przerażeniem, jak uczeń złapany przez nauczyciela na ściąganiu. Niewzruszony wzrok dziewczyny potwierdził jego obawy.
- Ja... ja przepraszam! - jęknął i zaczął gwałtownie kłaniać się w powietrzu. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam... - szybko jednak się uspokoił i wyprostował do pionu.
- Jestem numer 6302387719035.... - stworek nagle urwał, zmieszany. - Nie, to nie tak! Nazywam się Mordekasgrowariondlefuqexioprilludobwrekhtasspof....
Dziewczyna w milczeniu słuchała imienia tej dziwnej istoty, które brzmiało jak długi losowy ciąg literek. I jak podejrzewała, właśnie nim było.
- To za długie - powiedziała, przerywając monolog stworka.
- ...pbexcijasku... za długie? - wciąż unoszący się w powietrzu przybysz przechylił główkę i spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Dziewczyna w duchu stwierdziła, że jest on na swój sposób słodki, co wcale nie oznaczało, że pozbyła się podejrzeń względem swojego niecodziennego gościa. Próba wywołania próchnicy w końcu też klasyfikuje się jako szkodliwe działanie.
Stworek wciąż wisząc w powietrzu niepewnie złożył łapki.
- Ja... ja przepraszam, że tak źle idzie, ale to... to mój pierwszy raz... i... - postać pochyliła głową ze skruchą.
Dziewczyna opuściła palce z westchnieniem.
- Najprawdopodobniej popełniam największy błąd mojego życia nie wyrzucając cię teraz za okno, ale jak Arashi lubi mi wypominać - gdzieś w głębi mojej wrednej i pokręconej duszy mam jednak dobre serce. Dlatego zrobimy to w ten sposób: ja się teraz ubiorę i zamknę okno, bo jeszcze chwila i tu przeziębienia dostanę, a ty w międzyczasie zbierzesz się do kupy i ustalisz co chcesz mi powiedzieć. I omówimy to przy herbacie. Pasuje?
Stworek kiwnął głową i spojrzał na dziewczynę z wdzięcznością. Ta jednak poszła już zamknąć okno i nie oglądała się na niego. Widząc to istota przeleciała na łóżko i wylądowawszy na nim zatopiła się w myśli. Było to na rękę mieszkance pokoju. Dzięki temu nie widział jej twarzy, gdy na moment pozwoliła uzewnętrznić się swoim uczuciom.
środa, 23 lutego 2011
Eurythmy prolog
Dwa słowa - niepotrzebny wstęp.
To był pokój, choć może hala to lepsze określenie, gdyż pomieszczenie nie miało funkcji mieszkalnej, a wysoki strop i kilkadziesiąt metrów długości i szerokości sprawiały, że bardziej kojarzyło się ono z hangarem. Kiedy jeszcze stało puste, wielu pracowników sugerowało by zrobić tu basen, ale ostatecznie umieszczono go na wyższym piętrze. Oficjalne stanowisko było takie, że basen ma przede wszystkim służyć kadetom i dlatego nie ma sensu umieszczać go w podziemiach, gdzie przybywali głównie pracownicy i technicy. Nieoficjalne natomiast głosiło, że to pokój został źle zbudowany - architekt zwyczajnie zapomniał, by poprowadzić w pobliżu węzeł ciepłowniczy, co zaowocowało tym, że stała temperatura utrzymywała się tutaj w okolicach od zera do pięciu stopni Celsiusza.
Maksymilian pocieszał się tą myślą. Odkąd sprowadzono tu machiny, po tym jak szefostwo wreszcie zgodziło się na upchnięcie ich w tym niewykorzystanym pomieszczeniu, temperatura wzrosła do całych dziesięciu stopni, a gdy elektronika się przegrzewała dochodziła nawet czasem do piętnastu. Nie zmieniało to faktu, że zwyczajowo on i Kornel musieli nosić ciepłe podkoszulki pod uniformami oraz grube wełniane skarpety, ale za to mieli wreszcie trochę wolnego miejsca. Wszystko było lepsze od "składziku", który wcześniej okupowali. Wbrew nazwie miał on całkiem duże rozmiary, ale maszyny zajmowały tam całą przestrzeń. Tutaj było już trochę lepiej. Co prawda trzy czwarte pokoju wciąż były zajęte przez niezbędny do ich pracy sprzęt, a po podłodze walało się dość rozmaitych rur i kabli, by każdy gość potknął się o nie przynajmniej raz, ale w porównaniu do całych pięciu metrów kwadratowych wolnej powierzchni, jakimi wcześniej dysponowali był to niemal luksus. Zimny luksus, ale zawsze.
Maksymilian znów zlustrował kilkanaście wiszących przed nim ekranów i wyświetlane przez nie dane i obrazy.
- Co za natłok... - mruknął do siebie patrząc na kilka, na których z zawrotną prędkością przewijały się obrazy. Dla przeciętnej osoby wygladało to jak przyprawiająca o epilepsję feria kolorów, ale Maksymilian pracował na tym stanowisku już dość długo, by rejestrować co się mniej więcej dzieje na ekranach. Tym razem jednak obrazy przewijały się zbyt szybko nawet jak dla niego. Lekko zaalarmowany zerknął na wykres funkcji życiowych Kornela, ale nie zauważył żadnych niepokojących zmian. Wszystkie wskaźniki były w normie. Maksymilian westchnął lekko, jednocześnie włączając wodę na herbatę i wciąż zerkając na barwne ekrany. Dwie minuty później elektryczny czajnik pstryknął oznajmiając, że woda osiągnęła już temperaturę stu stopni, jednocześnie z głośnika dobiegło piknięcię. Maksymilian zgrabnym ruchem wrzucił torebki z herbatą do kubków i zalał je wodą, do jednej z nich wsypał cukier i zamieszał. W międzyczasie stojąca pod ścianął kapsuła otworzyła się, skrzypiąc lekko (technik zanotował w pamięci, że trzeba ją będzie naoliwić), a po chwili wygramolił się z niej kolejny mężczyzna. Wyglądał on na lekko oszołomionego, ale mimo to wydostał się bez problemu z kapsuły i nieco chwiejnie podszedł do Maksymiliana, który właśnie kończył rytuał parzenia herbaty.
- Co za jazda - mruknął mężczyzna z kapsuły, Kornel, jednocześnie biorąc kubek z nieosłodzoną herbatą.
- Widziałem. To zajmie chyba tyle miejsca co pięć zwykłych nagrań. Co to do cholery było?
Kornel wypił łyk swojej gorącej herbaty.
- Rozszczepienie. Co najmniej kilka alternatywnych przyszłości i każda dość silna, by zostawić ślad. Generalnie z tego nagrania nikt nie będzie miał raczej większego pożytku - mężczyzna zamyślił się na moment. - Właściwie dla kogo jest to nagranie? Dla kogoś ze starszyzny?
Maksymilian pokrecił głową, zgarniając jedną ręką kilka dokumentów leżących przy konsoli.
- Skądże, od tygodnia robimy nagrania dla nowalijek. Numer 63023877190... itd. Trzy linijki cyfer i imię na dwie. Podstawowe szkolenie, seryjny model, brak dodatkowych uwag, standardowa misja.
Kornel parskął:
- Jeśli to jest standardowa misja to wolę nie wiedzieć jak wygląda praca w terenie. Akcja była jak na tych filmach sensacyjnych, od metra walk, sporo nakumulowanych emocji i dużo zakłóceń. Do diabła, dam głowę, że gdzieś tam mignęła mi Dunkel!
- Dunkel? W co ten żółtodziób się wpakuje?! - Maksymilian parskął w swoją herbatę.
- Tam było dość mocy by wywołać Rozszczepienie. Bardziej mnie zastanawia Z KIM będzie pracować.
- Wiesz, że nie podają nam takich informacji - odparł wzruszając ramionami. - My mamy tylko zgrać twoje wizje przyszłości. Od interpretacji jest kto inny. Właściwie nie wiem po co to robią skoro i tak nie nadążają ze zanalizowaniem wszystkich wizji przed wysłaniem kadetów w teren. To co tu nagraliśmy obejrzą najszybciej za miesiąc. A nowalijki tak czy tak są już wypuszczane. Ten tutaj - Maksymilian wskazał na trzymane w ręku kartki - wylatuje w teren za dwa dni. Więc nim ktoś zdąży pomyśleć, że zostaje wysłany w coś co może go przerosnąć, będzie już w centrum wydarzeń.
Kornel pokiwał powoli głową, po czym dopił herbatę. Maksymilian zaczął wybijać coś szybko na klawiaturze.
- Na razie to koniec - stwierdził nie przerywając pracy. - Po południu powinniśmy zgrać jeszcze parę wizji, ale nie musimy się z tym śpieszyć. Chwilowo idź się przespać. Po czymś takim dobrze przeczyścić umysł.
Kornel wyraził aprobatę dla pomysł i szybko wyszedł z zimnego pokój. Maksymilian pozostał jeszcze chwilę kompilując zebrane obrazy, gdy skończył spakował plik i przesłał go osobom odpowiedzialnym za interpretację. Na tym skończyła się jego robota. Po chwili i on opuścił pokój z zamiarem naoliwienia kapsuły po powrocie.
Na konsoli wciąż leżały pozostawione dokumenty, a na ich wierzchu spoczywała karta z informacjami o kadecie, dla którego nagrano przed chwilą wizję. Z doczepionego do niej zdjęcia na świat spozierały ufne oczy żółtego stworka ze spiczastymi, lekko kocimi uszami.
To był pokój, choć może hala to lepsze określenie, gdyż pomieszczenie nie miało funkcji mieszkalnej, a wysoki strop i kilkadziesiąt metrów długości i szerokości sprawiały, że bardziej kojarzyło się ono z hangarem. Kiedy jeszcze stało puste, wielu pracowników sugerowało by zrobić tu basen, ale ostatecznie umieszczono go na wyższym piętrze. Oficjalne stanowisko było takie, że basen ma przede wszystkim służyć kadetom i dlatego nie ma sensu umieszczać go w podziemiach, gdzie przybywali głównie pracownicy i technicy. Nieoficjalne natomiast głosiło, że to pokój został źle zbudowany - architekt zwyczajnie zapomniał, by poprowadzić w pobliżu węzeł ciepłowniczy, co zaowocowało tym, że stała temperatura utrzymywała się tutaj w okolicach od zera do pięciu stopni Celsiusza.
Maksymilian pocieszał się tą myślą. Odkąd sprowadzono tu machiny, po tym jak szefostwo wreszcie zgodziło się na upchnięcie ich w tym niewykorzystanym pomieszczeniu, temperatura wzrosła do całych dziesięciu stopni, a gdy elektronika się przegrzewała dochodziła nawet czasem do piętnastu. Nie zmieniało to faktu, że zwyczajowo on i Kornel musieli nosić ciepłe podkoszulki pod uniformami oraz grube wełniane skarpety, ale za to mieli wreszcie trochę wolnego miejsca. Wszystko było lepsze od "składziku", który wcześniej okupowali. Wbrew nazwie miał on całkiem duże rozmiary, ale maszyny zajmowały tam całą przestrzeń. Tutaj było już trochę lepiej. Co prawda trzy czwarte pokoju wciąż były zajęte przez niezbędny do ich pracy sprzęt, a po podłodze walało się dość rozmaitych rur i kabli, by każdy gość potknął się o nie przynajmniej raz, ale w porównaniu do całych pięciu metrów kwadratowych wolnej powierzchni, jakimi wcześniej dysponowali był to niemal luksus. Zimny luksus, ale zawsze.
Maksymilian znów zlustrował kilkanaście wiszących przed nim ekranów i wyświetlane przez nie dane i obrazy.
- Co za natłok... - mruknął do siebie patrząc na kilka, na których z zawrotną prędkością przewijały się obrazy. Dla przeciętnej osoby wygladało to jak przyprawiająca o epilepsję feria kolorów, ale Maksymilian pracował na tym stanowisku już dość długo, by rejestrować co się mniej więcej dzieje na ekranach. Tym razem jednak obrazy przewijały się zbyt szybko nawet jak dla niego. Lekko zaalarmowany zerknął na wykres funkcji życiowych Kornela, ale nie zauważył żadnych niepokojących zmian. Wszystkie wskaźniki były w normie. Maksymilian westchnął lekko, jednocześnie włączając wodę na herbatę i wciąż zerkając na barwne ekrany. Dwie minuty później elektryczny czajnik pstryknął oznajmiając, że woda osiągnęła już temperaturę stu stopni, jednocześnie z głośnika dobiegło piknięcię. Maksymilian zgrabnym ruchem wrzucił torebki z herbatą do kubków i zalał je wodą, do jednej z nich wsypał cukier i zamieszał. W międzyczasie stojąca pod ścianął kapsuła otworzyła się, skrzypiąc lekko (technik zanotował w pamięci, że trzeba ją będzie naoliwić), a po chwili wygramolił się z niej kolejny mężczyzna. Wyglądał on na lekko oszołomionego, ale mimo to wydostał się bez problemu z kapsuły i nieco chwiejnie podszedł do Maksymiliana, który właśnie kończył rytuał parzenia herbaty.
- Co za jazda - mruknął mężczyzna z kapsuły, Kornel, jednocześnie biorąc kubek z nieosłodzoną herbatą.
- Widziałem. To zajmie chyba tyle miejsca co pięć zwykłych nagrań. Co to do cholery było?
Kornel wypił łyk swojej gorącej herbaty.
- Rozszczepienie. Co najmniej kilka alternatywnych przyszłości i każda dość silna, by zostawić ślad. Generalnie z tego nagrania nikt nie będzie miał raczej większego pożytku - mężczyzna zamyślił się na moment. - Właściwie dla kogo jest to nagranie? Dla kogoś ze starszyzny?
Maksymilian pokrecił głową, zgarniając jedną ręką kilka dokumentów leżących przy konsoli.
- Skądże, od tygodnia robimy nagrania dla nowalijek. Numer 63023877190... itd. Trzy linijki cyfer i imię na dwie. Podstawowe szkolenie, seryjny model, brak dodatkowych uwag, standardowa misja.
Kornel parskął:
- Jeśli to jest standardowa misja to wolę nie wiedzieć jak wygląda praca w terenie. Akcja była jak na tych filmach sensacyjnych, od metra walk, sporo nakumulowanych emocji i dużo zakłóceń. Do diabła, dam głowę, że gdzieś tam mignęła mi Dunkel!
- Dunkel? W co ten żółtodziób się wpakuje?! - Maksymilian parskął w swoją herbatę.
- Tam było dość mocy by wywołać Rozszczepienie. Bardziej mnie zastanawia Z KIM będzie pracować.
- Wiesz, że nie podają nam takich informacji - odparł wzruszając ramionami. - My mamy tylko zgrać twoje wizje przyszłości. Od interpretacji jest kto inny. Właściwie nie wiem po co to robią skoro i tak nie nadążają ze zanalizowaniem wszystkich wizji przed wysłaniem kadetów w teren. To co tu nagraliśmy obejrzą najszybciej za miesiąc. A nowalijki tak czy tak są już wypuszczane. Ten tutaj - Maksymilian wskazał na trzymane w ręku kartki - wylatuje w teren za dwa dni. Więc nim ktoś zdąży pomyśleć, że zostaje wysłany w coś co może go przerosnąć, będzie już w centrum wydarzeń.
Kornel pokiwał powoli głową, po czym dopił herbatę. Maksymilian zaczął wybijać coś szybko na klawiaturze.
- Na razie to koniec - stwierdził nie przerywając pracy. - Po południu powinniśmy zgrać jeszcze parę wizji, ale nie musimy się z tym śpieszyć. Chwilowo idź się przespać. Po czymś takim dobrze przeczyścić umysł.
Kornel wyraził aprobatę dla pomysł i szybko wyszedł z zimnego pokój. Maksymilian pozostał jeszcze chwilę kompilując zebrane obrazy, gdy skończył spakował plik i przesłał go osobom odpowiedzialnym za interpretację. Na tym skończyła się jego robota. Po chwili i on opuścił pokój z zamiarem naoliwienia kapsuły po powrocie.
Na konsoli wciąż leżały pozostawione dokumenty, a na ich wierzchu spoczywała karta z informacjami o kadecie, dla którego nagrano przed chwilą wizję. Z doczepionego do niej zdjęcia na świat spozierały ufne oczy żółtego stworka ze spiczastymi, lekko kocimi uszami.
poniedziałek, 14 lutego 2011
Z zapisków pewnej (niezbyt krypto) slasherki
Nigdy więcej pisania yaoiców. Nawet dla faz. To jest złe, koszmarne i nienawidzę rhomantyzmu z głębi mojego nieco wrednego serca.
Ostrzeżenie: zawiera opis opisu sceny seksu, rhomantyzm i źle napisany fik. Czytacie na własną odpowiedzialność.
"Emery kontemplował puste korytarze Gethamen. Parę ostatnich dni sprawiło, że uwierzył już w zmianę swojego żywotu. Uciekł przed losem gorszym aniżeli śmierć, uratowany przez grupkę dziwnych podróżników. Zabrali go oni do tego podziemnego miasta, gdzie otrzymał schronienie i propozycję przystąpienia do ich kręgu. To było więcej niż kiedykolwiek miał. Tak, zdecydowanie nie oczekiwał tak gwałtownej poprawy swojego żywota. Oczywiście, wciąż był nieco podejrzliwy względem swoich nowych kompanów, ale nic nie wskazywało na to, by jakakolwiek katastrofa miała zakłócić chwilowy spokój.
Jednakże wciąż coś go trapiło. Gdziekolwiek nie poszedłby w tym ciemnym niczym soulsteel mieście, czuł samotność. Zionącą z zimnych murów i wyłożonych na straganach szarych grzybów - samotność. Pożerającą go od środka - samotność. Nawet gdy zdejmował pokrywę z warstridera podczas przeglądu - jedyne co znalazł w środku to oplatające go macki samotności."
Gwiazdka z niewyraźnym wyrazem twarzy spojrzała na to co czyta i przeniosła wzrok na Serenę, która siedziała z założoną nogą i delikatnie wystukiwała palcem o biurko.
- Odnoszę wrażenie, że powinnam była zadać to pytanie przed lekturą, ale teraz chyba wciąż nie jest za późno... Co to właściwie jest?!
Serena wzruszyła ramionami, jakby kilka kartek tekstu wcale nie było pokrytch jej charakterem pisma.
- Nudziło mi się, więc postanowiłam napisać jakąś historię. W sumie stwierdziłam, że romans to nie taki zły pomysł. Akcji mamy już dość, dramaty to nie moja działka, a opracowania naukowe piszę regularnie od paru lat, więc to żadna odskocznia.
"- To twój nowy warsztat - wyjaśnił jeden z jego nowych towarzyszy.
Emery rozejrzał się ze zdziwieniem. W całym tym mieście nie spodziewał się znaleźć miejsca równie... ciepłego. Otaczał go barwny świat - równo ułożone narzędzia, leżący w kącie na wpół zrobione działko esencyjne, leżące na stosie projekty nowych maszyn. Tak, Emery nie miał wątpliwości - w całym tym potępionym mieście był to jedyny zakątek gdzie doszła światła myśl techniczna rozpraszająca mroki na tym zacofanym odludziu.
- Czyj to... czyj to warsztat? - spytał. Słowa same spełzły z jego ust.
Jego nowy towarzysz spojrzał na niego nie rozumiejąc.
- Tak jak mówiłem, od teraz twój - powtórzył.
Emery pokręcił głową, jego czupryna zafalowała.
- Nie, nie! Powiedz mi do kogo należał! - sam nie wiedział skąd wzięły się jego emocje. Chciał wiedzieć. Ten tchnący ciepłem warsztat. Do kogo należał? Kto budował tu wcześniej maszyny? Kim był tajemniczy człowiek, który przerwał pracę nad działkiem esencyjnym tuż po izolowaniu przewodów? Któż zostawił klucz numer pięć leżący tak bezwładnie na stole? Kto, ach, kto czytał "Konserwację warstriderów dla zaawansowanych" wydanie siódme, poprawione?
Nieświadomy tych rozterek, jego towarzysz odpowiedział spokojnym, zabarwionym smutkiem głosem.
- Należał on do naszego przyjaciela, również niezrównanego rzemieślnika. Na imię mu było Artel - tu mężczyzna na chwilę urwał i kontynuował z lekkim westchnieniem. - On... zmarł niecałe dwa tygodnie temu. Wrogowie wślizgnęli sie do miasta próbując nas sabotować, ale Artel... On chyba odkrył ich podstęp i próbował zapobiec nieszczęściu, niestety zginął. Ślady wskazują, że przed śmiercią stoczył nierówny bój z przeważającymi siłami wroga. Jego ciało pochowaliśmy w rodzinnych stronach.
Emery poczuł się zawiedziony. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat miał wrażenie, że znalazł osobę, która mogłaby go zrozumieć. Mówi się, że mieszkanie opisuje człowieka. Ten warsztat z całą pewnością opisywał wspaniałą osobę: spokojną, wyrozumiałą, lecz pełną odwagi, gotową walczyć z przeważającymi siłami wrogów, choć w głębi serca naprawdę poświęconą zajmowaniu się artefaktami. Emery nie miał wątpliwości, to ciepłe miejsce, ten warsztat, przepełniony był miłością."
-Zaraz, ale... - Gwiazdka urwała, próbując przetworzyć i zrozumieć to co właśnie przeczytała. Serena wciąż patrzyła na nią z pozbawioną wyrazu twarzą autorki, oczekującej na opinię czytelnika.
Abyssalka ukryła na chwilę twarz w dłoniach próbując zebrać myśli i jednocześnie nie wybuchnąć śmiechem na myśl o Emerym jako wrażliwym romantyku. Po minucie, gdy mięśnie twarzy znów zaczęły być posłuszne, postanowiła zapytać o kwestię, która nie dawała jej spokoju.
- Mam tylko jedno pytanie... czemu akurat Artel? Znaczy... nie do końca rozumiem zamysł. O! Wydawało mi się, że w romansach zazwyczaj chodzi o miłość między kobietą a mężczyzną.
Serena przekrzywiła głowę, zastanawiając się chwilkę. Cały czas zerkała na trzymane przez Gwiazdkę kartki, jak gdyby próbowała sobie dokładnie przypomnieć jakie diabelskie siły kierowały nią gdy to pisała.
- Co do drugiego pytania - to zależy. Ufam, że nie czytałaś zbyt wielu romansów, inaczej wiedziałabyś, że autorzy mają... różny gust pod tym względem. A co do pierwszego pytania. Z kim niby miałam go swatać? Z tobą?
- Nie! - odpowiedziała natychmiast Gwiazdka.
- Z sobą też nie mam zamiaru. A i Erzie tak źle nie życzę - wyjaśniała dalej Smoczokrwista. - A więcej przedstawicielek płci żeńskiej z którymi spotkał się Emery nie znam. Chyba, że wiesz o kimś?
Gwiazdka pokręciła głową.
- Ale dlaczego z nieżyjącą osobą? - dopytywała się. - To tak trochę...
- W przypadku nieżyjącej osoby jest mniejsza szansa, że wbije Ci daiklavę w żołądek gdyby przypadkiem zauważyła że piszesz coś takiego - wyjaśniła spokojnie Serena. Jej koleżance ciężko było się nie zgodzić z tą logiką. Smoczokrwista natomiast postanowiła pominąć milczeniem fakt, że resztę drużyny ma już w wyobraźni podzieloną na różne kółka wzajemnej adoracji i nie chciałą na siłę wciskać tam Emery'ego. Poza tym romans dwóch Twilightów brzmiał zdecydowanie sensownie.
- To skoro nie znasz nikogo żyjącego to może mogłabyś wymyślić mu jakąś piękną panienkę... - kombinowała dalej Gwiazdka.
- Nie umiem tworzyć postaci - odparła krótko Serena ucinając dalszą dyskusję.
Abyssalka miała na końcu języka stwierdzenie, że może jednak powinna spróbować gdyż odwzorywanie żyjących osób szło jej dość tragicznie. Emery z problemami egzystencjalnymi był bytem wyjątkowo abstrakcyjnym i po kilku dniach znajomości Gwiazdka była pewna, że ktoś musiałby go naszpikować dużą ilością dziwnych i prawdopodobnie halucynogennych substancji, by osiągnąć podobny efekt. Postanowiła jednak przemilczeć ten fragment. Być może to wina konwencji. Tak jak podejrzewała jej przyjaciółka, Abyssalka nie miała zbyt wiele do czynienia z romansami. Być może brakowało jej znajomości jakiś fundamentalnych dla tego gatunku reguł, niezbędnych by zrozumieć utwór...
"Ten pamiętny dzień był piętnastym w miesiącu. To właśnie tego wspaniałego dnia przeznaczenie chwyciło ich w swe żelazne, wzmacniane szpony i bezwzględnie odcisnęło ślad na ich dalszych losach. Ale nie uprzedzajmy faktów.
To był piętnasty dzień miesiąca... paskudna deszczowa pogoda rozbijała wszelki dobry nastrój każdego kto spojrzał na ten pogrążony w rozpaczy świat. Jednak, jako że miasto zlokalizowane było pod ziemią bohaterowie pozostali nieświadomi faktu, że powinni być w złych nastrojach. Mimo to Emery jakby podświadomie wyczuwał pogodę. Jego myśli pełne były ciemnych chmur. Gdyby podejrzewał, że jego nastój ma coś wspólnego z aurą zapewne natychmiast ruszyłby budować artefakt do modyfikowania pogody. Ponieważ jednak nie miał o tym pojęcia, w ponurej ciszy spacerował po ogrodzie.
I wtedy nagle go ujrzał.
Pomiędzy unoszącymi się w powietrzu zarodnikami purchawki.
Tak pozornie odległy.
Krótkie, czarne włosy szarpane przez wiatr.
Tak niewinny.
Delikatne, chłopięce rysy, czułej i prawej osoby.
Tak... olśniewający!
Emery bał się, że postać zaraz zniknie dlatego podchodził powoli, bojąc się, że widmowy mężczyzna zaraz się rozmyje. Wiedział, że to on - Artel.
Stał teraz na wprost niego. Mężczyzna początkowo wyglądał jakby go nie zauważył, ale po chwili przeniósł na Emery'ego spojrzenie swoich spokojnych oczu.
- Witaj, Emery - przywitał się grzecznie.
- Skąd znasz moje imię?
Artel uśmiechnął się.
- Wciąż obserwuję co się dzieje z moim kręgiem. Nawet jeśli nie mogą mnie ujrzeć. Widzisz, gdy umierałam zostałem obciążony klątwą. Nie mogę zmaterializować się przed nikim kto znał mnie za życia - wyjaśnił.
- Dlatego pojawiłeś się przede mną? - upewnił się.
- To też - przyznał Artel. - Ale głównie dlatego... - tu urwał jakby nie będąc pewnym co powiedzieć. Stał tam, lekko zakłopotany. W powietrzu unosił się zapach leżących niedaleko przegnitych jabłek, ale Emery nie zwracał na niego uwagi. Z niecierpliwością czekał na kolejne słowa.
- Ja... - wymamrotał znowu duch.
- Chciałem cię spotkać - powiedział głośno Emery.
Artel spłoszył się wyraźnie.
- A tak... to, to chciałem powiedzieć, ale skąd... Skąd wiedzia...
Emery potrząsną głową.
- Źle zrozumiałeś. To ja chciałem ciebie spotkać. Odkąd zobaczyłem twój warsztat, nie mogłem przestać o tobie myśleć - mówił dalej Emery czując jak jego krew płynie coraz szybciej.
- Ja... zakochałem się w tobie odkąd zobaczyłem cię po raz pierwszy - duch zebrał się wreszcie w sobie i wyznał co leżało na jego sercu. A przynajmniej tym co z niego zostało.
- Ja też - potwierdził Emery.
Obaj spojrzeli na siebie. To było przeznaczenie - sięgające poza czas, przestrzeń i rozum.
- Chodźmy do warsztatu.
- Tak."
- Stop! Stop! Stooooop! - jęknęła Gwiazdka, patrząc z dezaprobatą na tekst. Po chwili przeniosła wzrok na jego autorkę i z wyrzutem wskazała na nią palcem.
- Jak mogłaś to zrobić biednemu Artelowi?! Przecież on nawet nie może protestować przeciwko temu! - Abyssalka czuła się oburzona. O ile literacki gwałt na postaci Emeryego mogła jakoś znieść, o tyle Artela było jej zwyczajnie żal. No, bo biedak umarł i nie mógł zgłosić sprzeciwu co do tworów wyobraźni Sereny. Właściwie, nawet gdyby żył, pewnie miałby z tym problemy...
- Nikt mu nie zabrania protestować - stwierdziła Serena. - Jeśli bardzo mu to przeszkadza wystarczy, że się przede mną zmaterializuje i powie, że skrypt mu się nie podoba - kobieta rozłożyła ręce. - Jestem gotowa wysłuchać jego zażaleń.
Gdyby Gwiazdka krócej znała Smoczokrwistą zapewne uznałaby jej słowa za przejaw dobrej woli, ale po ponad miesiącu znajomości wiedziała, że "wysłuchanie zażaleń" w przypadku Sereny rzadko przekładało się na "zastosowanie się do nich". Chroniona przez głęboką otoczkę egoizmu i bezduszności, nie miała ona skrupułów by wykorzystać bezbronną duszę Artela do swoich niecnych wyobrażeń. Abyssalka zastanawiała się, jak właściwie przełożyć całą sprawę. Tak naprawdę fakt, że Serena zdawała się mieć pewne upodobanie w historiach o miłości między panami, był dla Gwiazdki lekkim szokiem. Nie sam fakt istnienia takowych, bo plotki o podobnych przypadkach słyszała jeszcze za czasów, gdy była w pełni żyjącym bytem. Bardziej zastanawiało ją to, że najwyraźniej nikt nie miał pojęcia, że Serena interesuje się tego typu literaturą. To prawda, że napisała jakieś książki, ale były to niezbyt interesujące opracowania na temat artefaków i okultyzmu. Gwiazdka nawet kiedyś jedną z tych książek przejrzała, ale tematyka była zbyt hermetyczna jak dla niej. Tym nie mniej Smoczokrwista nie wyglądała na osobę, która czytałaby romanse. Zwłaszcza, że z wcześniejszych słów Sereny wynikało, iż zapoznała się z dużą ich ilością. Gwiazdka miała raczej wrażenie, że romanse to typowa lektura nieżyciowych, rozpieszczonych panienek, które nie mają nic lepszego do roboty jak siedzieć w domu i marzyć o bogatym i przystojnym dynaście z bajki. Jakoś nie pasowało to Abyssalce do wizji Sereny, która dowolnego, nowo poznanego dynastę zamieniłaby na artefakt z pierwszej ery. I byłaby święcie przekonana, że zawarła dobrą transakcję.
W każdym razie ta nowo poznana strona potomkini rodu Karal była szokiem dla jej przyjaciółki, ale patrząc na charakter Sereny w sumie można było coś podejrzewać. Należy być całkiem bez serca i sumienia, by napisać tak okrutne i koszmarne opowiadanie.
- Po pierwsze, Emery się nie zgodzi na przypisywanie mu takiej pary - zauważyła Gwiazdka rozpoczynając ofensywę. Należało wybić Serenie pomysły z pastwieniem się nad duchami, zwłaszcza literacko.
- To żaden problem - stwierdziła Smoczokrwista.
- Słucham?
- I tak nie planowałam mu tego pokazywać - oznajmiła.
- Ale ktoś mu chyba o tym powie, nie? - zauważyła cierpko Gwiazdka.
- Nie planowałam pokazywać tego opowiadania nikomu na tym pokładzie - uściśliła Serena, jednocześnie kładąc palec na trzymanych przez Abyssalkę kartkach. - Dlatego nie zakładałam żadnych problemów z jego strony.
- A co jeśli ktoś go przypadkiem znajdzie? Lub ktoś obcy porwie statek razem z tymi pracami? - próbowała dalej Gwiazdka.
Serena rzuciła oburzone spojrzenie na samą sugestię, że ktoś mógłby położyć łapy na jej ukochanym statku.
- Nie znajdzie - odpowiedziała kamiennym głosem Serena.
- Ale...
- Nie znajdzie! Jakby ktoś kiedykolwiek dobrał się do moich papierów na tym statku już dawno rozpętałaby się rzeź! - oznajmiła z mordem w oczach.
- Ale to nie zmienia faktu, że Artel na tym ucierpi. Wyobraź sobie jakie katusze będzie przechodził w zaświatach, gdy co i rusz będzie spotykał jakiegoś ducha, który przeczytał twoje dzieło. Będą się z niego naśmiewać, to będzie gorsze nawet od śmierci.
- Sugerujesz, że duchy włażą mi do kajuty i czytają co piszę? - spytała Serena, wyraźnie lekko zatkana przez tą wizję.
Gwiazdka na moment zamilkła próbując jakoś zgrabnie ułożyć odpowiedź. Miała z tym lekki problem gdyż wizja jakiegoś nieszczęsnego ducha, który miał kosmicznego pecha podejrzeć twórczość własną Smoczokrwistej nie chciała jej opuścić.
- W wolnej chwili skonsultuję się z Revanem w sprawie odcięcia duchom dostępu do mojej kajuty. Zdecydowanie - postanowiła pisarka.
Na tym chwilowo zakończyła się rozmowa.
"Wspólnie usiedli w warsztacie. Należał do nich obu. Stanowił mistyczną więź, między tymi dwiema istotami, które wcześniej nie mogły się spotkać. Rozdzielone przez okrutne okowy czasu i odległości. Teraz pozornie dzieliła ich najwieksza granica - życia i śmierci, ale w obliczu faktu, że wreszcie odkryli swoje istnienie stanowiła ledwie drobną przeszkodę. Nie dzieliła ona niczego, nawet ich ciał, które mogły złączyć się w jeden idealny byt..."
Od tego fragmentu Gwiazdka nie mogła się już powstrzymać od śmiania się na głos. Serena wyraźnie nie miała zielonego pojęcia jak pisać sceny seksu i rozbudowane porównanie penisa do daiklavy na początku dawało jasne pojęcie, która z tych rzeczy bardziej interesuje autorkę. Drewniany dialog, gdzie obaj panowie stwierdzają, że są sobie przeznaczeni i ich los łączy miłość do artefaktów sugerował, że granica autoparodii została właśnie przekroczona. Gwiazdka zanotowała tylko, by w wolnym czasie poważnie przedyskutować z Sereną jej zrozumienie pojęcia "gra wstępna". I uświadomienie, że rozbierany poker nie jest jej niezbędnym elementem. To był jednak materiał na długą dyskusję, do której warto było przygotować się merytorycznie, dlatego Abyssalka ograniczyła się do stwierdzenia, że w Butelkę grają tylko smarkacze. Serena przyznała, że na początku myślała o rosyjskiej ruletce (jednej z plugawych gier, w jakie grywali, zepsuci przez otaczające ich bogactwo, wybrańcy Słońca według pewnej książki, jaką czytałą), ale idea ducha i Exalta strzelających sobie w łeb dla zabawy brzmiała dziwnie nawet dla niej. Ostatecznie autorka zgodziła się zmienić Grę w Butelkę na Papier, Kamień, Nożyce. Kontynuacja lektury przyniosła kolejne fascynujące linie dialogowe i wyraźnie zwiększającą się częstotliwość metafor i porównań nawiązujących do artefaktów świadczącą o próbach budowania romantyzmu. Abyssalka prawie popłakała się ze śmiechu, gdy doszła do akapitu z pierwszym zbliżeniem. Po początkowej fazie wybuchów radości związanych z nieanatomicznością opisów, Serena przyznała, że ten fragment to akurat synkretyczny opis paru scen seksu, które zapamiętała z innych romansów. I że nawet zastanawiała się czy nie wynająć jakiś dwóch panów, zapłacić im za to by kopulowali z sobą w jej obecności, tym samym uzupełniając jej wiedzę, by mogła ten fragment napisać własnoręcznie. Pomysł padł, gdyż jej działania wyjęte z kontekstu wyglądałyby dziwnie dla pozostałych członków drużyny i mogłyby doprowadzić do nieporozumień.
- A ten tekst niby nie doprowadzi do nieporozumień?
- Skądże?! Wszyscy przecież wiedzą, że autorzy od czasu do czasu piszą coś spoza swojej specjalizacji, by odpocząć od rutyny. Podobieństwa do żywych, tudzież martwych ludzi są przypadkowe. Tak się zawsze pisze na ostatniej stronie.
- Masz rację - przyznała Gwiazdka. - Jakiekolwiek podobieństwa naprawdę są przypadkowe.
Dalszy opis miłosnych igraszek był równie kwikogenny i Serena była zmuszona zaparzyć trochę ziółek, gdyż Abyssalka w pewnym momencie prawie dostała kolki ze śmiechu. Trochę oddechu złapała przy pojawiającej się z nienacka dygrysji, kiedy to obaj panowie zaczęli dyskutować o konstrukcji maszyny, która robiłaby użytkującemu loda. W tym momencie na pierwszy plan ponownie wybiły się zainteresowania autorki i dywagacje na temat tego projektu ciągnęły się przez dwie strony, nim Serena nagle urwała tę scenę, wyraźnie zmuszając się do powrotu do konwencji romansowej. Dalsze opisy anatomiczne wywołały kolejne salwy śmiechu u czytelniczki i tłumaczenie, że duchy po śmierci nie robią się bardziej elastyczne. Natomiast zakończenie, w którym Artel nagle znika z powodu jakiegoś dziwnego wypadku w warsztacie, a Emery pełnym patosu głosem oznajmia światu, że mimo to będzie żył dalej i stworzy tą maszynę, o której dyskutowali oraz rozprzestrzeni ją po najdalsze krańce Kreacji, było chyba najbardziej fazowym z jakim zetknęła się Gwiazdka.
Obie siedziały teraz w ciszy sącząc herbatę, którą Serena zrobiła w międzyczasie. Smoczokrwista wyraźnie czekała na ocenę swojego dzieła, a Abyssalka zastanawiała się jak w miarę dyplomatycznie oznajmić jej co o nim sądzi.
- Serena, twoja praca... ona... wymaga poprawek - stwierdziła w końcu. - Nie mam na myśli, że jest jakoś strasznie zła. O ile opinia takiego laika jak ja się liczy. Nie mniej dostrzegam fragmenty które wymagają poprawek. Właściwie to duże fragmenty.
Autorka pokiwała głową wyraźnie przygotowana na usłyszenie czegoś podobnego.
- Tak podejrzewałam. Widzisz, ja naprawdę nigdy wcześniej nie pisałam romansu i wciąż nie do końca rozumiem ten gatunek. Ale samemu ciężko jest ocenić jak dobrze wyszła dana praca. No nic. Mam nadzieję, że następna wyjdzie lepsza.
- Następna? - odparła słabo Gwiazdka. - Masz zamiar napisać kontynuację?
- Ależ skąd! - zaprzeczyła Serena, wyraźnie zdziwiona pomysłem. - To zamknięte opowiadanie i nie mam zamiaru go kontynuować. Teraz napiszę coś innego o kimś innym - wyjaśniła.
- O reszcie drużyny? - spytała ze zgrozą Abyssalka nagle uświadamiając sobie z przerażeniem jaką ilość inspiracji mogą stanowiś relacje pozostałych panów. W jej głowie pojawiło się kolejne pytanie. - Czy ty masz ustalone fikcyjne relacje pomiędzy wszystkimi członkami drużyny?
Serena wyraźnie skrzywiła się, nie wiedząc jak odpowiedzieć na drugie pytanie. Ostatecznie burknęła pod nosem coś co zabrzmiao jak "możliwe" i natychmiast zaczęła wyjaśniać pierwszą kwestię.
- Nie, to nie musi być koniecznie drużyna. Oni po prost są, no są pod ręką - stwierdziła machając kończyną, by podkreślić swój punkt. - Jeśli masz jakąś propozycję, to ja jestem na nią otwarta, bo jak wspomniałam mam problem z wymyślaniem postaci. Ale jeśli jakąś mi opiszesz to nie powinnam mieć problemów.
Gwiazdka pomyślała, że chyba nie ma nikogo komu by tak źle życzyła, ale...
Maska Zim.
Nie, to wcale nie jest...
Grafomański twór Sereny, opowiadający o kruchej i nieodwzajemnionej miłości Maski Zim do Lwa, który zostaje rozprzestrzeniony po całym Underworldzie. I niszczy mu reputację na zawsze.
Gwiazdka zdała sobie sprawę, że pomysł ten zdecydowanie zbyt mocno przypadł do gustu jej mrocznej naturze, ale dzięki temu mogłaby się odwdzięczyć swojemu szefowi w nadzwyczaj paskudny sposób. Zaś Serena miałaby jakieś inne źródło inspiracji.
Tak, to był zdecydowanie wredny pomysł, ale po przeczytaniu opowiadania Smoczokrwistej cała sytuacja wydawała się nierealna. Możliwe, że herbatka była lekko zakrapiana alkoholem, powodując, że dziwne pomysły brzmiały dobrze. A może to tylko dziwny sen i za moment obudzi się we własnym łóżku?
Abyssalka odchrząknęła.
- Pozwól, że opowiem Ci co nieco o Deathlordach.
Ostrzeżenie: zawiera opis opisu sceny seksu, rhomantyzm i źle napisany fik. Czytacie na własną odpowiedzialność.
"Emery kontemplował puste korytarze Gethamen. Parę ostatnich dni sprawiło, że uwierzył już w zmianę swojego żywotu. Uciekł przed losem gorszym aniżeli śmierć, uratowany przez grupkę dziwnych podróżników. Zabrali go oni do tego podziemnego miasta, gdzie otrzymał schronienie i propozycję przystąpienia do ich kręgu. To było więcej niż kiedykolwiek miał. Tak, zdecydowanie nie oczekiwał tak gwałtownej poprawy swojego żywota. Oczywiście, wciąż był nieco podejrzliwy względem swoich nowych kompanów, ale nic nie wskazywało na to, by jakakolwiek katastrofa miała zakłócić chwilowy spokój.
Jednakże wciąż coś go trapiło. Gdziekolwiek nie poszedłby w tym ciemnym niczym soulsteel mieście, czuł samotność. Zionącą z zimnych murów i wyłożonych na straganach szarych grzybów - samotność. Pożerającą go od środka - samotność. Nawet gdy zdejmował pokrywę z warstridera podczas przeglądu - jedyne co znalazł w środku to oplatające go macki samotności."
Gwiazdka z niewyraźnym wyrazem twarzy spojrzała na to co czyta i przeniosła wzrok na Serenę, która siedziała z założoną nogą i delikatnie wystukiwała palcem o biurko.
- Odnoszę wrażenie, że powinnam była zadać to pytanie przed lekturą, ale teraz chyba wciąż nie jest za późno... Co to właściwie jest?!
Serena wzruszyła ramionami, jakby kilka kartek tekstu wcale nie było pokrytch jej charakterem pisma.
- Nudziło mi się, więc postanowiłam napisać jakąś historię. W sumie stwierdziłam, że romans to nie taki zły pomysł. Akcji mamy już dość, dramaty to nie moja działka, a opracowania naukowe piszę regularnie od paru lat, więc to żadna odskocznia.
"- To twój nowy warsztat - wyjaśnił jeden z jego nowych towarzyszy.
Emery rozejrzał się ze zdziwieniem. W całym tym mieście nie spodziewał się znaleźć miejsca równie... ciepłego. Otaczał go barwny świat - równo ułożone narzędzia, leżący w kącie na wpół zrobione działko esencyjne, leżące na stosie projekty nowych maszyn. Tak, Emery nie miał wątpliwości - w całym tym potępionym mieście był to jedyny zakątek gdzie doszła światła myśl techniczna rozpraszająca mroki na tym zacofanym odludziu.
- Czyj to... czyj to warsztat? - spytał. Słowa same spełzły z jego ust.
Jego nowy towarzysz spojrzał na niego nie rozumiejąc.
- Tak jak mówiłem, od teraz twój - powtórzył.
Emery pokręcił głową, jego czupryna zafalowała.
- Nie, nie! Powiedz mi do kogo należał! - sam nie wiedział skąd wzięły się jego emocje. Chciał wiedzieć. Ten tchnący ciepłem warsztat. Do kogo należał? Kto budował tu wcześniej maszyny? Kim był tajemniczy człowiek, który przerwał pracę nad działkiem esencyjnym tuż po izolowaniu przewodów? Któż zostawił klucz numer pięć leżący tak bezwładnie na stole? Kto, ach, kto czytał "Konserwację warstriderów dla zaawansowanych" wydanie siódme, poprawione?
Nieświadomy tych rozterek, jego towarzysz odpowiedział spokojnym, zabarwionym smutkiem głosem.
- Należał on do naszego przyjaciela, również niezrównanego rzemieślnika. Na imię mu było Artel - tu mężczyzna na chwilę urwał i kontynuował z lekkim westchnieniem. - On... zmarł niecałe dwa tygodnie temu. Wrogowie wślizgnęli sie do miasta próbując nas sabotować, ale Artel... On chyba odkrył ich podstęp i próbował zapobiec nieszczęściu, niestety zginął. Ślady wskazują, że przed śmiercią stoczył nierówny bój z przeważającymi siłami wroga. Jego ciało pochowaliśmy w rodzinnych stronach.
Emery poczuł się zawiedziony. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat miał wrażenie, że znalazł osobę, która mogłaby go zrozumieć. Mówi się, że mieszkanie opisuje człowieka. Ten warsztat z całą pewnością opisywał wspaniałą osobę: spokojną, wyrozumiałą, lecz pełną odwagi, gotową walczyć z przeważającymi siłami wrogów, choć w głębi serca naprawdę poświęconą zajmowaniu się artefaktami. Emery nie miał wątpliwości, to ciepłe miejsce, ten warsztat, przepełniony był miłością."
-Zaraz, ale... - Gwiazdka urwała, próbując przetworzyć i zrozumieć to co właśnie przeczytała. Serena wciąż patrzyła na nią z pozbawioną wyrazu twarzą autorki, oczekującej na opinię czytelnika.
Abyssalka ukryła na chwilę twarz w dłoniach próbując zebrać myśli i jednocześnie nie wybuchnąć śmiechem na myśl o Emerym jako wrażliwym romantyku. Po minucie, gdy mięśnie twarzy znów zaczęły być posłuszne, postanowiła zapytać o kwestię, która nie dawała jej spokoju.
- Mam tylko jedno pytanie... czemu akurat Artel? Znaczy... nie do końca rozumiem zamysł. O! Wydawało mi się, że w romansach zazwyczaj chodzi o miłość między kobietą a mężczyzną.
Serena przekrzywiła głowę, zastanawiając się chwilkę. Cały czas zerkała na trzymane przez Gwiazdkę kartki, jak gdyby próbowała sobie dokładnie przypomnieć jakie diabelskie siły kierowały nią gdy to pisała.
- Co do drugiego pytania - to zależy. Ufam, że nie czytałaś zbyt wielu romansów, inaczej wiedziałabyś, że autorzy mają... różny gust pod tym względem. A co do pierwszego pytania. Z kim niby miałam go swatać? Z tobą?
- Nie! - odpowiedziała natychmiast Gwiazdka.
- Z sobą też nie mam zamiaru. A i Erzie tak źle nie życzę - wyjaśniała dalej Smoczokrwista. - A więcej przedstawicielek płci żeńskiej z którymi spotkał się Emery nie znam. Chyba, że wiesz o kimś?
Gwiazdka pokręciła głową.
- Ale dlaczego z nieżyjącą osobą? - dopytywała się. - To tak trochę...
- W przypadku nieżyjącej osoby jest mniejsza szansa, że wbije Ci daiklavę w żołądek gdyby przypadkiem zauważyła że piszesz coś takiego - wyjaśniła spokojnie Serena. Jej koleżance ciężko było się nie zgodzić z tą logiką. Smoczokrwista natomiast postanowiła pominąć milczeniem fakt, że resztę drużyny ma już w wyobraźni podzieloną na różne kółka wzajemnej adoracji i nie chciałą na siłę wciskać tam Emery'ego. Poza tym romans dwóch Twilightów brzmiał zdecydowanie sensownie.
- To skoro nie znasz nikogo żyjącego to może mogłabyś wymyślić mu jakąś piękną panienkę... - kombinowała dalej Gwiazdka.
- Nie umiem tworzyć postaci - odparła krótko Serena ucinając dalszą dyskusję.
Abyssalka miała na końcu języka stwierdzenie, że może jednak powinna spróbować gdyż odwzorywanie żyjących osób szło jej dość tragicznie. Emery z problemami egzystencjalnymi był bytem wyjątkowo abstrakcyjnym i po kilku dniach znajomości Gwiazdka była pewna, że ktoś musiałby go naszpikować dużą ilością dziwnych i prawdopodobnie halucynogennych substancji, by osiągnąć podobny efekt. Postanowiła jednak przemilczeć ten fragment. Być może to wina konwencji. Tak jak podejrzewała jej przyjaciółka, Abyssalka nie miała zbyt wiele do czynienia z romansami. Być może brakowało jej znajomości jakiś fundamentalnych dla tego gatunku reguł, niezbędnych by zrozumieć utwór...
"Ten pamiętny dzień był piętnastym w miesiącu. To właśnie tego wspaniałego dnia przeznaczenie chwyciło ich w swe żelazne, wzmacniane szpony i bezwzględnie odcisnęło ślad na ich dalszych losach. Ale nie uprzedzajmy faktów.
To był piętnasty dzień miesiąca... paskudna deszczowa pogoda rozbijała wszelki dobry nastrój każdego kto spojrzał na ten pogrążony w rozpaczy świat. Jednak, jako że miasto zlokalizowane było pod ziemią bohaterowie pozostali nieświadomi faktu, że powinni być w złych nastrojach. Mimo to Emery jakby podświadomie wyczuwał pogodę. Jego myśli pełne były ciemnych chmur. Gdyby podejrzewał, że jego nastój ma coś wspólnego z aurą zapewne natychmiast ruszyłby budować artefakt do modyfikowania pogody. Ponieważ jednak nie miał o tym pojęcia, w ponurej ciszy spacerował po ogrodzie.
I wtedy nagle go ujrzał.
Pomiędzy unoszącymi się w powietrzu zarodnikami purchawki.
Tak pozornie odległy.
Krótkie, czarne włosy szarpane przez wiatr.
Tak niewinny.
Delikatne, chłopięce rysy, czułej i prawej osoby.
Tak... olśniewający!
Emery bał się, że postać zaraz zniknie dlatego podchodził powoli, bojąc się, że widmowy mężczyzna zaraz się rozmyje. Wiedział, że to on - Artel.
Stał teraz na wprost niego. Mężczyzna początkowo wyglądał jakby go nie zauważył, ale po chwili przeniósł na Emery'ego spojrzenie swoich spokojnych oczu.
- Witaj, Emery - przywitał się grzecznie.
- Skąd znasz moje imię?
Artel uśmiechnął się.
- Wciąż obserwuję co się dzieje z moim kręgiem. Nawet jeśli nie mogą mnie ujrzeć. Widzisz, gdy umierałam zostałem obciążony klątwą. Nie mogę zmaterializować się przed nikim kto znał mnie za życia - wyjaśnił.
- Dlatego pojawiłeś się przede mną? - upewnił się.
- To też - przyznał Artel. - Ale głównie dlatego... - tu urwał jakby nie będąc pewnym co powiedzieć. Stał tam, lekko zakłopotany. W powietrzu unosił się zapach leżących niedaleko przegnitych jabłek, ale Emery nie zwracał na niego uwagi. Z niecierpliwością czekał na kolejne słowa.
- Ja... - wymamrotał znowu duch.
- Chciałem cię spotkać - powiedział głośno Emery.
Artel spłoszył się wyraźnie.
- A tak... to, to chciałem powiedzieć, ale skąd... Skąd wiedzia...
Emery potrząsną głową.
- Źle zrozumiałeś. To ja chciałem ciebie spotkać. Odkąd zobaczyłem twój warsztat, nie mogłem przestać o tobie myśleć - mówił dalej Emery czując jak jego krew płynie coraz szybciej.
- Ja... zakochałem się w tobie odkąd zobaczyłem cię po raz pierwszy - duch zebrał się wreszcie w sobie i wyznał co leżało na jego sercu. A przynajmniej tym co z niego zostało.
- Ja też - potwierdził Emery.
Obaj spojrzeli na siebie. To było przeznaczenie - sięgające poza czas, przestrzeń i rozum.
- Chodźmy do warsztatu.
- Tak."
- Stop! Stop! Stooooop! - jęknęła Gwiazdka, patrząc z dezaprobatą na tekst. Po chwili przeniosła wzrok na jego autorkę i z wyrzutem wskazała na nią palcem.
- Jak mogłaś to zrobić biednemu Artelowi?! Przecież on nawet nie może protestować przeciwko temu! - Abyssalka czuła się oburzona. O ile literacki gwałt na postaci Emeryego mogła jakoś znieść, o tyle Artela było jej zwyczajnie żal. No, bo biedak umarł i nie mógł zgłosić sprzeciwu co do tworów wyobraźni Sereny. Właściwie, nawet gdyby żył, pewnie miałby z tym problemy...
- Nikt mu nie zabrania protestować - stwierdziła Serena. - Jeśli bardzo mu to przeszkadza wystarczy, że się przede mną zmaterializuje i powie, że skrypt mu się nie podoba - kobieta rozłożyła ręce. - Jestem gotowa wysłuchać jego zażaleń.
Gdyby Gwiazdka krócej znała Smoczokrwistą zapewne uznałaby jej słowa za przejaw dobrej woli, ale po ponad miesiącu znajomości wiedziała, że "wysłuchanie zażaleń" w przypadku Sereny rzadko przekładało się na "zastosowanie się do nich". Chroniona przez głęboką otoczkę egoizmu i bezduszności, nie miała ona skrupułów by wykorzystać bezbronną duszę Artela do swoich niecnych wyobrażeń. Abyssalka zastanawiała się, jak właściwie przełożyć całą sprawę. Tak naprawdę fakt, że Serena zdawała się mieć pewne upodobanie w historiach o miłości między panami, był dla Gwiazdki lekkim szokiem. Nie sam fakt istnienia takowych, bo plotki o podobnych przypadkach słyszała jeszcze za czasów, gdy była w pełni żyjącym bytem. Bardziej zastanawiało ją to, że najwyraźniej nikt nie miał pojęcia, że Serena interesuje się tego typu literaturą. To prawda, że napisała jakieś książki, ale były to niezbyt interesujące opracowania na temat artefaków i okultyzmu. Gwiazdka nawet kiedyś jedną z tych książek przejrzała, ale tematyka była zbyt hermetyczna jak dla niej. Tym nie mniej Smoczokrwista nie wyglądała na osobę, która czytałaby romanse. Zwłaszcza, że z wcześniejszych słów Sereny wynikało, iż zapoznała się z dużą ich ilością. Gwiazdka miała raczej wrażenie, że romanse to typowa lektura nieżyciowych, rozpieszczonych panienek, które nie mają nic lepszego do roboty jak siedzieć w domu i marzyć o bogatym i przystojnym dynaście z bajki. Jakoś nie pasowało to Abyssalce do wizji Sereny, która dowolnego, nowo poznanego dynastę zamieniłaby na artefakt z pierwszej ery. I byłaby święcie przekonana, że zawarła dobrą transakcję.
W każdym razie ta nowo poznana strona potomkini rodu Karal była szokiem dla jej przyjaciółki, ale patrząc na charakter Sereny w sumie można było coś podejrzewać. Należy być całkiem bez serca i sumienia, by napisać tak okrutne i koszmarne opowiadanie.
- Po pierwsze, Emery się nie zgodzi na przypisywanie mu takiej pary - zauważyła Gwiazdka rozpoczynając ofensywę. Należało wybić Serenie pomysły z pastwieniem się nad duchami, zwłaszcza literacko.
- To żaden problem - stwierdziła Smoczokrwista.
- Słucham?
- I tak nie planowałam mu tego pokazywać - oznajmiła.
- Ale ktoś mu chyba o tym powie, nie? - zauważyła cierpko Gwiazdka.
- Nie planowałam pokazywać tego opowiadania nikomu na tym pokładzie - uściśliła Serena, jednocześnie kładąc palec na trzymanych przez Abyssalkę kartkach. - Dlatego nie zakładałam żadnych problemów z jego strony.
- A co jeśli ktoś go przypadkiem znajdzie? Lub ktoś obcy porwie statek razem z tymi pracami? - próbowała dalej Gwiazdka.
Serena rzuciła oburzone spojrzenie na samą sugestię, że ktoś mógłby położyć łapy na jej ukochanym statku.
- Nie znajdzie - odpowiedziała kamiennym głosem Serena.
- Ale...
- Nie znajdzie! Jakby ktoś kiedykolwiek dobrał się do moich papierów na tym statku już dawno rozpętałaby się rzeź! - oznajmiła z mordem w oczach.
- Ale to nie zmienia faktu, że Artel na tym ucierpi. Wyobraź sobie jakie katusze będzie przechodził w zaświatach, gdy co i rusz będzie spotykał jakiegoś ducha, który przeczytał twoje dzieło. Będą się z niego naśmiewać, to będzie gorsze nawet od śmierci.
- Sugerujesz, że duchy włażą mi do kajuty i czytają co piszę? - spytała Serena, wyraźnie lekko zatkana przez tą wizję.
Gwiazdka na moment zamilkła próbując jakoś zgrabnie ułożyć odpowiedź. Miała z tym lekki problem gdyż wizja jakiegoś nieszczęsnego ducha, który miał kosmicznego pecha podejrzeć twórczość własną Smoczokrwistej nie chciała jej opuścić.
- W wolnej chwili skonsultuję się z Revanem w sprawie odcięcia duchom dostępu do mojej kajuty. Zdecydowanie - postanowiła pisarka.
Na tym chwilowo zakończyła się rozmowa.
"Wspólnie usiedli w warsztacie. Należał do nich obu. Stanowił mistyczną więź, między tymi dwiema istotami, które wcześniej nie mogły się spotkać. Rozdzielone przez okrutne okowy czasu i odległości. Teraz pozornie dzieliła ich najwieksza granica - życia i śmierci, ale w obliczu faktu, że wreszcie odkryli swoje istnienie stanowiła ledwie drobną przeszkodę. Nie dzieliła ona niczego, nawet ich ciał, które mogły złączyć się w jeden idealny byt..."
Od tego fragmentu Gwiazdka nie mogła się już powstrzymać od śmiania się na głos. Serena wyraźnie nie miała zielonego pojęcia jak pisać sceny seksu i rozbudowane porównanie penisa do daiklavy na początku dawało jasne pojęcie, która z tych rzeczy bardziej interesuje autorkę. Drewniany dialog, gdzie obaj panowie stwierdzają, że są sobie przeznaczeni i ich los łączy miłość do artefaktów sugerował, że granica autoparodii została właśnie przekroczona. Gwiazdka zanotowała tylko, by w wolnym czasie poważnie przedyskutować z Sereną jej zrozumienie pojęcia "gra wstępna". I uświadomienie, że rozbierany poker nie jest jej niezbędnym elementem. To był jednak materiał na długą dyskusję, do której warto było przygotować się merytorycznie, dlatego Abyssalka ograniczyła się do stwierdzenia, że w Butelkę grają tylko smarkacze. Serena przyznała, że na początku myślała o rosyjskiej ruletce (jednej z plugawych gier, w jakie grywali, zepsuci przez otaczające ich bogactwo, wybrańcy Słońca według pewnej książki, jaką czytałą), ale idea ducha i Exalta strzelających sobie w łeb dla zabawy brzmiała dziwnie nawet dla niej. Ostatecznie autorka zgodziła się zmienić Grę w Butelkę na Papier, Kamień, Nożyce. Kontynuacja lektury przyniosła kolejne fascynujące linie dialogowe i wyraźnie zwiększającą się częstotliwość metafor i porównań nawiązujących do artefaktów świadczącą o próbach budowania romantyzmu. Abyssalka prawie popłakała się ze śmiechu, gdy doszła do akapitu z pierwszym zbliżeniem. Po początkowej fazie wybuchów radości związanych z nieanatomicznością opisów, Serena przyznała, że ten fragment to akurat synkretyczny opis paru scen seksu, które zapamiętała z innych romansów. I że nawet zastanawiała się czy nie wynająć jakiś dwóch panów, zapłacić im za to by kopulowali z sobą w jej obecności, tym samym uzupełniając jej wiedzę, by mogła ten fragment napisać własnoręcznie. Pomysł padł, gdyż jej działania wyjęte z kontekstu wyglądałyby dziwnie dla pozostałych członków drużyny i mogłyby doprowadzić do nieporozumień.
- A ten tekst niby nie doprowadzi do nieporozumień?
- Skądże?! Wszyscy przecież wiedzą, że autorzy od czasu do czasu piszą coś spoza swojej specjalizacji, by odpocząć od rutyny. Podobieństwa do żywych, tudzież martwych ludzi są przypadkowe. Tak się zawsze pisze na ostatniej stronie.
- Masz rację - przyznała Gwiazdka. - Jakiekolwiek podobieństwa naprawdę są przypadkowe.
Dalszy opis miłosnych igraszek był równie kwikogenny i Serena była zmuszona zaparzyć trochę ziółek, gdyż Abyssalka w pewnym momencie prawie dostała kolki ze śmiechu. Trochę oddechu złapała przy pojawiającej się z nienacka dygrysji, kiedy to obaj panowie zaczęli dyskutować o konstrukcji maszyny, która robiłaby użytkującemu loda. W tym momencie na pierwszy plan ponownie wybiły się zainteresowania autorki i dywagacje na temat tego projektu ciągnęły się przez dwie strony, nim Serena nagle urwała tę scenę, wyraźnie zmuszając się do powrotu do konwencji romansowej. Dalsze opisy anatomiczne wywołały kolejne salwy śmiechu u czytelniczki i tłumaczenie, że duchy po śmierci nie robią się bardziej elastyczne. Natomiast zakończenie, w którym Artel nagle znika z powodu jakiegoś dziwnego wypadku w warsztacie, a Emery pełnym patosu głosem oznajmia światu, że mimo to będzie żył dalej i stworzy tą maszynę, o której dyskutowali oraz rozprzestrzeni ją po najdalsze krańce Kreacji, było chyba najbardziej fazowym z jakim zetknęła się Gwiazdka.
Obie siedziały teraz w ciszy sącząc herbatę, którą Serena zrobiła w międzyczasie. Smoczokrwista wyraźnie czekała na ocenę swojego dzieła, a Abyssalka zastanawiała się jak w miarę dyplomatycznie oznajmić jej co o nim sądzi.
- Serena, twoja praca... ona... wymaga poprawek - stwierdziła w końcu. - Nie mam na myśli, że jest jakoś strasznie zła. O ile opinia takiego laika jak ja się liczy. Nie mniej dostrzegam fragmenty które wymagają poprawek. Właściwie to duże fragmenty.
Autorka pokiwała głową wyraźnie przygotowana na usłyszenie czegoś podobnego.
- Tak podejrzewałam. Widzisz, ja naprawdę nigdy wcześniej nie pisałam romansu i wciąż nie do końca rozumiem ten gatunek. Ale samemu ciężko jest ocenić jak dobrze wyszła dana praca. No nic. Mam nadzieję, że następna wyjdzie lepsza.
- Następna? - odparła słabo Gwiazdka. - Masz zamiar napisać kontynuację?
- Ależ skąd! - zaprzeczyła Serena, wyraźnie zdziwiona pomysłem. - To zamknięte opowiadanie i nie mam zamiaru go kontynuować. Teraz napiszę coś innego o kimś innym - wyjaśniła.
- O reszcie drużyny? - spytała ze zgrozą Abyssalka nagle uświadamiając sobie z przerażeniem jaką ilość inspiracji mogą stanowiś relacje pozostałych panów. W jej głowie pojawiło się kolejne pytanie. - Czy ty masz ustalone fikcyjne relacje pomiędzy wszystkimi członkami drużyny?
Serena wyraźnie skrzywiła się, nie wiedząc jak odpowiedzieć na drugie pytanie. Ostatecznie burknęła pod nosem coś co zabrzmiao jak "możliwe" i natychmiast zaczęła wyjaśniać pierwszą kwestię.
- Nie, to nie musi być koniecznie drużyna. Oni po prost są, no są pod ręką - stwierdziła machając kończyną, by podkreślić swój punkt. - Jeśli masz jakąś propozycję, to ja jestem na nią otwarta, bo jak wspomniałam mam problem z wymyślaniem postaci. Ale jeśli jakąś mi opiszesz to nie powinnam mieć problemów.
Gwiazdka pomyślała, że chyba nie ma nikogo komu by tak źle życzyła, ale...
Maska Zim.
Nie, to wcale nie jest...
Grafomański twór Sereny, opowiadający o kruchej i nieodwzajemnionej miłości Maski Zim do Lwa, który zostaje rozprzestrzeniony po całym Underworldzie. I niszczy mu reputację na zawsze.
Gwiazdka zdała sobie sprawę, że pomysł ten zdecydowanie zbyt mocno przypadł do gustu jej mrocznej naturze, ale dzięki temu mogłaby się odwdzięczyć swojemu szefowi w nadzwyczaj paskudny sposób. Zaś Serena miałaby jakieś inne źródło inspiracji.
Tak, to był zdecydowanie wredny pomysł, ale po przeczytaniu opowiadania Smoczokrwistej cała sytuacja wydawała się nierealna. Możliwe, że herbatka była lekko zakrapiana alkoholem, powodując, że dziwne pomysły brzmiały dobrze. A może to tylko dziwny sen i za moment obudzi się we własnym łóżku?
Abyssalka odchrząknęła.
- Pozwól, że opowiem Ci co nieco o Deathlordach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)